Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Kraj w którym futbol przegrywa z borbą i sztangą. Ormianie czekają na porażkę z Polską

Brak stawki, brak wiary, brak zainteresowania. Tak w przeddzień meczu Polski z Armenią można opisać stan w jakim znajduje się ormiańska reprezentacja i jej kibice. Miejscowi od starcia piłkarzy wolą rywalizację zapaśników i sztangistów, a na wiekowym stadionie Hanrapetakan w czwartek zasiądzie zaledwie kilka tysięcy widzów.

 Stolica Armenii na pierwszy rzut oka nie robi oszałamiającego wrażenia. Właściwie nie robi żadnego. Budzi raczej wspomnień czar, bo co kilka metrów można dostrzec zaparkowane (i rozklekotane) łady czy wołgi. Klimat miasta tworzą jednak wyjątkowo uprzejmi ludzie. – Piłka? Jaka piłka? Tu nikt nie interesuje się piłką. U nas króluje borba i sztanga – mówi rozbawiony Tornik, którego poznajemy na erewańskim lotnisku.

Borba i sztanga

Borba to zapasy, sztanga – podnoszenie ciężarów. Dopytujemy więc czy futbol jest na trzecim miejscu. Tornik znów uśmiecha się szeroko i kręci głową. – A gdzie! Na trzecim miejscu to są szachy. Sport narodowy. Dzieci uczą się grać już w szkole. Zaskoczony? Szachy to logika, rozwijają mózg. Piękny sport – nie pozostawia wątpliwości nasz przewodnik i wymienia nazwiska swoich sportowych idoli: arcymistrza szachowego Lewona Aroniana, pięściarskiego mistrza świata Arthura Abrahama oraz Artura Aleksaniana i Migrana Arutiuniana, zapaśniczych medalistów igrzysk olimpijskich w Rio.

– Co to za dureń! Nie słuchajcie go. Jaka borba, jaka sztanga? Dobrze, może i są to popularne sporty, ale piłkę też lubimy. W Armenii mamy z dwieście klubów, w samym Erywaniu jest ich z sześć-siedem – mówi z oburzeniem kierowca taksówki, któremu kilka godzin później opowiadamy o słowach Tornika. I wraca pamięcią do 1973 roku, gdy Ararat Erywań zdobył mistrzostwo ZSRR, wyprzedzając w tabeli Dynamo Kijów i Dynamo Moskwa. – To były czasy. W Araracie grali sami Ormianie, a ja byłem piękny i młody. Nie było na nas mocnych. Wtedy cały kraj żył futbolem. Teraz jest dużo gorzej, bo nie mamy dobrych zawodników. Jest tylko jeden Mchitarian – mówi ze smutną miną.

Twarz Erywania

Henrich Mchitarian, as Manchesteru United, który w przeszłości zachwycał w Szachtarze Donieck i Borussii Dortmund, to miejscowy Robert Lewandowski. Mchitarian urodził się w Erewaniu, jest wychowankiem Piunika. W stolicy wciąż mieszka jego matka Marina Taszczian, która pracuje w ormiańskiej federacji. – Kiedy jedziesz ulicami, Mchitarian patrzy na ciebie. W Armenii reklamuje prawie wszystko. Jest i w telewizji, i na bilbordach – tłumaczy Tornik, pokazując gdzie w Erywaniu znajduje się akademia założona przez 66-krotnego reprezentanta kraju. Niedaleko mieszka też mama 28-latka. – Jego ojciec też był piłkarzem. Grał w Araracie, a później we Francji. Tam zresztą zmarł – mówi Sport.pl Robert Markosian z TotoExpert i dodaje, że z futbolem związana jest także siostra Henricha, Monika, która pracuje w UEFA.

Sam Mchitarian to jednak za mało. Ormiańska kadra – dopiero 83 w rankingu FIFA – dawno straciła szansę na awans na rosyjski mundial. W 2016 roku nasi najbliżsi rywale przegrali trzy z czterech meczów – z Danią, Rumunią i Polską. Później co prawda udało im się ograć Czarnogórców i Kazachów, ale w grupie E zajmują przedostatnie miejsce. Do Polski tracą aż 13 punktów.

Gdy dopytujemy kilku kibiców Lernakanner, czyli „Górników”, dlaczego ich drużyna narodowa gra tak słabo, każdy z nich odpowiada tak samo: „Bo Mchitarian jest jeden. Poza nim nie mamy pół piłkarza o podobnej klasie. Nie jednego. Nie ma połowy!”. – W kadrze selekcjonera Artura Petrosjana wyróżniają się tylko Gaël Andonian z Olympique Marsylia, który z Polakami nie zagra z powodu kartek i Brazylijczyk z naszym paszportem Marcos Pizzelli, który gra w Al-Shabab. To byłoby na tyle – mówi Arman Abelyan z vivaronews.am.

Zbyt drogie bilety

Ormiańscy kibice mogliby nazywać siebie realistami. Wszyscy nasi rozmówcy na pytanie czy Armenia ma z Polską jakiekolwiek szanse, odpowiadali bez zawahania: „nie!”. W czwartek na mogącym pomieścić 14 tys. ludzi stadionie Hanrapetakan zasiądzie maksymalnie 10 tys. fanów. – Po pierwsze dlatego, że dla nas jest to mecz o nic. Po drugie federacja ustaliła bardzo wysokie ceny biletów. Najtańszy kosztuje 4 tys. dram (35 zł), najdroższy – 10 tys. dram (85 zł). W kraju w którym średnia płaca to 220 euro (ok. 1 tys. zł). to naprawdę drożyzna. Kibice się wściekli i niezbyt chętnie przychodzą na mecze eliminacji – tłumaczy Markosian. Większość napotkanych przez nas Ormian nie wiedziała nawet, na którym stadionie odbędzie się mecz (w mieście są dwa, drugi to mogący pomieścić 70 tys. osób Hrazdan).

Jeśli miejscowi będą dopingować z taką swadą, z jaką opowiadają o szansach swojej drużyny, to na erywańskim stadionie będzie słychać wyłącznie Polaków. Kilku fanów znad Wisły kibicowską krucjatę ze śpiewem na ustach rozpoczęło już w samolocie z Moskwy do Erywania, co o mało nie skończyło się interwencją policji i odesłaniem do Polski. Na mecz wybrała się duża grupa naszych kibiców. Już we wtorek ponad połowa samolotu wylatującego ze stolicy Rosji była biało-czerwona. Od rana Polaków widać i słychać – przede wszystkim pod hotelem w którym zakwaterowana jest kadra Nawałki. Według ormiańskich dziennikarzy padnie rekord frekwencji przyjezdnych kibiców w trwających eliminacjach. – Spodziewamy się 1,5 tys. Polaków. Wcześniej rekord należał do Czarnogórców, których było 500 – wyjaśnia Abelyan.

Historia ormiańsko-polskich starć pokazuje jednak, że należy uważać na przesadną pewność siebie. W Erywaniu nigdy nie wygraliśmy. 10 lat temu, w 2007 roku, Armenia wygrała 1:0 po bramce Hamleta Mchitariana (piłkarz nosi takie samo imię i nazwisko co ojciec Henricha Mchitariana, ale nie są oni spokrewnieni). W 2001 roku zespół Jerzego Engela tylko zremisował 1:1. Oby tym razem sprawdziła się reguła, że do trzech razy sztuka. I oby Polacy za trzecim razem wywieźli z tego niezwykle gościnnego kraju arcycenne trzy punkty.

  
Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ