Ebi Smolarek, ostatni przebłysk reprezentacji

Naznaczona kontuzjami, wczesnymi zarzutami o popalaniu marihuany i ostatnio nagminnym rozwiązywaniem kontraktów z kolejnymi klubami kariera Euzebiusza Smolarka i tak jest historią do pozazdroszczenia. Na pewno nie do zapomnienia.

Ebi Smolarek w historii polskiego futbolu pozostanie bohaterem pozytywnym, choćby tylko jako symbol ostatniej fajnie, ofensywnie i z pomysłem grającej reprezentacji z eliminacji do Euro 2008. Też przygody nieprzypadkowo powiązanej z przybyciem do kraju "drewnianych chatek" holenderskiego szkoleniowca, Leo Beenhakkera. Nawet ich relacja nie była do końca oczywista i łatwa, choć były selekcjoner potrafił doskonale wykorzystać każdy element z talentu Smolarka.

Piłkarza, którego kariera klubowa ogranicza się bardziej do przebłysków niż wdrapywania się na szczyt i zachwycania na najwyższym poziomie. Jeśli już, to większość decyzji Smolarka była kiepska - odejście z Borussii Dortmund, szukanie szczęścia w okropnie grającym Boltonie, wylot do Grecji, rzucenie się w chaos Polonii Warszawa, kolejny powrót do Ekstraklasy... Jednak i tak tego ograniczonego wyłącznie do reprezentacji trzyletniego okresu wielkiej chwały może mu pozazdrościć wielu obecnych kadrowiczów.

Na przykład taki Robert Lewandowski, który w reprezentacji jest nie tyle klasyczną "dziewiątką", co dziewiątą częścią piłkarza podziwianego w rozgrywkach klubowych. Kompletna odwrotność Smolarka, przecież zawodnika o mniejszych umiejętnościach i talencie, ale w biało-czerwonych barwach wskakującego na poziom dla snajpera Bayernu póki co nieosiągalny. Gdy nieskuteczność Lewandowskiego jest głównym tematem każdego zgrupowania, a on sam może Ebiemu pozazdrościć liczby "Niezwykle Ważnych Spotkań", w których były już piłkarz decydował o zwycięstwach Polaków.

Jak choćby pamiętnego meczu z Portugalią, najlepszego występu reprezentacji w dwudziestym pierwszym wieku, nieosiągalnego punktu odniesienia dla każdego z ostatnich selekcjonerów. To było dziewięćdziesiąt minut koncertu, w którym przeciętni wykonawcy wznieśli się na poziom wirtuozów, prowadzeni przez przedstawiciela holenderskiej myśli szkoleniowej i zwyciężający dzięki jej wychowankowi. A był też pieczętujący awans na Euro 2008 mecz z Belgią, w którym Smolarek strzelił dwa gole o znaczeniu nieporównywalnie większym od trafienia Lewandowskiego w zaledwie zremisowanym meczu otwarcia kolejnych ("naszych"!) mistrzostw z Grecją.

Pozazdrościć Smolarkowi może też Ludovick Obraniak, którego kariera klubowa coraz bardziej przypomina tę nieustanną walkę Ebiego z trenerami, agentami, kolegami, kibicami, krytykami i kontuzjami. Przed debiutem w kadrze urodzonego we Francji Polaka stawiano te same pytania o przynależność do zespołu i "aklimatyzację", co w wypadku wychowującego się za granicą Smolarka. Jeśli uznamy, że charakterologicznie ci dwaj ofensywni piłkarze są do siebie podobni, to tylko Ebiemu faktycznie udało się przekonać wszystkich kibiców do swojej osoby. Obraniak, jeśli już, to w kontekście gry kadry jest wyłącznie kojarzony z dośrodkowaniami ze stałych fragmentów.

Wreszcie Adam Nawałka może pozazdrościć Leo Beenhakkerowi, że miał do swojej dyspozycji reprezentanta, który z poziomu mimo wszystko przeciętnego europejskiego piłkarza potrafił w kadrze wzbijać się na słynny już "international level". Tymczasem w ostatnich latach Polska miała zawodników lepszych, bardziej utalentowanych, ale i zawodzących, gasnących w biało-czerwonych barwach. Nie tylko Nawałka nie może znaleźć "swojego" Smolarka, typowego "game-changera" i "match-winnera", ale w tym względzie zawiedli także Franciszek Smuda i Waldemar Fornalik. A pamiętamy, jak łatwo Paweł Janas zrezygnował przed mistrzostwami świata w 2006 roku z Tomasza Frankowskiego...

Dziś ogłoszona decyzja nie jest ani zaskoczeniem, ani specjalnym powodem do smutku, bo przecież ze świadomości fanów reprezentacji Ebi zniknął mniej więcej razem z Beenhakkerem. Czy jest miejsce na niedosyt? Tak, bo przecież Smolarek momentów trudnych miał bez liku, w ostatnich latach nawet nieudanie walcząc z wątpliwą sławą boiskowego lenia.

Jednak dał on polskim kibicom tak wiele powodów do radości, że wciąż powinien jawić się jako (ostatni?) przebłysk w latach nieustannej piłkarskiej miałkości kadry. Mniejsza o wymówkę, by dziś raz jeszcze obejrzeć tamten mecz z Portugalią - wyznanie, że dla sporej części pokolenia niemal trzydziestolatków był on bohaterem reprezentacji, wydaje się równie adekwatne.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.