Eliminacje MŚ 2018. Kazachstan - Polska 2:2. Zły początek eliminacji. Odurzenie sukcesem?

Selekcjoner mówił, że jego drużyna ma zamiar ugruntować pozycję wśród najlepszych na świecie. Trzeba do tego dorosnąć, także mentalnie. Czas "po sukcesie" jest trudny, bo więcej jest do stracenia niż zyskania. Na szczęście Polacy stracili na razie dwa punkty. Aż dwa i tylko dwa - pisze po meczu z Kazachstanem (2:2) Dariusz Wołowski, dziennikarz Sport.pl i "Gazety Wyborczej".

Gdyby Kamil Glik dostał czerwoną kartkę za to, że nogą, z irytującą dozą arogancji, starał się zmusić rywala do powstania z murawy, trudno byłoby się wściekać na arbitra. Robert Lewandowski nie powinien był strzelać po gwizdku, zwłaszcza, że miał już żółtą kartkę. Proste błędy Macieja Rybusa przy obu straconych bramkach, pudła Arkadiusza Milika pod bramką rywala... i tak można wyliczać długo. Piłkarze Adama Nawałki zachowywali się jak mistrzowie, których ktoś skazał na przykrość gry na sztucznej trawie w Kazachstanie. I z tego Kazachstanu wrócili z remisem - pierwszym w historii rywalizacji obu drużyn. Wcześniej kadra grała z Kazachami trzykrotnie, i zawsze wygrywała.

Stało się coś złego - Polacy stracili punkty z teoretycznie najsłabszym rywalem w grupie. Znacznie słabszym niż Gruzini, dwa razy pokonani w eliminacjach Euro 2016. Drużyna Nawałki miała pracować na opinię solidnej i dojrzałej - tymczasem zademonstrowała słabości, a przede wszystkim skłonność do popadania w zadowolenie z siebie. Po pierwszej połowie było 2:0 dla Polski i wydawało się, że Kazachowie stracili wszelkie argumenty. Zanosiło się na mecz bez historii i dramaturgii. Gospodarze odbijali się od drużyny lepszej, ale ta lepsza drużyna pozwoliła im jednak odwrócić losy przegranego - zdawało się - meczu.

Piłkarze Nawałki mówili, że dobry start jest bardzo ważny w drodze na mistrzostwa świata w 2018 r. Zaczęli od falstartu. Było w tym meczu za dużo błędów, ale i arogancji wobec Kazachów. Ci dużo faulowali (27:5), to prawda, ale zachowanie Glika, piłkarza, który jest jednym z liderów drużyny, dotąd imponującym zimną krwią, było kuriozalne.

Po porażce w ćwierćfinale Euro 2016 z Portugalią zawodnicy Nawałki skromnie i rozsądnie gasili entuzjazm kibiców. To był największy sukces kadry od 1982 r., ale tak niewiele brakowało, by wejść do strefy medalowej. Polscy piłkarze zachowali się jak grupa ludzi, których apetyt na sukces się zaostrzył, a nie został zaspokojony. Wszystko przemawiało za tym, że apogeum tego pokolenia graczy, najwybitniejszego w naszej piłce od dekad, przypadnie na mundial w Rosji.

Wczoraj perspektywa mistrzostw świata się oddaliła. I trudno się oprzeć wrażeniu, że na własną prośbę. Jeśli piłkarzom Nawałki potrzebny był kontakt z ziemią lub ostry sygnał ostrzegawczy, to go dostali. Lepiej wcześniej niż później. Jest czas na reakcję. Jesienią Polacy grają jeszcze trzy mecze: z Danią, Armenią i Rumunią - nasz selekcjoner chciał, by zdobyli w nich 10 pkt. Cały margines błędu przepadł więc wczoraj w Astanie.

Problem polega na tym, że choć w naszej grupie kwalifikacyjnej nie ma mistrzów świata, to jest ona wyrównana (Dania, Rumuna, Czarnogóra, Armenia), a tylko jej zwycięzca otrzyma prawo wyjazdu do Rosji. Drugi może nawet nie zagrać w barażach (wystąpi w nich osiem z dziewięciu zespołów z drugich miejsc).

Do zdobycia w eliminacjach jest 30 pkt. Polacy mogą mieć 28. Wszystko jest jeszcze do wygrania, choć nie z takim podejściem jak wczoraj. Selekcjoner mówił, że jego drużyna ma zamiar ugruntować pozycję wśród najlepszych na świecie. Trzeba do tego dorosnąć, także mentalnie. Czas "po sukcesie" jest trudny, bo więcej jest do stracenia niż zyskania. Na szczęście Polacy stracili na razie dwa punkty. Aż dwa i tylko dwa.

Zobacz wideo

Milik utrzymał formę z Euro! Pazdan zablokował sam siebie [MEMY]