Kuczok i Pilch o Anglikach dla Sport.pl: Oni są dla nas jak ojciec alkoholik

Gdyby Polacy zamiast mamrotać w szatni przed meczem z Anglią: "Nie ma się czego bać, to tacy sami ludzie jak my", wykrzykiwali: "Jesteśmy, k..., najlepsi!", może wygraliby z nimi choć jeden mecz w ostatnim ćwierćwieczu

W czasie Euro mówili panowie, że Anglicy, choć od 1966 r. tylko przegrywają na wielkich imprezach, wygrają każdy mecz z Polską. Jak to wyjaśnić?

Wojciech Kuczok: - Mamy z nimi relację bardzo niezdrową. Oni są dla nas jak ojciec alkoholik, który wieczorami wyżywa się na domownikach za życiowe niespełnienia. Anglicy nas straumatyzowali na kilka pokoleń. Począwszy od hat tricka Linekera w 1986, już trzecią dekadę mszczą się na nas za wszystkie swoje klęski. A tak całkiem serio - psychologia może nie mieć tu znaczenia. My od lat gramy po prostu futbol niechlujny, zaś największą siłą Anglików jest ich solidność. Są bezlitośni w ogrywaniu drużyn miernych, tak samo jak pozostają bezradni wobec piłkarskich mocarzy. A Polska jest mierna.

Jerzy Pilch: - Oni na wielkie turnieje za słabi, na nas za mocni. My za słabi i na nich, i na wielkie turnieje. My za słabi w ogóle.

Anglicy długo uważali, że skoro futbol wymyślili, to są w nim najlepsi. Zdania nie zmienili po pierwszych mundialach, w których nie brali udziału, bo obrazili się na FIFA. Gdy w końcu dojechali na MŚ w 1950 r., przegrali z uczącymi się kopania piłki Amerykanami. Później, po MŚ 1966, też tylko przegrywali. Skąd ich przekonanie, że wciąż są najlepsi?

W.K.: - Mają najlepszą ligę na świecie. Poza tym stosują metodę autoafirmacji, jak się okazuje, to bardzo pomaga. Gdyby Polacy zamiast mamrotać w szatni przed meczem z Anglią: "Nie ma się, czego bać, to tacy sami ludzie jak my", wykrzykiwali: "Jesteśmy, kurwa, najlepsi!", może wygraliby z nimi choć jeden mecz w ostatnim ćwierćwieczu.

J.P.: - Pan Bóg. wymyślił i stworzył świat i do dziś domaga się hołdów, do dziś uważa, że zrobił coś fajnego i do dziś ma się za Mistrza. Złudzenia Anglików są podobne.

Przed każdym meczem z Anglikami wspominamy Wembley, mamy nadzieję, że będzie jak wtedy, a kończy się jak zawsze, czyli porażką albo remisem, który nic nam nie daje. Jak pan wspomina mecze z nimi?

W.K.: - Dopytywanie o mecze z Anglią polskiego kibica urodzonego zbyt późno, by oglądać jedenastkę Górskiego, jest nie fair. Daj pan zapomnieć.

J.P: - Dobrze pamiętam, cała moja generacja dobrze pamięta pierwszy (przed rewanżem na Wembley) eliminacyjny mecz z nimi, wiosną 1973 na Stadionie Śląskim, błąd Bobby'ego Moora, bramka Lubańskiego, potem jego fatalna kontuzja, dziwny gol Janka Banasia... Natomiast wspominanie Wembley, choć dalej jest pociechą po bezliku innych porażek, staje się też, niestety, jakimś baśniowo-groteskowym obrządkiem, opowieścią o pradziejach, w których zdarzały się cuda. Jednorazowość i rosnąca z czasem niewiarygodność, fantastyczność tego zdarzenia przenosi je z historii futbolu do historii cudów - efekt jest klasycznie nasz: cudów przybywa, a grać nie umiemy.

Czy wyobraża pan sobie, by jakiś mecz reprezentacji Polski przebił legendę tego z Wembley? Co musiałoby się stać?

W.K.: - To proste: musielibyśmy zamknąć Anglikom drogę na mundial. Wembley już dawno przestało być w Polsce synonimem wielkiego triumfu - teraz "Wembley" symbolizuje raczej rozpamiętywanie dawnych zwycięstw w czasie marnym. Dla przykładu: zapomniany aktor, który przed castingiem popija w samotności żołądkową, przeglądając swoje okładkowe zdjęcia sprzed 30 lat, robi "Wembley".

J.P.: - Musielibyśmy nie przegrać kilku ważnych spotkań i potem wygrać jakieś rozstrzygające Strach nawet pomyśleć o czymś takim.

Którego angielskiego piłkarza - także z przeszłości - najbardziej pan ceni?

W.K: - Brytolski styl gry nigdy mi szczególnie nie imponował - wiadomo że to futbol oparty na sile, motoryce i twardej czaszce. Dlatego na dłużej zapamiętywałem tylko graczy, którzy potrafili grać nie po angielsku - wyrafinowanych techników, poruszających się wytwornie. Takim koleżką, zwłaszcza tuż po trzydziestce, stał się Chris Waddle. 20 lat przed Cristiano Ronaldo doprowadzał obrońców do szaleństwa tzw. przekładanką. Gdyby lepiej strzelał rzuty karne, zwłaszcza na mundialu, doczekalibyśmy się w finale mistrzostw świata 1990 fascynującego rewanżu za upokarzającą dla Anglików porażkę z Argentyną pod wodzą handbalisty El Diego.

Uwielbiałem go także za jego niespełnienia - Waddle jest na przykład autorem najpiękniejszej n i e z d o b y t e j bramki w historii futbolu. W półfinale Pucharu Europy w barwach Marsylii przebiegł 3/4 boiska, przedryblował kilku graczy Milanu, ograł bramkarza i... wypuścił sobie piłkę na aut.

J.P.: Może nie angielskiego, ale brytyjskiego: George Best był geniuszem, tym bardziej było to widoczne, że od norm brytyjskich (bydlęca siła plus zwierzęca szybkość) odróżniał się do dziś nieczęsto występującym na Wyspach zestawem (błyskotliwa inteligencja plus olśniewająca technika).

PS Jego mroczna legenda na moją ocenę nie wpływa, zwłaszcza w żadne gdybania (że może gdyby nie, to jeszcze bardziej tak) się nie wdaję.

Paul Gascoigne potrafił przyprowadzić na trening strusia, Ashley Cole bawił się wiatrówką na treningu i postrzelił pracownika Chelsea, a Wayne Rooney korzystał z usług 48-letniej prostytutki. Polacy, jak wywołają skandal, to dlatego że brakuje im biletów dla rodziny. Dlaczego nasi piłkarze są tacy nudni?

W.K.: - E tam, przesadzasz pan. Niektórzy polscy piłkarze i tak widzą strusie na treningu, jak dobrze wypiją w przeddzień, a dziewczyny wolą młodsze i droższe, bo, jak wiemy, robią na nie zrzutkę co najmniej w sześciu.

Polscy piłkarze wystarczająco wygłupiają się na boisku i dlatego tabloidy nie muszą polować na ich pozastadionowe wybryki. Kogo by rozśmieszyło, gdyby np Jakub Wawrzyniak przez pomyłkę zasilił śrutem pośladki ochroniarza na Legii? "Wawrzyniak" w slangu kibiców zawsze już będzie oznaczać utratę piłki przez poślizgnięcie, żaden incydent prywatny tego nie przebije.

J.P.: - Jaka gra, taka impreza.

W ostatnich latach Anglicy tak często wychowywali golkiperów klasy światowej, jak Polacy czołowych napastników ligi niemieckiej. A teraz oni mają Joe Harta, a my - Roberta Lewandowskiego. Świat stanął na głowie?

W.K.: Zwykle przed meczami z Anglią pokładaliśmy nadzieje w naszych światowej klasy bramkarzach, tylko że jakoś nigdy nas nie uratowali. Lineker, Platt, Shearer, Scholes - to są nazwiska, które zapamiętywano po tych potyczkach, wrzucali naszym, ile chcieli. Może więc to jest pierwszy krok do normalności polskiej piłki - skoro teraz naszym najsilniejszym punktem ma być napastnik?

J.P.: - Historia dowodzi, że obojętnie jakiej klasy bramkarz pilnuje angielskiej bramki, bramka ta i tak pozostaje dla nas niezdobyta. W wyraźnie słabych bramkarzy reprezentacyjnych nie bardzo zresztą wierzę, tu zawsze jest pewna klasa Owszem, Brazylijczycy miewali bramkarzy na moim poziomie, jest to jednak przykład niefortunny, zdobywali bowiem oni z nimi mistrzostwo świata. Skądinąd brak (poza Gilmarem swego czasu) prawdziwie wielkich brazylijskich bramkarzy jest zrozumiały - jak się w dzieciństwie gra w piłkę, nikt nie chce być bramkarzem, a Brazylia jest nigdy nieutraconym dzieciństwem futbolu, jest wiecznie dziecięcą radością gry, tam na żadnym poziomie nigdy nikt nie chce być bramkarzem, w efekcie bywała ta pozycja w kadrze arcywirtuozów obsadzana kontrowersyjnie.

Niby nie było prostszej rzeczy, niż coś strzelić brazylijskiemu łamadze, ale i to jakoś nie wychodziło Zostawiam jednak te dygresje Nasze dotychczasowe (pomijam Wembley) doświadczenie mówi, że na razie słabsi od Lewandowskiego nie strzelali słabszym od Harta. Jaki wniosek z tego wychodzi? Otóż wszystko jedno jaki - byleśmy coś wreszcie we wtorek strzelili. Mecz z RPA pokazał, że zawodzą nerwy, w końcu strzelił zawodnik nieobciążony "przymusem strzelenia", może to się jakimś cudem jutro powtórzy, osobiście bardzo wątpię, strzelcy, owszem, będą lepsi, ale nerwy tysiąckroć większe, a i przeciwnik nieco groźniejszy. Chyba że poniesie ich wyobraźnia, struś pojawi się na treningu i będą mieli słabszy dzień. Tak czy tak, żałosne nasze rachuby

Jak będzie przebiegał wtorkowy mecz?

W.K.: Zbiegło się zbyt wiele nieszczęśliwych okoliczności, żeby mogło być źle. Nasza kadra najlepiej gra wtedy, kiedy nikt na nią nie stawia. Jedynym meczem biało-czerwonych na Stadionie Śląskim, który w ostatnim ćwierćwieczu olałem, był pojedynek z Portugalią. Nie miałem wtedy podstaw, żeby uwierzyć, że unikniemy kompromitacji - wybrałem wyjazd w Tatry. No i dostałem za swoje - najlepszy mecz kadry Beenhakkera znam tylko z opowieści znajomych i fragmentów na YouTubie. Dlatego mam przeczucie, że Polacy wygrają. A Joe Hart po tym meczu będzie sobie w szatni powtarzał: "Kurwa, nie jestem najlepszy...".

J.P.: Jak po kwadransie będzie 2:0 dla Anglików - spokojnie. Jak po dwu kwadransach 1:0 dla nas - nerwowo. Wyznam jednak, że wielkich, a szczerze mówiąc, nawet małych nerwów się nie spodziewam.