El. MŚ 2014. Fornalik zaryzykował i przegrał eliminacje

Jak zwykle najsłabszym ogniwem okazała się lewa strona polskiej defensywy, lecz to również inne ryzykowne decyzje Waldemara Fornalika wpłynęły na taki kształt i wynik eliminacji do przyszłorocznych Mistrzostw Świata. Porażka 0:1 z Ukrainą w Charkowie może została poniesiona po niezłej grze i przy zauważalnym postępie, ale też uwidoczniła wszystkie niedoskonałości selekcjonera i jego piłkarzy.

Już pierwsze cztery próby wymiany piłki na własnej połowie pokazały, że Polacy muszą uważać na własne nogi. Aż trzydzieści minut zajęło reprezentacji Polski opanowanie nerwów i piłki w strefie środkowej, a defensywnym pomocnikom odklejenie się od agresywnego pressingu rywali. Wtedy też wreszcie wymienili oni więcej niż dziesięć podań, a akcję udało się zakończyć strzałem. To był znak, że Polska wcale nie spędzi tego spotkania na własnej połowie, a dobre, wspólne akcje Soboty z Błaszczykowskim stworzyły zagrożenie dla bramki Pjatowa.

Poprawę widać było również w defensywie, choć między obroną a pomocą zbyt często była wolna strefa, którą do rozegrania piłki okazjonalnie wykorzystywali podopieczni Fomenki. Na szczęście najważniejszą różnicą była bliska gra przy przeciwniku i niepozwalanie mu na swobodę pod polem karnym Artura Boruca. Stąd uderzenia Ukraińców wynikały bardziej z przebitek lub nieudolnego oddalenia zagrożenia. Przed przerwą reprezentacja Fornalika zaprezentowała się dobrze - nie była pozbawiona błędów, nie grała spektakularnie, ale cierpliwie i konsekwentnie w defensywie. Czyli inna od tej, która z kretesem poległa w Warszawie.

W drugiej części meczu Ukraina przyjęła inną taktykę, bardziej ostrożną i defensywną, z mniejszą dominacją posiadania piłki. Zmusili gości do ataku pozycyjnego, co wynikało z braku kreatywnych graczy w strefie środkowej. Mecz stał się jeszcze bardziej klinczem, choć bez tej fizycznej walki sprzed przerwy, i nic dziwnego, że rozstrzygnęły go indywidualne błędy - najlepsze szanse (gol Jarmołenki, strzał głową Lewandowskiego, akcja Peszki) to przegrane lub źle ocenione górne piłki (dośrodkowania lub długie podania od obrony).

Zmiany nie wpłynęły znacznie na grę reprezentacji Polski, chociaż ostatnie kilkanaście minut drużyna Fornalika grała w ustawieniu 4-1-4-1 - wciąż jednak Fomenko miał na boisku trzech typowo defensywnych pomocników odpowiedzialnych za Zielińskiego i Mierzejewskiego, a do ataków gospodarze angażowali maksymalnie czterech zawodników. Tak jak kilka minut wcześniej przy kontrze, która dała gospodarzom gola. Polska wręcz przeciwnie - im więcej było ofensywnych piłkarzy na boisku, tym mniej działo się pod bramką Pjatowa.

Łatwo jest obwiniać Wojtkowiaka za straconego głupio gola, gdy mecz był wyrównany, ale to, jak wzorcowo rozstawieni zostali defensywni pomocnicy reprezentacji Polski, pokazuje, że ryzyko gry "nowymi" w kadrze się nie opłaciło. Skoro w tej akcji zabrakło agresji w odbiorze Mariusza Lewandowskiego, a obrońca z drużyny grającej w drugiej Bundeslidze popełnił tak kardynalny błąd... Zresztą podobnie miała się decyzja z wystawieniem Mateusza Klicha w roli ofensywnego pomocnika, bo ten najbardziej widoczny był na samym starcie meczu, po brutalnym faulu Stepanenki, i później, gdy wszedł za niego Mierzejewski.

Przed spotkaniem wiele pisano o tym, jak szczelna jest ostatnio defensywa Ukraińców, która już w szóstym z rzędu meczu nie pozwoliła na strzelenie im gola - stąd wiadomo było, że szanse będą okrojone do dwóch, trzech. Równie jasnym założeniem było to o skłonności polskiej defensywy do popełnianych indywidualnych błędów. Pod względem tego, jak zespoły nawzajem eliminowały zagrożenie przeciwnika, stawiając głównie na obronę, ten mecz przypominał starcie Ukrainy z Anglią, choć może był nieco bardziej otwarty, z mniejszą dyscypliną taktyczną i bardziej agresywną walką w środku pola.

Polskie szanse w tych eliminacjach kończą się prawdopodobnie w najbardziej charakterystycznym stylu dla drużyny Waldemara Fornalika. Z selekcjonerem podejmującym ryzyko decyzjami personalnymi, które jest brutalnie obnażane przez błędy indywidualne najbardziej zainteresowanych. Z najbardziej newralgiczną pozycją - lewą obroną - która tłumi wszelką nadzieję kibiców. Z postępem zauważalnym, ale zbyt małym i zbyt wolnym, by szanse na awans do wielkiej międzynarodowej imprezy były realne. Waldemar Fornalik nie znalazł rozwiązań dla bolączek kadry, ale też nie można uciec od wrażenia, że działał po omacku. Choć wiadomo, że ryzyko jest wpisane w pracę każdego trenera, tak błędy podopiecznych kosztują ich stanowiska. Los Fornalika, tak jak kadry, zdaje się przesądzony.

Relacje z najważniejszych zawodów w aplikacji Sport.pl Live na iOS , na Androida i Windows Phone

Więcej o: