Reprezentacja Polski. Nawałka, czyli pochwała tu i teraz

- Z chaotycznego boksera ze szklaną szczęką Polska zmieniła się w twardego wygę. Teraz najważniejsze, by się tym nie zachłysnęła - pisze Paweł Wilkowicz, podsumowując rok piłkarskiej reprezentacji Polski.

Kawał drogi przejechaliśmy przez rok. Niemal równo rok. Zgrupowanie było wtedy w Grodzisku, daleko od tłumów. Rany po eliminacjach mundialu były jeszcze świeże, nasi grupowi rywale Ukraińcy właśnie szykowali się do baraży, a my do kolejnego nowego otwarcia.

Robert Lewandowski prosił, żeby przestać mu wytykać, że mało strzela, tylko policzyć asysty w kadrze. Arkadiusza Milika w ogóle nie było wśród powołanych, Sebastian Mila w Śląsku płynął z prądem, czyli w dół. A Adam Nawałka swój pierwszy otwarty trening w kadrze przygotował jak mecz: miało być intensywnie, głośno, trener krzyczał "odbudowa, odbudowa!", ćwicząc z piłkarzami jak najszybsze powroty do obrony. I tłumaczył, że ma być jak w boksie: uderz i odskocz, a zanim wyprowadzisz ciosy, naucz się je przyjmować. Wtedy jeszcze chętnie udzielał wywiadów. Przeszło mu po kilku ciosach.

Zatrucie Euro

Ten debiut sprzed roku wypadł też we Wrocławiu, też przyszło na mecz towarzyski ponad 40 tysięcy widzów i też Polacy jako pierwsi stracili bramkę. Ale wtedy, ze Słowacją, pierwszy gol był dla nich jak końcowy gong. Piłkarze spuścili głowy, jeszcze przed przerwą stracili drugą bramkę, druga połowa to był koncert gwizdów i szyderstw z trybun. Tak wtedy graliśmy, tak kibicowaliśmy - do pierwszego ciosu. Jak bokser ze szklaną szczęką.

Polska była wtedy drużyną, która od tak dawna coś budowała - a to na Euro, a to na po Euro - że w końcu zapomniała, co miało powstać. W pewnym sensie byliśmy ofiarami awansu na Euro 2012 bez eliminacji. Bo tacy jak my muszą się hartować, grając regularnie o punkty. Mecze towarzyskie to za słaby impuls. Potem, gdy mecze o punkty wróciły, zabrakło mocnego lidera. Waldemar Fornalik nas z zatrucia Euro nie wyleczył. Tak jak Franciszek Smuda narzekał, że brakuje dobrych piłkarzy, tak Fornalik - że brakuje mu czasu.

Po pierwsze, nie komplikuj

Nawałka zrobił inaczej, on zaczął budować na tu i teraz. Nie obiecywał, że za rok to ho, ho i pach, pach, pach, nie zapowiadał drugiej Borussii, nie szukał swoich Xavich i Iniestów, nie wzdychał do powrotu Kuby Błaszczykowskiego. Zamiast kreślić wizje, jaką drużyną będziemy, skupił się na tym, jaką drużyną nie będziemy. Odrzucił wszystko, co zbędne, ćwiczył tylko wybrane warianty, ale za to ćwiczył je do znudzenia. Jeśli szukać porównania przemawiającego do wyobraźni - jak Diego Simeone, gdy przejmował Atletico groźne w ataku, ale tracące frajerskie bramki i odbudowywał je krok po kroku. Najpierw uszczelniamy obronę, potem ćwiczymy stałe fragmenty, a ładną grę zostawiamy na później. Johan Cruyff powiedział kiedyś: jeśli masz zły dzień, jeśli ci nie idzie, to trzymaj się najprostszych rzeczy. Podaj kilka razy prosto, nawet do najbliższego kolegi, ale dobrze. Tym się podbudujesz i dopiero wtedy próbuj czegoś bardziej skomplikowanego.

Nigdy nie wiadomo, kto strzeli

Polacy właśnie w ten sposób nabierali ostatnio hartu: od drobiazgu do większej całości, od udanego przeszkadzania do tworzenia. Tak się urodziła drużyna z charakterem. Może jeszcze czasami ten bokser nie zdąża z gardą, ale cios rywala go rozjusza, a nie gasi zapał. Od pół roku Polska albo nie traci goli w ogóle - tak było dwa razy z Niemcami, raz z Gibraltarem i Gruzją - albo potrafi odpowiedzieć w sytuacji, gdy przegrywa: tak było z Litwą, Szkocją, a teraz Szwajcarią.

Kadra w 2014 roku to mniej marzycielstwa, a więcej powtarzalności, mniej wzniosłych słów, więcej wspólnego działania. Skończyły się mecze, po których miało się ochotę powiedzieć niektórym piłkarzom: wy się naprawdę nie musicie tak poświęcać dla ojczyzny, wystarczy, że się będziecie poświęcać dla siebie nawzajem. Teraz zaczęło ich wreszcie cieszyć wspólne granie. I bycie razem.

Niektórzy z nich mogli teraz odjechać do klubów wcześniej, po zwycięstwie w Gruzji. Ale zostali na wrocławski mecz, właśnie po to, żeby sobie ostatni raz w tym roku razem pograć. Powalczyć za siebie, bez odstawiania nogi, nawet jeśli już za chwilę mają w klubie np. mecz z Barceloną, jak Grzegorz Krychowiak, czy perspektywę grania co trzy dni. Im się po prostu trudno było pożegnać z tą jesienią w kadrze. Większość z nich lepszej nie doświadczyła. Niesie ich to, co zrobili w październiku, boją się, żeby tego nie zepsuć. Kiedyś byli nieprzewidywalni w zły sposób. Teraz są w dobry: nigdy nie wiadomo, kto strzeli gola. W Gruzji pierwszą bramkę w kadrze zdobył Krychowiak, ze Szwajcarią drugą Artur Jędrzejczyk, wcześniej był Krzysztof Mączyński.

Trener w cieniu

Arkadiusz Milik to osobny przypadek, jemu się udaje wszystko, co wymyśli. Robertowi Lewandowskiemu - wszystko poza strzelaniem. Ale niestrzelanie goli przez Roberta przestało być problemem drużyny. To może być jego problem prywatny, nawet widać, że nim jest. Ale nikt minut bez gola kapitanowi już nie liczy, bo widać, jakie to jest jałowe. Im bardziej Robert chce tego gola, walczy o niego, tym lżej strzelać Milikowi i reszcie.

Tamta Słowacja sprzed roku, która nam dała lekcję, dziś jest rewelacją eliminacji. Polska - też. A jej najważniejsze wyzwanie przed drugą częścią eliminacji to zachować pokorę. Każdego rywala potraktować jak ostatnio Gruzję: zawsze lepiej z przesadnym respektem niż niewystarczającym. Czas na szaleństwa i ryzyko jest w meczach towarzyskich, jak wczoraj.

Adam Nawałka ćwiczy piłkarzy z brania odpowiedzialności, wypychając ich na scenę. Sam został w cieniu. Stara się, żeby jak najwięcej zawodników pojawiało się na konferencjach prasowych, żeby liderzy zawsze zabrali głos. A sam, jak przestał udzielać wywiadów niedługo przed eliminacjami, tak dalej odmawia. - Najpierw coś osiągnijmy, dobrze?

Umowa stoi.

Zobacz wideo

Najlepszy rok kadry od 2001 roku! Jak do tego doszło?

Więcej o: