Polska - Słowacja 0:2. Okoński: Te same proste błędy, gapiostwo, nieruchawość

Nie ma istoty bardziej łatwowiernej od kibica: żeby uwierzył Adamowi Nawałce, wystarczyło kilka dni. Przebudzenie okazało się gwałtowne - pisze Michał Okoński, dziennikarz "Tygodnika Powszechnego" i autor bloga "Futbol jest okrutny".

Cierpienia niemłodego kibica

Przez ostatnich parę dni byliśmy wszyscy jak Werter, adorujący niegodną jego uczuć Lottę, o ile nie jak don Kichot zakochujący się w Dulcynei. Nagle zapomnieliśmy (czy nie należałoby powiedzieć raczej: wyparliśmy?) beznadzieję meczów z San Marino, Mołdawią i Czarnogórą. Stłumiliśmy tęsknotę za trenerem z zagranicy, który miałby przynieść nie tylko taktyczną świeżość, ale i wiedzę o wygrywaniu - będąc partnerem dla zawodników, którzy wyjechali bardzo młodo, niemal nieskażonych polską myślą szkoleniową i od lat pracujących z ekspertami klasy Arsene'a Wengera czy Jürgena Kloppa. Czytaliśmy relacje ze zgrupowania w Grodzisku, jakbyśmy chłonęli wieści z zajęć Jose Mourinho: mających urozmaicony scenariusz i szybkie tempo, angażujących od pierwszej do ostatniej minuty. Oglądając zdjęcia ze ścianki wspinaczkowej, z uznaniem przypominaliśmy sobie, jak kluby europejskie, którym kibicujemy na co dzień, organizowały swoim zawodnikom np. przedsezonowy rafting, integrując ekipę, wyciągając ją z zamkniętych pokoi hotelowych, odrywając znad ekranów iPadów, wyjmując z uszu słuchawki... W końcu, zamiast ściskać kciuki za Islandczyków, potykających się w tym samym czasie w barażach z Chorwatami, usiedliśmy przed telewizorami i zaczęliśmy przyswajać komentarz w języku ojczystym.

Nie ma większych romantyków, fantastów, ludzi tracących kontakt z rzeczywistością szybciej niż kibice. Nie ma ludzi łatwiej zapominających, że nowy selekcjoner jeszcze niedawno przechytrzony został przez trenera Cracovii, jego sukcesy na arenie międzynarodowej są żadne, a na krajowej - relatywnie niewielkie (przeczytajcie interesującą analizę Andrzeja Gomołyska: jak długo trenerski projekt Adama Nawałki był drogą przez mękę ). Czterdzieści tysięcy ludzi poświęcających listopadowy wieczór ("piąteczek"!), żeby oglądać mecz Polaków z nie najsilniejszym przecież rywalem? Jeśli to nie jest romantyzm, jest to perwersja.

Nie widać Nawałki

Miały być krew, pot i łzy. Były te same proste błędy, gapiostwo, nieruchawość. Pomysły nowego trenera? Pressing na połowie rywala dostrzegłem w dziesiątej sekundzie, potem już odpuścili. Rajdy bocznych obrońców, owszem, kilkakrotnie się udały, tylko zwykle kończyły je niecelne dośrodkowania, a poza tym skutkiem takich rajdów jest zawsze wolna przestrzeń za plecami uczestniczących w nich zawodników; przestrzeń, w którą mogą wchodzić piłkarze rywala. Zanim zaczniecie się pastwić nad błędem Jędrzejczyka przed drugim golem dla Słowaków, zauważcie, gdzie najczęściej podawał Hamsik i którędy szły ich najgroźniejsze akcje. Ile mogło być do przerwy goli dla Słowacji? Pięć?

Reszta była tym, co znamy aż za dobrze. Zero komunikacji między środkowymi obrońcami. Spóźniający się z asekuracją defensywni pomocnicy. Brak "dziesiątki" (naprawdę już najlepszy z kandydatów na tę pozycję jest Obraniak). Szarpiący, ale osamotniony Błaszczykowski. Nieobsługiwany Lewandowski. Podania pod nogi rywali - jeszcze na własnej połowie, za darmo, od bramkarza i obrońców zaczynając. Kiepskie stałe fragmenty.

Co mi się podobało, oprócz Hamsika oczywiście? Jedno prostopadłe podanie Mierzejewskiego do Błaszczykowskiego, jedno - rezerwowego Mączyńskiego do Lewandowskiego, jedno, może dwa Brzyskiego. Strzał Błaszczykowskiego, interwencja Boruca. Tyle.

Został tylko szalik

Co robi w takiej sytuacji romantyk, fantasta, człowiek tracący kontakt z rzeczywistością? Natychmiast przypomina sobie, że identycznie zaczynał Leo Beenkahher, a proszę: jak dobrze się skończyło. Mówi, że każdy projekt potrzebuje czasu. Sprawdza, kiedy następny mecz (bilety, podobno, idą jak woda). Za wszelką cenę chce wierzyć nadal. Don Kichot i Werter z pewnością łatwo się nie poddali.

Nie, nie posunąłbym się do zdania, że czterdzieści tysięcy ludzi dało się nabrać. Widziałem jednego szczęśliwego: po uderzeniu Kosznika z 54. minuty chłopiec na jednej z - nie ukrywajmy tego - wyższych trybun za bramką słowacką złapał piłkę i wszystko wskazywało na to, że uda mu się ją zatrzymać. Pozostałym jednak, by przywołać arcypolską frazę z ostatnich dni, został tylko szalik.

Zobacz wideo
Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.