Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Glik w wywiadzie Staszewskiego: Byłem kozłem ofiarnym. Za Smudy i Fornalika wina zawsze spadała na mnie

Kamil Glik przeszedł długą drogę od reprezentacyjnego outsidera do lidera. - Po każdym meczu kadry dziennikarze walili we mnie. Nie mogłem od tego uciec, czytałem o tym co drugi dzień. O Gliku pisali prawie wszędzie. I prawie zawsze źle - mówi Sebastianowi Staszewskiemu w rozmowie z cyklu "Wywiadówka Staszewskiego" lider AS Monaco.

Sebastian Staszewski: Jest pan nudziarzem?

Kamil Glik: Aż tak źle chyba nie jest.

To dlaczego, gdy dzwonią do pana dziennikarze z prośbą o wywiad, zazwyczaj odpowiada pan: „U mnie wciąż nic ciekawego. Nudy. W kadrze są ciekawsi i lepsi. Dzwońcie do nich”. To jak jest?

- No bo u mnie ciągle po staremu.

Fakt, zdobył pan mistrzostwo Francji, zagrał w półfinale Ligi Mistrzów. Banał.

- Piłkarsko nie jest źle. Ale poza tym naprawdę prowadzę spokojne życie. Nie bywam na okładkach gazet. Nie baluję na jachtach. Nie poznaję modelek. I fajnie. Fajerwerków u Glika nie zobaczycie.

Miał pan talent?

- W dzieciństwie byłem lepszy od rówieśników. Więc jakiś talent miałem. Ale poparłem go katorżniczą pracą. Gdybym był luzakiem, nie zaistniałbym w futbolu. Błysk, który dostałem od Boga, to za mało.

Kto wierzył w pana od zawsze?

- Moja mama, moja żona Marta i mój menadżer, Jarek Kołakowski. Wszyscy są ze mną od lat.

A kto był przeciwko?

- Z dziennikarzami nie było mi po drodze. Nigdy nie miałem dobrej prasy. Nikt nie ciągnął mnie za uszy.

Przejmował się pan krytyką?

- Kiedyś bardzo mocno. Trudno było mi zgodzić się z tym, że wszystkiemu winny był Glik. Po każdym meczu reprezentacji dziennikarze walili we mnie. Nie mogłem od tego uciec, czytałem o tym co drugi dzień. Włączałem jedną stronę, piszą o Gliku. Włączałem drugą i znów o Gliku. Prawie zawsze źle.

Został pan kozłem ofiarnym?

- Tak się czułem. Byłem jednym z wielu u trenera Franciszka Smudy i jednym z liderów u Waldemara Fornalika. A dostawałem równo. Wielokrotnie czułem, że niesłusznie. Czasem kolega popełnił błąd, starałem się go naprawić, nie udawało się i czyja była wina? Glika. Bo był najbliżej strzelca. Nie grałem na alibi i w pewnym momencie stało się to moim przekleństwem. Szczególnie w reprezentacji. Mało kto wiedział, że w niektórych meczach grałem na środkach przeciwbólowych. Ale nie chciałem się skarżyć, bo wiedziałem, że zostanie to odebrane jako wymówka. Po meczu nie miało to sensu. Szczególnie po przegranym. A takie zdarzały się w tamtym okresie nagminnie.

Glik wybacza, ale nie zapomina?

- Zazwyczaj jednak wybaczam.

A zapomina?

- Nie jestem pamiętliwy. Wielu dziennikarzy skakało mi po głowie. Dziś rozmawiam jednak ze wszystkimi. Bez wyjątku. A gdybym przejrzał archiwa, okazałoby się, że nie powinienem gadać z większością. Wiem jednak, że to bez sensu. W domu też zdarzają mi się kłótnie z żoną, ale zawsze się dogadamy. Zazwyczaj to ja wyciągam dłoń na zgodę. Mówię „przepraszam” nawet, jeśli Marta nie ma racji.

Czuje się pan filarem reprezentacji Polski?

- Jestem jednym z bardziej doświadczonych zawodników. W kadrze rozegrałem 55 meczów. Pierwszy raz zostałem powołany w 2009 roku, a więc dawno temu. Taki Bartek Kapustka miał wtedy 13 lat.

Nie odpowiedział pan na pytanie.

- Mam poczucie własnej wartości. Wiem ilu środkowych obrońców przewinęło się w ostatnich latach przez reprezentację. Było ich z dziesięciu. Marcin Wasilewski, Damien Perquis, Łukasz Szukała, Maciej Wilusz, Bartek Salamon. Niektórzy wciąż grają w piłkę, inni już nie. A ja trwam. To nie może być przypadek. Gdybym był słaby, dawno ktoś by mnie odpalił.

Od czasów Jerzego Gorgonia nie było chyba tak popularnego polskiego obrońcy.

- Bo ta pozycja na nikim nie robi wrażenia. Jeśli drużyna wygrywa 1:0, to mówi się o tym kto strzelił, a nie o tych, co bronili. A jeśli przegrywa się 0:1, to wina spada na defensywę. Ale mimo to nigdy nie miałem skłonności do atakowania. Jeśli nie grałem w obronie, to stałem na bramce.

Podeszło do nas już kilkanaście osób, które poprosiły pana o zdjęcie czy autograf. Ograniczona prywatność to wysoka cena za bycie na szczycie? Może pan wyjść w Warszawie na obiad?

- Różnie z tym bywa. Kibice chcą wiedzieć co u nas, interesują się reprezentacją, ale przez to zabierają nam trochę prywatności. Jeśli jednak wszystko jest w granicach rozsądku, to nie mam z tym kłopotu. Kiedyś sam byłem dzieckiem i marzyłem o tym, aby spotkać moich idoli. Interesowałem się ich życiem. Ale trzeba mieć takt. Jeśli ludzie piętnaście razy zaglądają ci do talerza, to coś jest nie tak.

Kiedy reprezentacja z chłopca do bicia stała się tłukącym rywali bokserem?

- Nie wiem.

Może po zwycięstwie z Niemcami w Warszawie?

- Nie sądzę. Był to oczywiście historyczny mecz, który dał nam impuls i powód do dumy, ale co mielibyśmy z tego pojedynczego zwycięstwa gdybyśmy nie wygrali z Gibraltarem czy Irlandią? Wtedy te 2:0 z Niemcami byłaby tylko ciekawostką. Nie szukałbym więc jednoznaczniej odpowiedzi. Myślę, że zaczęliśmy grać dobrze, bo dojrzeliśmy.

W sensie piłkarskim?

- Piłkarskim, ludzkim. Zobacz ilu mamy liderów. Fabiański, Piszczek, Błaszczykowski, Lewandowski, Grosicki, ja. Wszyscy byliśmy w reprezentacji już przed Euro 2012. Ale wtedy czegoś brakowało. W międzyczasie każdy z nas trafił do lepszego klubu, dał tam sobie radę, osiągnął jakiś sukces. I teraz ciągniemy ten wózek. Dzięki naszemu doświadczeniu młodsi chcą podążać w tym samym kierunki.

Robi na panu wrażenie szóste miejsce Polski w rankingu FIFA?

- Robi. Bo musi.

Niektórzy mówią, że to tylko zabawa.

- Pamiętam, jak byliśmy na 78 miejscu. Jeżeli ktoś nie docenia tego, gdzie teraz jesteśmy, to jego problem. Może dla Arka Milika, Piotrka Zielińskiego czy Bartka Kapustki wysoka pozycja kadry to normalka, ale my, starzy, mamy w głowie czasy, gdzie remisowaliśmy z Mołdawią w Kiszyniowie. Nawet gdybyśmy chcieli uciec od rankingu, to mając w pamięci tamte wyniki nie możemy się nie uśmiechać do siebie. Myślę, że tak ma Łukasz, Kuba, Robert, Kamil i kilku innych.

Młodzi reprezentanci to inni ludzie, niż kadrowicze, których pan wymienił?

- Nasze czasy były mniej profesjonalne. Teraz są diety takie, śmakie, owakie a kiedyś był kotlet mielony i ziemniaki. To było paliwo na zgrupowaniu kadry U-21. Dziś chłopaki jedzą ciasteczka bezglutenowe i to maksymalnie dwa. My trenowaliśmy w dużo gorszych warunkach, ale to kształtowało charaktery. Byliśmy twardzielami. Młodzi natomiast mają wszystko podane na tacy, niczym nie muszą się przejmować. A to czasem zabija ambicję i wolę walki. Bo jeśli nie musisz szarpać się o buty, koszulki, siatki, bo czekają na ciebie przygotowane, to tracisz agresję. 10 lat temu przeszkody były wszędzie.

Co chciałby pan osiągnąć na mistrzostwach świata w Rosji?

- Wiem, że to mało konkretna odpowiedź, ale chciałby zrobić tam coś fajnego. Z nas wszystkich tylko Łukasz Fabiański był na mundialu. A więc wszyscy są głodni sukcesu. Ale nie można się zadławić.

Czym jest to „coś fajnego”.

- Sam nie wiem. Na pewno nie interesuje nas dobra gra bez wyników, bo to nie jazda figurowa na łyżwach. Jeżeli powtórzymy rezultat mistrzostw Europy to chyba będziemy mieli powody do dumy.

Jak pan, chłopak ze śląskiego podwórka, odnajduje się w Monako?

- Po przeprowadzce z Turynu był mały szok. Znałem Monako, byłem tam wcześniej dwa czy trzy razy, ale poznając to miejsce od środka można być pod wrażeniem. Ale mi ten przepych nie imponuje. Nie biegamy z Martą po klubach. Jeśli jemy to raczej w domu.

Kilka miesięcy temu podpisał pan wartą rocznie 3 mln euro umowę. Zakręciło się w głowie?

- Po przekroczeniu pewnego progu pieniądze stają się tylko cyferkami na koncie. Wiem, ile mam odłożone, ale przecież nie przeznaczam tego na bieżące wydatki. Myślę, że Robert czy kilku innych chłopaków ma podobnie. Zauważyłem, że nawet ci z najwyższymi kontraktami, są normalni. Nikt nie przyjeżdża na kadrę z banknotem 500 euro przyklejonym do czoła, nikt nie wypycha kieszeni forsą. Przy stoliku też nie słyszałem pytań „gdzie moje pięćset baniek?”. Wiadomo, że kasa jest ważna…

Bo pieniądze to nie tylko komfort, ale i bezpieczeństwo.

- Tak je traktuję. Jako zabezpieczenie. I tyle. Wciąż jestem tym samym Kamilem z Jastrzębia. Mam przyjaciół, którzy nie są słynnymi aktorami, tenisistami, biznesmenami. Mieszkam co prawda w Monako, ale moi kumple to wciąż ludzie ze Śląska. Spotykamy się zawsze, kiedy wracam w rodzinne strony.

Nie licząc tych rodzinnych stron to za granicą jest pan bardziej szanowany, niż w Polsce.

- Tak wyszło. Kiedy po transferze do Monaco odwiedziłem Turyn, prezes zaprosił mnie na murawę, kibice skandowali moje nazwisko. Później zawołali mnie pod trybunę. Łza w oku się zakręciła… To było piękne podziękowanie za pięć lat. To był intensywny czas. Awansowaliśmy do Serie A, utrzymaliśmy się tam i zakwalifikowaliśmy się do Ligi Europy. A ja zostałem pierwszym i ostatnim kapitanem-obcokrajowcem w historii Torino. Na starość będzie co wspominać.

Kusi pana Premier League?

- No kusi…

To dlaczego latem nie skorzystał pan z oferty Tottenhamu?

- Bo wolę grać w Monako. Ale jeśli w przyszłości będzie jeszcze okazja, to chętnie bym spróbował. Myślę, że pasuję do angielskiego stylu gry. Z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że w Premier League byłbym jednym z wielu. Mógłbym zaginąć w lesie drwali.

Trener Nicei Lucien Favre powiedział mi, że sukces Monaco w dużej mierze opiera się na panu, bo to pan poukładał grę w defensywie klubu z Księstwa. I, że chętnie kupiłby pana do Nicei.

- We Francji zawodników z moją charakterystyką jest niewielu. I tym się tu wyróżniam. W Ligue1 naprawdę mnie doceniają. Trenerzy, piłkarze, kibice. To kolejny argument za tym, że podjąłem dobrą decyzję idąc do Monako. Ale nie jestem jeszcze dziadkiem. Wciąż mam siły na nowe wyzwania.

Zobacz wideo
  
Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ