Selekcjoner reprezentacji Polski dla Sport.pl: liczą się punkty, nie styl

Kluczowy jest pierwszy mecz eliminacji, z Czarnogórą w Podgoricy. Nieważne, czy zagramy pięknie, czy brzydko. Liczą się punkty - mówi Sport.pl Waldemar Fornalik

W poniedziałek o 13 rozpoczyna się pierwsze po Euro 2012 zgrupowanie reprezentacji. Z nowym selekcjonerem Waldemarem Fornalikiem, który zastąpił Franciszka Smudę. Zadebiutuje w środę w Tallinie w sparingu z Estonią. Pierwszy trening dziś o 18.30 na stadionie Polonii.

Robert Błoński: 5 września w Czarnogórze ruszają eliminacje MŚ 2014. Polska zagra m.in. z Anglią i Ukrainą - drużynami niegorszymi od Grecji czy Czech, których na Euro nie pokonała.

Waldemar Fornalik: Zadanie jest trudne, awans z tak ciężkiej grupy będzie sukcesem. Chciałbym, żeby kibice wychodzący ze stadionu mieli poczucie, że w każdym meczu zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy, aby wygrać. Jeśli przegramy, to tylko dlatego, że rywal był lepszy. Nacisk położę na to, by mecze reprezentacji dawały wszystkim poczucie dobrze spełnionego obowiązku.

Po Euro miał pan poczucie dobrze spełnionego obowiązku przez zespół Franciszka Smudy?

- Miałem poczucie niedosytu. Każdy liczył na ćwierćfinał. Postaramy się wyciągnąć wnioski i to, co dobre, powielić, a złego nie powtórzyć albo skorygować.

Co było dobre, a co złe?

- Chciałbym, żeby prowadzona przeze mnie drużyna grała dobrze dłużej, nie tylko krótkimi fragmentami. Żeby tak jak w pierwszej połowie meczu z Grecją grała przez 70 minut, a nie 40, żeby różnica między dobrymi a złymi momentami nie była tak duża. Chciałbym, aby zespół umiał przetrwać ciężkie chwile bez straty gola. Dobre momenty? Widziałem ciekawe akcje naszej drużyny. Dobrze funkcjonowała gra z kontry, więcej do zrobienia jest z atakiem pozycyjnym.

Jest pan pierwszym selekcjonerem od czasów Antoniego Piechniczka, który nie był wybitnym piłkarzem jak Zbigniew Boniek, nie zdobył żadnego trofeum jak Franciszek Smuda, nie ma żadnego doświadczenia międzynarodowego jak Jerzy Engel. Reprezentacja nie jest ukoronowaniem kariery, tylko kolejnym etapem.

- Zgadzam się z tą charakterystyką, ale z kadrą osiągali sukcesy trenerzy bez międzynarodowego doświadczenia, sukcesów czy kariery piłkarza. Byłem solidnym ligowcem, nie grałem w kadrze, ale to nie będzie przeszkodą. Zanim Kazimierz Górski stał się wielki, też niewiele osiągnął. Wiem, jakie czyhają zagrożenia, ale podchodzę do pracy z optymizmem. To niezbędny warunek, by podjąć wyzwanie.

Poprzednikom po rozstaniu z kadrą ciężko było znaleźć pracę.

- Mam nadzieję, że reprezentacja nie będzie moim ostatnim przystankiem. Musimy zdawać sobie sprawę z problemów, jakie ma polska piłka. Reprezentacja nie poradziła sobie na ME, kluby przegrywają w Europie. Nie oczekujmy cudów i tego, że w grupie wygramy wszystkie mecze. Ale w awans wierzę.

Nigdy nie pracował pan w klubach, w których na trenerze ciąży największa presja. Teraz będzie pan pracował z najważniejszą drużyną w kraju, a kibice będą wymagali dostania się na mundial.

- Presja jest wszędzie. W klubie, który broni się przed spadkiem, trener bierze na barki losy jednostek i zespołu. Nie da się tego porównać z reprezentacją, ale jestem gotowy i myślę, że sobie poradzę.

Media dobrze przyjęły pana wybór. Nikt nie zakwestionował pana trenerskiej klasy.

- Dostałem kredyt zaufania. Jestem zbudowany tym, jak mnie odebrano. Moim jedynym wrogiem jest czas. Sztuka będzie polegała na tym, by go oszukać i pewne rzeczy zrobić najszybciej jak się da. To możliwe. Kadra kręci się wokół zawodników z Euro. Nie zrobiłem rewolucji, liczę, że zespół będzie ewoluować. Nie wywracam wszystkiego do góry nogami, mam od czego zacząć.

Po sześciu dniach Marek Zub, który miał panu pomagać, zrezygnował i objął Żalgiris Wilno.

- Nie był etatowym współpracownikiem, tylko trenerem pomagającym. Od czasu do czasu uczestniczyłby w zgrupowaniach i obserwował rywali. Dostał propozycję ze znanego litewskiego klubu, trudno się dziwić, że ją przyjął. Być może ktoś go zastąpi.

Po ME Robert Lewandowski skrytykował w "Gazecie" Franciszka Smudę. Stwierdził, że poprzedni selekcjoner nie potrafił przygotować zespołu taktycznie, fizycznie i mentalnie. Pan z gwiazdami takimi jak on, Błaszczykowski czy Szczęsny nie współpracował. Czym chce pan ich przekonać do siebie?

- Proszę o trochę cierpliwości, nie oceniajmy i nie martwmy się na zapas. Piłkarze to rozgarnięci ludzie, dogadamy się.

Jak będzie wyglądał pierwszy dzień zgrupowania?

- Po nominacji nie rozmawiałem z żadnym piłkarzem. Nie chciałem, by ktoś poczuł się wyróżniony, a ktoś pominięty. W poniedziałek najpierw porozmawiam z całym zespołem, potem z każdym osobno. Wysłucham każdego, bo chcę poznać ich oczekiwania i ocenę sytuacji. Zrobię odprawę taktyczną, zaproponuję rozwiązania, przedstawię pomysł na drużynę. Wiem, jak drużyna ma grać.

Kto będzie kapitanem?

- Wybiorę go po indywidualnych rozmowach.

Franciszek Smuda wiele deklarował, a później się wycofywał. Pan będzie kategorycznym trenerem?

- Wyznaję taki model demokracji, że każdy może mieć swoje zdanie, ale na końcu to ja podejmuję decyzję. Nie chcę mówić o kodeksie czy regulaminie. Pewne sprawy są oczywiste.

Ktoś się upił w drużynie, którą pan prowadził?

- Nie powiem, ale wiem, jakbym się w takiej sytuacji zachował. Mam nadzieję, że nie będę musiał.

Trener siatkarzy Andrea Anastasi nie pilnuje zawodników, wiedzą tylko, że do północy mają być w łóżkach.

- Skończyły się czasy, gdy trener był aniołem stróżem i śledził zawodników. Będę się odwoływał do ich samoświadomości. Na razie mają u mnie kredyt zaufania. Jeśli przekroczą granicę, mogą wiele stracić.

Wiele osób, które pana nie znają, mówi, że piłkarze "wejdą Fornalikowi na głowę".

- Nigdy nie miałem problemów z dyscypliną. Choć w klubach nie pracowałem z samymi ministrantami, to afer nie było. Nie będę niczego prostował, jeśli ktoś widzi we mnie spokojnego człowieka, to dobrze. Nie tylko cholerycy bywają skutecznymi trenerami. Spokojny człowiek więcej widzi w trakcie meczu.

Powołał pan niemal tych samych piłkarzy co Smuda. Co zrobić, by zagrali lepiej niż na ME?

- Piłkarze dowiedzą się pierwsi. Gazeta ukaże się w poniedziałek rano.

Kiedy zobaczymy kadrę, o jakiej marzy trener Fornalik?

- W eliminacjach kluczowy będzie pierwszy mecz, z Czarnogórą w Podgoricy (5 września). Nieważne, czy zagramy pięknie, czy brzydko. Liczą się punkty. Nigdy nie powiedziałem zawodnikom, że jedziemy po remis. Ruch zawsze chciał wygrywać, choć później różnie z tym bywało. Celem jest to, byśmy po trzech jesiennych meczach wciąż liczyli się w walce o awans.

Smuda mówił, że jeśli drużyna będzie grała brzydko, to kibice się od niej odwrócą. Na Euro okazało się, że najważniejszy jest wynik.

- W drużynach, które prowadziłem, zawsze dążyłem do równowagi między grą defensywną i ofensywną. Tam miałem czas, dlatego teraz na początku pracy liczę na trochę wyrozumiałości.

Kto będzie pierwszym bramkarzem?

- Na zgrupowaniu zobaczę, w jakiej dyspozycji będą Wojtek i Przemek. Trener bramkarzy Andrzej Dawidziuk zasugeruje, kogo wystawić, a ja podejmę decyzję.

Przez trzy miesiące nie objawił się żaden lewy obrońca. To największy problem kadry?

- Różne nazwiska krążą mi po głowie. Dam sobie radę.

Gdyby Jakub Wawrzyniak nie mógł grać, kogo by pan wystawił na lewej obronie?

- Mam pomysł, ale nie powiem jaki. Marcina Wasilewskiego widzę na środku obrony.

Co ze środkiem pola? Wielkiego wyboru nie ma.

- Na razie rozmawiamy o tym, co było. Zaczekajmy do pierwszego meczu, po nim będę mógł odnieść się do konkretnych sytuacji. Kadrowicze sporo potrafią.

Na Euro kadra nie miała trenera, który z dobrych piłkarzy potrafiłby stworzyć zespół i wykrzesać z nich maksimum możliwości.

- To pana ocena, nie wiem, czy to z tego powodu nie wyszliśmy z grupy. Gdybym był kadrowiczem, po przegranym Euro nie mógłbym się doczekać kolejnych meczów, by pokazać, że drużyna jest lepsza niż ta zapamiętana z czerwca.

Będzie pan namawiał piłkarzy urodzonych za granicą, ale z polskimi korzeniami, do gry w kadrze?

- Nie wiem, czy jeszcze tacy są (uśmiech), poza tym może nie wystarczyć czasu, by jeździć i ich szukać. Mamy inne problemy. Musimy stworzyć atmosferę, która pomoże awansować. Po sparingu z Estonią wraz z asystentami pojedziemy na mecze kadrowiczów. Zobaczę ich najważniejsze spotkania, ale nie będę co tydzień w Dortmundzie. Za granicą zawodników weryfikują trenerzy klubowi.

Będzie pan powoływał rezerwowych w klubach?

- Omijał będę tylko tych, którzy nie mają klubu. Jak teraz Boruc, Dudka czy Boenisch. Rezerwowi codziennie trenują i jeśli uznam, że są przydatni, to ich powołam. O wyrzuconych przez trenera Smudę nie chcę się wypowiadać. Peszko dopiero znalazł klub, Boruc go szuka.

Zostanie pan przy ustawieniu 4-2-3-1?

- Nie ma takiego ustawienia. Jest 1-4-2-3-1. Gdyby w ten sposób odpowiedział pan na egzaminie w szkole trenerów, byłby kłopot z dobrą oceną.

Idealnie byłoby mieć przećwiczone dwa warianty, ale wystarczy spojrzeć na powołania i mniej więcej wszystko jasne. W Estonii chcę sprawdzić nowe ustawienie z dwójką napastników.

Siłą prowadzonego przez pana Ruchu były stałe fragmenty gry. Będzie pan kładł na nie nacisk w reprezentacji?

- Oczywiście. W ofensywie i defensywie. Sposób wykonywania rzutów wolnych i rożnych będziemy uzależniać od rywala. Na zgrupowaniach będziemy pracować głównie nad taktyką i stałymi fragmentami, które są jej elementem.

Pana zespoły zawsze były świetnie przygotowane fizycznie. W kadrze nie będzie pan miał na to prawie żadnego wpływu.

- Trener od przygotowania motorycznego zbierze od każdego informacje, jak trenuje w klubie, i sprawdzi poziom zmęczenia. Na pięciodniowym zgrupowaniu nie da się przygotować drużyny. Muszę polegać na współpracy z klubami.

Eliminacje MŚ kończymy wyjazdami do Kijowa i Londynu. Podoba się to panu?

- Dziś żyję trzema tegorocznymi meczami. Nie miałem najmniejszego wpływu na terminarz, więc przyjmuję taki, jaki jest.

Nie ma pan doświadczenia międzynarodowego. Jak pan sobie poradzi?

- Nie widzę problemu. Fajnie, że są różne opinie na mój temat, niekoniecznie pozytywne, bo wątpliwości mobilizują mnie do pracy. Drużyna niekoniecznie musi przegrywać, jeśli trener nie ma międzynarodowego doświadczenia.

Czuje pan tremę przed pierwszym zgrupowaniem?

- Nie, próbuję sobie wyobrazić, jak to będzie. Cieszę się, że wreszcie spotkam się z zawodnikami. Do tej pory wszystko było wirtualne, w sferze przypuszczeń i domysłów. Dopiero teraz zacznie się dziać.