Wojciech Szczęsny: Nigdy nie pogodzę się z rolą rezerwowego w kadrze

Nigdy nie pogodzę się z rolą rezerwowego, ale chyba dorosłem, by zrozumieć, że najważniejsza jest drużyna - mówi Sport.pl 23-letni Wojciech Szczęsny, pierwszy bramkarz Arsenalu i zmiennik Artura Boruca w reprezentacji Polski.

Robert Błoński: W jakim nastroju wróciłeś do Londynu po meczach reprezentacji?

Wojciech Szczęsny : W nie najgorszym, choć mam pełną świadomość, że eliminacje nie wyglądają tak, jak powinny, i tak, jak byśmy chcieli. Przed nami dwa teoretycznie najtrudniejsze spotkania - w Charkowie i Londynie. Zwycięstwa z liderami na ich boiskach zagwarantują nam przynajmniej baraż. Mimo nie najlepszych wyników wciąż wszystko jest w naszych rękach. Zadanie ciężkie, ale chyba nie niemożliwe.

Po zwycięstwie z Mołdawią i dwukrotnie z San Marino trudno uwierzyć w październikowe triumfy na Ukrainie i w Anglii.

- Naszym celem był awans na mundial i teraz bez względu na wszystko trzeba się pozbierać. Złe musimy poprawić, dobre udoskonalić. I zaczekać na efekty.

Kadra w każdym niemal meczu traci gola. Nawet z San Marino.

- Gra obronna to największa wada reprezentacji. Wiemy o tym wszyscy: trenerzy, piłkarze, dziennikarze i kibice.

Na boisku pomagasz niewiele. Jak przyjmujesz rolę rezerwowego?

- Nigdy nie przyjadę na zgrupowanie pogodzony z byciem numerem dwa. Tak samo będzie w październiku. Wierzę, że wywalczę miejsce i zagram w eliminacjach. Jestem w formie, czuję się mocny i postaram się potwierdzić to w najbliższych tygodniach w Arsenalu. Może ułatwię trenerowi Fornalikowi decyzję? Nie jest przyjemnie oglądać mecze z ławki rezerwowych, ale chyba dorosłem, by wreszcie zrozumieć, że najważniejszy jest zespół. Jeśli pojedziemy na mundial, będę tak samo szczęśliwy, jak bym był, gdybym grał. I odwrotnie. Jeśli nie pojedziemy, będę tak samo nieszczęśliwy. Od marcowych meczów broni Artur Boruc i spisuje się bez zarzutu. Ja nie zagrałem ani minuty o punkty i z tego powodu ze szczęścia nie skaczę.

Kto jest najlepszym polskim bramkarzem?

- W reprezentacji broni Artur. Jedynym, który może to ocenić, jest selekcjoner.

A w Europie?

- Najłatwiej oceniać po wielkich imprezach. Półtora roku temu mówiłem, że w trójce są Anglik Hart, Włoch Buffon i Hiszpan Casillas. Ostatnio Joe był krytykowany, chyba niektórzy Anglicy uwierzyli, że obroni każdy strzał.

Twój przyjaciel Robert Lewandowski jest w piątce najlepszych napastników świata. Kiedy będziesz w czołówce bramkarzy?

- Nie wiem, ile mi brakuje do najlepszych. Wiem, że muszę pracować nad każdym elementem. Chcę być coraz lepszy i ostatnio nawet nieźle mi się wiedzie. Najważniejsze jest ustabilizowanie formy. Ale według niektórych i tak cokolwiek bym zrobił, to zawsze robię to źle.

Jeśli Polska nie awansuje, trener Fornalik powinien zostać czy odejść?

- Nie do mnie pytanie. Jestem od grania, a nie oceniania. Wciąż są szanse, by tematu w ogóle nie było. Ostateczna decyzja i tak zależy wiadomo od kogo.

Po meczu z Czarnogórą w Warszawie przynajmniej jedna osoba w Polsce była przekonana, że Artur Boruc popełnił błąd przy straconym golu. Głośno o tym mówiła i domagała się, żebyś ty grał.

- Kto taki?

Były bramkarz reprezentacji Polski Maciej Szczęsny. Przy okazji wiosennych meczów z Ukrainą i San Marino ojciec skrytykował Arsene'a Wengera, zarzucając menedżerowi Arsenalu, że słabo cię przygotował. Wtedy przepraszałeś.

- Teraz nie mam za co. Cieszę się, że tata we mnie wierzy i w taki sposób daje wsparcie. Zawsze miał swoje zdanie, jest wyrazisty w opiniach, ale ja nie zawsze muszę się z nim zgadzać. Jako syn bardzo się cieszę, że mnie broni, i nie uważam, że przez to mam pod górkę. Zresztą lubię mieć pod górkę. Wtedy trzeba się bardziej starać.

Pod górkę było w marcu?

- Tak. Straciłem miejsce w podstawowym składzie Arsenalu i musiałem się ciężko napracować, by trener zmienił zdanie. Dostałem szansę, pomógł w tym los i kontuzja Łukasza Fabiańskiego. Ale od powrotu do bramki Arsenalu zagrałem w 11 meczach. Przegraliśmy jedno spotkanie, w siedmiu nie puściłem gola, więc statystyki też są po mojej stronie. W tamtym sezonie schodziłem w 10 z 25 meczów ligowych, Hiszpan De Gea w 11 z 28. A bramkarz Manchesteru United to klasa światowa.

Byłeś zaskoczony, że Arsene Wenger posadził cię na ławce?

- Nie. Ale tylko dlatego, że powiedział mi o tym osiem czy dziewięć dni przed rewanżem z Bayernem, w którym zagrał Łukasz. Tę niemiłą niespodziankę przyjąłem po męsku.

W pierwszym sezonie między słupkami Arsenalu wyróżniałeś się, mówiono: "Szczęsny - jeden z najlepszych i najbardziej utalentowanych bramkarzy ligi". Nie uważasz, że ostatnio popadłeś w przeciętność?

- Przeciwnie, uważam, że jestem lepszym bramkarzem niż wtedy. Zrobiłem postęp przez dwa lata, efekty pracy na treningach widzę na boisku. Nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń do trenerów Arsenalu. Być może jednak mój postęp nie urósł proporcjonalnie do tego, jak urosły oczekiwania wobec mnie.

U progu sezonu 2011/12 obroniłeś karnego Di Natale z Udinese i m.in. dzięki temu Arsenal awansował do Ligi Mistrzów. Dostałeś bardzo wysokie oceny.

- Ale to nie był żaden mój świetny mecz, tylko miałem farta, że wykonawca karnego kopnął z 11 m tam, gdzie się rzuciłem. Oceniono mnie wysoko tylko z tego powodu, że miałem szczęście. Później rozegrałem wiele lepszych spotkań. Uratowałem Arsenalowi sporo punktów. Niestety, utarły się o nas pewne stereotypy. Tak jak np. te, że oprócz przeciętnego bramkarza ma przeciętną obronę, która popełnia dziecinne błędy. W poprzednim sezonie straciliśmy w lidze 37 bramek. Manchester City 34, Chelsea 39. Reszta klubów 40 i więcej. W jeszcze poprzednim puściłem 49 goli. Lepszych było aż siedem klubów. Teraz tylko jeden.

Co pół roku angielska prasa pisze, że Arsenal kupuje bramkarza numer jeden. Latem bukmacherzy przestali przyjmować zakłady, że trafi do was Julio César z QPR, pierwszy bramkarz reprezentacji Brazylii.

- No i musieli wypłacić, bo nie trafił. Nie mam wpływu na spekulacje. Na tego rodzaju pytania mogę tylko odpowiadać na boisku. Najważniejsza dla mnie jest opinia bossa i jego wiara w moje umiejętności. Nie chodzę i nie pytam, czy przyjdzie nowy bramkarz. Zasuwam na treningach, a w meczach spłacam dług zaufania, którym mnie obdarzył. Nie przeraża mnie rywalizacja z jakimkolwiek bramkarzem.

Chciałbyś, żeby do Arsenalu trafił np. Casillas?

- Pewnie. Świetnych piłkarzy nigdy za dużo.

Nie powiedziałbyś: "Nie gram, więc chcę odejść".

- W życiu. Robiłbym to samo co w reprezentacji, czyli walczył.

Na razie do Arsenalu kupiono z Realu Madryt Mesuta Özila, pomocnika reprezentacji Niemiec.

- O jego sportowej klasie nawet nie wypada dużo mówić, to wielkie wzmocnienie. Ten transfer to także komunikat o naszych ambicjach: w tym sezonie Arsenal nie walczy tylko o miejsce w czwórce. Gramy o mistrzostwo Anglii i inne trofea. Drugi pozytyw jest taki, że coraz więcej klasowych piłkarzy będzie chciało grać obok niego - Cazorli czy Wilshera. To europejska czołówka.

Podobno Özil o mały włos, a nie zaliczyłby testów medycznych. Po wizycie w klubowym gabinecie z trofeami nawdychał się tyle kurzu, że prawie dostał astmy.

- Ha, ha, ha... Zapewniam, że nikt w klubie nie jest szczęśliwy, bo od ośmiu lat niczego nie wygraliśmy. Teraz widzę, że ambicje idą w parze z siłą drużyny. Wreszcie nie osłabił nas transfer czołowego zawodnika. W poprzednich latach odchodzili m.in. Fabregas czy Van Persie. Teraz wzmocniliśmy się Özilem i Flaminim. Nie zamierzamy cieszyć się wyłącznie zwycięstwami z Tottenhamem, które oczywiście jak co roku smakują wyjątkowo.

Przed zgrupowaniem kadry wygraliście 1:0.

- Jako kibic Arsenalu czułem się wyjątkowo dobrze. Tym bardziej, że było otwarte okno transferowe i wiadomo, który zespół ile wydał na transfery. Oni kilkadziesiąt milionów funtów, a my w tamtym momencie zero. No, ale klasy nie kupi się za żadne pieniądze.

Po meczu zagrałeś na fortepianie melodię dedykowaną fanom Tottenhamu i wrzuciłeś na Facebooka. Skąd pomysł?

- To była praca domowa. Wróciłem do domu, usiadłem i zagrałem to, co akurat było na pięciolinii. Dwa miesiące temu odkryłem w sobie nową pasję, a że ostatnio mam wiele wolnego czasu, więc postanowiłem nauczyć się grać na fortepianie.

Palce bramkarza nie kojarzą mi się z palcami laureatów konkursów chopinowskich.

- Może zaczną... Lubię muzykę. Kiedyś mama zapisała mnie i brata na tańce, ale one nigdy nie stały się moją pasją. W wakacje pomyślałem, że warto byłoby nauczyć się czegoś nowego: np. języka hiszpańskiego albo gry na jakimś instrumencie. Stwierdziłem, że fortepian ładnie wygląda w domu. I mam regularne lekcje z polską nauczycielką. Powoli zaczynam kojarzyć, co jest napisane na pięciolinii i zaczynam czytać nuty. Ale przede mną długa droga. W piłkę gra się o wiele łatwiej niż na fortepianie.

Zaskakujące hobby.

- Wolę grać na fortepianie niż w kasynie.

Wróćmy do futbolu. Co jest priorytetem Arsenalu w tym sezonie: liga czy Liga Mistrzów?

- Mistrzostwo przychodzi mi do głowy pierwsze, to najbardziej prestiżowy tytuł. Champions League to najważniejsze piłkarskie wydarzenie sezonu. W obu rozgrywkach będziemy grać w najsilniejszym składzie.

Inne kluby wielkiej czwórki zmieniły menedżerów. José Mourinho po powrocie do Chelsea powiedział: "Wszystko jest, jak było, kiedy odchodziłem z Anglii. Arsenal wciąż bez żadnego trofeum".

- Dowcipny. Ale ja słyszałem, że wymienił nas w roli jednego z kandydatów do mistrzostwa. Rozgrywki zapowiadają się pasjonująco. Dziś nikt nie jest w stanie ocenić zmian, jest za wcześnie. Mam nadzieję, że stabilizacja, którą mamy w Arsenalu, będzie jednym z naszych atutów. Ale nie jedynym. Pozostałe kluby sprowadziły wybitnych piłkarzy, Liverpool świetnie zaczął sezon. O tytuł powalczą Manchestery, Chelsea, Liverpool i my.

David Moyes poradzi sobie w MU na stołku sir Aleksa Fergusona?

- Nie wyobrażam sobie, by się nie liczyli w walce o mistrzostwo. Moyes długo pracuje w Anglii, zna specyfikę rozgrywek, piłkarzy, jest doświadczony.

W Lidze Mistrzów trafiliście do najmocniejszych rywali. Nie dość, że Napoli i Marsylia, to jeszcze Borussia Dortmund z Lewandowskim i Błaszczykowskim.

- Na mecz Arsenalu z Borussią przyjazd do mojego mieszkania potwierdziło na razie 16 osób. Będzie wesoło. Zastanawiam się tylko, komu będą kibicować. Jeśli nie wygramy, mogą szukać sobie noclegu. Na boisku fajnie będzie spotkać przyjaciela i kolegę. Graliśmy z Borussią w Champions League dwa lata temu. Robert gola mi nie strzelił i nie mam nic przeciwko, by scenariusz się powtórzył. Od tamtej pory on i Borussia zrobili niesamowity postęp. Zapowiada się wiele ekscytujących wieczorów.

Kiedy w sparingu z Danią w Gdańsku Lewandowski schodził z boiska, żegnały go gwizdy. Rozumiesz to?

- Ani trochę. Widziałem dobry komentarz na Facebooku. Nie mój, ale się podpisuję. 75 proc. gwiżdżących, pół godziny później posikałoby się z radości, gdyby mogło sobie zrobić z Robertem zdjęcie.

Prezes Zbigniew Boniek tłumaczył, że "to były gwizdy miłości".

- Ja nie mam wytłumaczenia.

Po golu z Czarnogórą Robert przyłożył do ust palec, żeby uciszyć tych, którzy gwizdali. Potrzebny gest?

- Wcale nie dziwię się Robertowi. W każdy mecz kadry wkłada wszystkie umiejętności, serce i ambicję. Niczego nie można mu zarzucić. A że nie strzelał goli? Dzięki temu, że pilnuje go trzech obrońców, inni mają więcej miejsca. To trzeba doceniać.

Na koniec - 15 października - Polska gra z Anglią na Wembley. 40 lat bez dwóch dni od pamiętnego remisu, który dał awans do MŚ '74.

- No to za miesiąc może bronić tylko jeden człowiek - Jan Tomaszewski. Koniecznie w opasce we włosach. Żeby jednak mecz z Anglią miał dla nas jakiekolwiek, poza prestiżem, znaczenie, musimy koniecznie wygrać w Charkowie. Historia uczy, że w meczach o awans na mundial na Wembley działy się cuda.

Więcej o: