Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Kamiński w wywiadzie Staszewskiego: Już raz zawiodłem Nawałkę. Teraz muszę zdać egzamin. Trzeciej szansy nie będzie

Niecałe cztery lata temu Adam Nawałka widział w Marcinie Kamińskim obrońcę, który będzie ostoją nowej reprezentacji Polski. Zamiast tego, po zaledwie jednym meczu utalentowany piłkarz wyleciał z kadry na długie lata. Teraz niespodziewanie wraca. Stoper VfB Stuttgart otrzymał powołanie na eliminacyjny mecz z Rumunią. - Kiedyś zawiodłem Nawałkę, nie spełniłem jego oczekiwań. Teraz dostałem szansę, którą muszę wykorzystać. Kolejnej nie będzie - mówi Kamiński w rozmowie z Sebastianem Staszewskim z cyklu "Wywiadówka Staszewskiego".

Sebastian Staszewski: Trudno jest być złotym dzieckiem?

Marcin Kamiński: Tego typu określenia zawsze były mi obojętne.

Nieczęsto jednak obrońca nazywany jest „największą klubową nadzieją”.

- Przez lata słyszałem wiele komplementów, wiedziałem też, jakie oczekiwania mają wobec mnie ludzie z Poznania, ale naprawdę nie zajmowało to moich myśli.

Spełnił pan te oczekiwania?

- Na pewno lepiej mogliśmy pokazać się w Lidze Europy i Pucharze Polski. Bo porażki ze Stjarnanem i Žalgirisem Wilno, a także dwa przegrane finały PP, wciąż bolą. Ale uważam, że swoje w Lechu zrobiłem. W moim ostatnim sezonie zdałem sobie sprawę, że w klubie zostało tylko trzech piłkarzy, którzy pamiętają mistrzostwo Polski z 2010 roku. To był Krzysiek Kotorowski, Jasmin Burić i ja. Gdybym był słaby, nie utrzymałbym się tak długo w podstawowym składzie jednego z najlepszych klubów w naszym kraju.

W 2013 roku Adam Nawałka przekonywał, że już niedługo w kadrze zaistnieje młody obrońca, który będzie filarem reprezentacji Polski. Pamięta pan te słowa?

- Trudno o nich zapomnieć. Chociaż sam ich nie słyszałem. Przytoczył mi je dziennikarz w trakcie wywiadu.

Debiutujący selekcjoner mówił wówczas o panu. A w jego kadrze zagrał pan tylko jeden mecz – ten, w którym w fatalnym stylu przegraliśmy ze Słowacją. Wypowiedź Nawałki, do której media wracały wielokrotnie, była kulą u nogi?

- Nigdy nie powiem, że nadzieje, jakie wiązał ze mną pan Nawałka, spętały mi nogi. Raczej motywowały do pracy.

To coś słabo motywowały, skoro z kadry wypadł pan na ponad trzy lata.

- Jedyne, co dziś mogę stwierdzić, to, że wówczas zawiodłem trenera. Nie podołałem, nie spełniłem jego oczekiwań. A wyobrażałem sobie to wszystko zupełnie inaczej. Nie chcę się usprawiedliwiać, ale wiem, że wtedy nie byłem w optymalnej dyspozycji.

A może Nawałka się po prostu mylił?

- Wierzę, że nie. Skoro we mnie „coś” widział, to znaczy, że byłem w stanie „coś” zrobić. To nie były puste słowa. Nie mam pewności, ale ufam instynktowi selekcjonera. Raz zawiodłem i pretensje mam tylko do siebie. Zamiast rozegrać kilkanaście meczów w reprezentacji, eliminacje Euro i mistrzostwa Europy oglądałem w telewizji. Szkoda.

Teraz otrzymał pan kolejną szansę – został pan powołany na eliminacyjny mecz z Rumunią.

- Czekałem na to powołanie, chociaż nie spodziewałem się, że przyjdzie już teraz. Wiedziałem, że obserwuje mnie Hubert Małowiejski, bywał na meczach Stuttgartu, na przykład z Unionem Berlin, rozmawialiśmy też przez telefon. Ale myśl, że mam realną szansę, nie docierała do mnie. Aż do czwartku. Zadzwonił selekcjoner Nawałka, krótko porozmawialiśmy. Powiedział, że dawno się nie widzieliśmy, ale nadszedł mój moment i czas znów pojawić się na zgrupowaniu.

Słyszę w pana głosie wielką euforię.

- Bo cieszę się jak dziecko! Znów jestem w kadrze! Chcę się nacieszyć tą chwilą. Ostatnio byłem skupiony na regularnej grze w Stuttgarcie, awansie do Bundesligi. Udało się i to pierwsze, i drugie. A na dodatek, na sam koniec sezonu, przyszła taka niespodzianka. Dostałem już sporo gratulacji z klubu, od kolegów i trenerów. Hannes Wolf już wcześniej mówił mi, że walczymy o mój powrót do reprezentacji. Zrobił wszystko, aby mi pomóc.

Analizował pan szanse na grę? Kamil Glik pauzuje, pewniakiem jest Michał Pazdan. Rywalizacja będzie toczyła się miedzy panem, Igorem Lewczukiem i Thiago Cionkiem.

- Nie zdążyłem, bo miałem przed sobą ostatni ligowy mecz w 2. Bundeslidze, w niedzielę graliśmy u siebie z Würzburgerem. Dlatego starałem się zachować chłodną głowę. Ale teraz myślę tylko o kadrze. Czuję się dobrze, naprawdę dobrze. Pewność siebie urosła, umiejętności – myślę, że też. Zrobię wszystko, aby tym razem selekcjonera nie zawieść.

Ma pan świadomość, że trzeciej szansy może nie być?

- Niektórzy mają tylko jedną w życiu. Ja dostałem kolejną. Wiem teraz, co muszę zrobić i zrobię wszystko, aby pokazać trenerowi, że tym razem postawił na właściwego piłkarza.

Młody i utalentowany – to wciąż o panu?

- W Niemczech młodzi i utalentowani mają po 17, 19, albo maksymalnie 20 lat i na koncie 100 rozegranych meczów. W Polsce natomiast trwa przeświadczenie, że 25-letni chłopak ma wszystko prze sobą. Chociaż ja i tak nigdy tak nie uważałem. Wiek nie jest dla mnie alibi.

Szczególnie, gdy pana trener w Stuttgarcie, wspomniany Hannes Wolf, jest od pana starszy zaledwie o 11 lat.

- Nie jest to sytuacja codzienna. Ale z podobną miałem już do czynienia.

W Lechu Poznań. Mariusza Rumaka debiutował jako pierwszy trener Kolejorza w wieku 35 lat. To atut czy słabość?

- Wolf faktycznie przypomina mi Rumaka. Mają takie same charaktery, obaj zaczęli pracę z seniorami w podobnym wieku, mają też duże doświadczenie ze szkolenia młodzieży. I widać to na co dzień. Wiadomo, że gdy obejmuje się pierwszą drużynę, nie można traktować wszystkich jak dzieci. Ale świeże podejście i pozytywna energia to atuty. Kontakt z Wolfem chwilami przypomina rozmowę z kumplem, ale granica nigdy nie jest przekraczana. Wszyscy trenera szanują, wiedzą, że to szef. To odpowiedź na pana pytanie.

Ciężko jest wejść do niemieckiej szatni?

- Na początku klub traktowałem jak pracę. Przyjeżdżałem do niej, trenowałem i uciekałem do domu. Wydawało mi się, że wszyscy robią tak samo. Ale po jakimś czasie odkryłem, że zespół ma swój rytm. Najwięcej zmienił fakt, że zacząłem grać. Wzrosła moja pozycja w szatni, koledzy traktowali mnie inaczej. Przestałem być tylko słupkiem na treningu. Dużo pracuję też nad językiem. Rozumiem prawie wszystko, chociaż mówię niewiele. Wciąż mam blokadę. Czasem Niemcy mają pretensje, że po roku dalej nie znam niemieckiego. Ale kiedy ich pytam, dlaczego mówią do mnie po angielsku, odpowiadają ze śmiechem: „Bo sami wolimy szkolić nasz angielski!”. I weź się tu dogadaj, haha.

A jak duży jest przeskok pomiędzy czołowym klubem 2. Bundesligi, jakim jest VfB Stuttgart, a czołowym klubem Ekstraklasy?

- Niewielki.

Pod każdym względem?

- Organizacyjnie – niemal żaden. Byłem w Lechu, to wyższa półka, jeden z najlepiej zarządzanych klubów. Naprawdę nie mamy się czego wstydzić. Jedyną rzeczą, jaką od razu przeniósłbym do Polski, jest zainteresowanie kibiców. Nawet w 2. Bundeslidze stadiony są pełne. Gry graliśmy w Düsseldorfie na mecz przyszło prawie 40 tys. ludzi. I to jest norma.

Dlaczego w ogóle wybrał pan Niemcy?

- Miałem trzy konkretne propozycje: ze Stuttgartu, Eintrachtu Brunszwik i Karlsruher. Ktoś tam wspominał o tureckim Konyasporze, ale ani Turcja, ani Rosja mnie nie interesowały. Wybór był więc prosty.

A telefony z Polski były? W styczniu 2016 roku mocno interesowała się panem Legia Warszawa.

- Polska też nie wchodziła w grę. Wybrałem VfB, chociaż nie zdawałem sobie sprawy, jak wielki to klub. Kojarzyłem, że grał kiedyś w Lidze Mistrzów, ale nie miałem pojęcia, że na piłkarskiej mapie Niemiec ma tak istotne miejsce. Dziś mogę powiedzieć, że wszystko ułożyło się tak, jak mógłbym to sobie wymarzyć.

Naprawdę? W pierwszych dziesięciu meczach VfB nie zagrał pan nawet minuty.

- No tak, ten początek nie był kolorowy. Ale od pierwszych dni wiedziałem, że niczego za darmo nie dostanę. Trener Jos Luhukay powiedział mi w sierpniu: obserwuj, ucz się, chłoń atmosferę. Musiałem przyzwyczaić się do nowego środowiska. A na to potrzeba czasu. Nie dostawałem sygnałów, że czegoś mi brakuje. Po prostu trwała aklimatyzacja.

I nie pojawiła się chwila zwątpienia?

- Nawet raz nie pomyślałem: „Dlaczego znów nie gram?”. Siedziałem na ławce, ale nie było czasu, aby to wszystko analizować. Szczególnie, że na treningach naprawdę dawałem radę. Nawet gdybym nie zadebiutował do końca rundy jesiennej i tak nie brałbym pod uwagę odejścia. Może to zabrzmi nieskromnie, ale byłem pewny, że sobie poradzę.

W niedzielę świętowaliście awans do Bundesligi. Przed panem kolejne wielkie wyzwanie.

- I znów wierzę, że dam radę. W Stuttgarcie docenia się ciężką pracę. Najlepszym tego przykładem jest bramkarz, Australijczyk Mitchell Langerak. Długo czekał na swoją szansę. Najpierw w Borussii Dortmund, później w VfB. Przegrywał rywalizację, między innymi z naszym Przemkiem Tytoniem. Ale był cierpliwy i w końcu wskoczył do składu. A teraz zdobył awans. Wzorem jest dla nas Christian Gentner. To chyba jedyny piłkarz w klubie, który pamięta mistrzostwo Niemiec zdobyte przez Stuttgart w 2007 roku. Chris świetnie dba o szatnię, pomaga młodym. To miejscowa legenda. Nie raz raczył nas opowieściami, jak to jest w Bundelidze. Wie, jak nakręcić chłopaków.

Wiedząc już, jak smakuje gra na Zachodzie, miał pan refleksję, że wyjechał pan z Polski zbyt późno? Przez lata ofert przecież nie brakowało.

- Najbardziej konkretne było Palermo w 2014 roku. Ustaliliśmy długość umowy, wysokość zarobków. Ale nie dogadały się kluby. Później prezes Rutkowski zdradził mi, że ofertę godną zaakceptowania wysłał PAOK Saloniki. Ale ten kierunek mnie nie interesował. Jakiś czas temu spotkałem się także z dyrektorem sportowy Sportingu Gijón, rozmawialiśmy nawet o kontrakcie. I znów nic z tego nie wyszło. Tych propozycji było pewnie więcej, ale nie o wszystkich informował mnie Lech.

Ale co z wyjazdem?

- Wolę o tym nie myśleć. Wyjechałem w momencie w którym czułem, że muszę zrobić krok do przodu. Potrzebowałem nowego bodźca, wyzwań, zmiany miasta. Wcześniej nie odczuwałem takiej potrzeby. Dlatego wciąż grałem w Lechu.

Za niecały miesiąc rozpoczną się w Polsce mistrzostwa Europy do lat 21. Będzie pan śledził grę młodszych kolegów?

- Oczywiście. W pewnym sensie to wciąż moja reprezentacja.

Nie tak dawno oczekiwania wobec kadry U-21 były m.in. na pana barkach.

- Do dziś czuję olbrzymi żal związany z naszymi eliminacjami. Nie tylko powinniśmy je wygrać, ale i odegrać na Euro znaczącą rolę. Mieliśmy niemiłosierną paczkę: Rafał Wolski, Dominik Furman, Bartłomiej Pawłowski, Michał Chrapek, Arkadiusz Milik, Piotr Zieliński i tak dalej. W grupie pokonaliśmy Szwecję, która później wygrała mistrzostwo Europy. Mogliśmy być na ich miejscu. Jedną z moich największych piłkarskich traum jest przegrany w Katerini mecz z reprezentacją Grecji.

Mecz w którym graliście 11 na 12.

- Może to zbyt ostra ocena, ale faktycznie, to co zrobił niemiecki sędzia, to piłkarskie jaja. Sfaulowałem Greka na 18 metrze przed naszą bramką, a pan Danker podyktował rzut karny. Widziałem już kilkanaście powtórek i żadna z nich nie pozostawiała wątpliwości. Nie wiem, jak on to zobaczył. To było coś niewiarygodnego. Jak cały mecz.

W 88 min. wciąż byliście na pierwszym miejscu w grupie!

- Co z tego, skoro później Grecy strzelili nam trzecią bramkę, a Szwedzi dorzucili coś w meczu z Turcją? Niedawno rozmawiałem o tamtych eliminacjach z trenerem Marcinem Dorną. I dla mnie, i dla niego, to był olbrzymi zawód.

Były łzy?

- Nie wiem czy u wszystkich, ale ja płakałem. Wiedziałem, że przepadła szansa na grę w młodzieżowym Euro, uciekły też Igrzyska Olimpijskie. Dla mnie to był podwójny cios, bo chwilę później odpadłem z Ligi Europy w dwumeczu ze Stjarnanem.

Z jednej strony słyszę więc chłopaka, który płakał po przegranych eliminacjach, z drugiej słyszę natomiast piłkarzy, którzy ustami Roberta Lewandowskiego mówią: „nie chcemy grać na Euro w Polsce, bo jesteśmy już seniorami”. Co Pan na to?

- Mogę to skomentować tylko w jeden sposób. Pomidor.

Obserwuj Sebastiana Staszewskiego na Facebooku.

  
Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ