El. MŚ 2014. Wilkowicz: Polska katem Polski

Już nie trzeba Linekerów ani Scholesów. Polacy sami sobie zrobili w tym meczu krzywdę, Wayne Rooney i Steven Gerrard tylko przystawili głowę i stopę - pisze dziennikarz Sport.pl Paweł Wilkowicz po porażce reprezentacji Polski 0:2 z Anglią w ostatnim meczu eliminacji MŚ 2014.

Już nie trzeba Linekerów ani Scholesów. Można nas pokonać, strasząc z przodu Dannym Welbeckiem, pudłującym z kilku metrów, i Danielem Sturridge'em dalekim od tego, co pokazuje w Liverpoolu. Anglia, dobra z piłką przy nodze i bałaganiarska bez niej, dotoczyła się do mundialu. Polska pozostanie jedyną obok San Marino drużyną, która w grupie H nie wygrała z nikim z czołowej trójki (Mołdawia właśnie rozbiła 4:1 Czarnogórę). To cud, że szanse na choćby remis przetrwały na Wembley tak długo. I jak zwykle w tych eliminacjach Polacy pokazali, że na takie cuda nie zasługują.

Fornalik w miniaturze

Sami sobie zrobili w tym meczu krzywdę, Wayne Rooney i Steven Gerrard tylko przystawili głowę i stopę. Piłkarze Waldemara Fornalika zaczęli mecz jak czterystumetrowiec, który nie wie, że dziś biegnie na 1500 metrów. Co to za pociecha z tych znakomitych pierwszych minut, skoro trzeba było za nie zapłacić odcięciem prądu jeszcze przed końcem pierwszej połowy. Dopiero po przerwie zespół odzyskał pion. Odchodzący selekcjoner zrobił z tego meczu swoją kadencję w miniaturze: wyliczankę prostych błędów, nieuzgodnionych ruchów w obronie, szamotaniny między ustawieniem defensywnym a ofensywnym (znikający i pojawiający się na boisku Mateusz Klich), niewykorzystanych sytuacji, brakiem chemii między gwiazdami ataku. I niewyciągniętych wniosków, bo przy pierwszym golu Leighton Baines podawał jak zawsze, a Rooney zrobił to co w pierwszym meczu w Warszawie. Przy drugim była kaskada błędów w obronie. Znów źle wymierzył Grzegorz Wojtkowiak, nie zdążył zareagować Kamil Glik.

Nie tylko Wojtkowiak

Po Charkowie kozłem ofiarnym zrobiono Wojtkowiaka, ale tam też przecież była cała seria: strata Klicha, ospałość Mariusza Lewandowskiego i dopiero na końcu zły wyskok obrońcy. Ale teoria "jednego błędu, który zdecydował" trzymała się mocno. I to w czasach, gdy cały świat dyskutuje o tym, że kluczem do wielkości jest to, jak zespół organizuje się po stracie piłki. Trudno myśleć o sukcesie, gdy z piłkarzy, którzy byli osią drużyny, świetnie grał tylko Wojciech Szczęsny. Glik nie pomagał, a z dwóch Lewandowskich trudno byłoby dziś zlepić jednego piłkarza w naprawdę dobrej formie.

Najsłabsze ogniwo

Jak na kilka tygodni przed Euro 2012 zaczęliśmy się nagle jak na komendę okłamywać, że mamy grupę młodą i zdolną jak nigdy, tak się okłamujemy dalej. Nie, nasza kadra nie jest tak mocna jak trójka z Dortmundu. Ona, jak każda drużyna, jest tak mocna jak jej najsłabsze ogniwa. I od Euro nie zrobiła wiele, by ich słabość zamaskować.

Nie tłumaczmy się traumą po Euro, bo to niepoważne. Szwajcaria odpadła ze swojego Euro pierwsza, a dwa lata później była na mundialu i zaczęła od pokonania Hiszpanii. Belgia dwa lata po klęsce u siebie w ME straszyła w mistrzostwach świata Brazylię. Dziś Szwajcarzy i Belgowie są rewelacją eliminacji, korzystając m.in. z tego, co w swojej piłce zmienili przy okazji organizowania ME. Nas rozliczenie efektu Euro w piłce dopiero czeka. Gdybyśmy je robili dziś, wypadłoby smutniej niż mowa końcowa Waldemara Fornalika.

Zobacz wideo
Więcej o: