Euro 2012. Odyseja jaskiniowa 2012

Jeśli głowa Smudy ma spaść, odpowiedzialność nakazuje zastąpić ją po wnikliwej analizie głową cudzoziemca. Co oczywiście pozostanie teorią, jeśli analizować ma Grzegorz Lato, rasowy jaskiniowiec, który żadnym gestem nie zdradził dotąd zdolności do skomplikowanych operacji myślowych

Czy ta drużyna jest naszą najlepszą w XXI wieku? - zapytał reporter "Gazety" Wojciech Staszewski. - Jest najlepszą od 1986 roku, kiedy kadra odniosła ostatni sukces, dochodząc do 1/8 finału mistrzostw świata w Meksyku - odparł Zbigniew Boniek. Kiedy w sobotnim wydaniu magazynu świątecznego przeczytałem słowa mojego idola z dzieciństwa, uznałem, że grubo przesadził, ale nabrałem ochoty, by spojrzeć na polski zespół jeszcze przychylniej. Boniek trochę na boiskach przeżył, a nie zwykł rozdawać pochlebstw na prawo i lewo.

W niedzielnym polsatowskim "Cafe futbol" już tamtej opinii nie powtórzył. Piłkarze Franciszka Smudy przegrali z Czechami, więc nie wypadało, selekcjoner nasłuchał się wyłącznie gorzkich słów (Boniek, dodajmy, i tak traktował go stosunkowo łagodnie). I właściwie można to zrozumieć - on nie tyle przegrał jeden mecz, co przegrał mecz najważniejszy i generalnie nie wykonał powierzonej mu misji. To musi znacząco wpłynąć na ocenę. Ale czy aż tak radykalnie? Gdyby Smuda przed meczem zajrzał do wywiadu, znalazłby komplement wymarzony - dowiedziałby się, że szefuje najlepszej polskiej reprezentacji w minionym ćwierćwieczu. Kilkadziesiąt godzin później szefował już piłkarzom, którzy całkowicie dali ciała.

***

Oba ekstremalne werdykty uważam za nieuzasadnione, oba ilustrują mentalną chorobę, przez którą nie istnieją u nas stany pośrednie między hagiografią a medialnym linczem. Każdego dnia wyklinamy wywołaną zaniedbaniami nędzę naszego futbolu, by przed ważnym turniejem, nie wiedzieć czemu, żądać sukcesu, a po turnieju, gdy sukces z oczywistych względów nie przychodzi - chwytać za maczugę i w ślepej furii dawać upust frustracji.

Sam Smudzie przedstawiłbym trzy zarzuty.

Pierwszy: w przygotowawczych sparingach ćwiczył wyłącznie optymistyczne ustawienie 4-2-3-1 (z duetem defensywnych pomocników), by podczas mistrzostw zakuć piłkarzy w pesymistyczne 4-3-2-1 (z tercetem defensywnych pomocników). Potwierdził formułowane wielokrotnie, także na łamach "Gazety", podejrzenia, że zaniechał pracy nad planem B, a zarazem w godzinie próby usiłował się do planu B odwołać.

Drugi zarzut: Smuda skutecznie wmówił rezerwowym, że są tylko faktami statystycznymi, manekinami wypełniającymi puste miejsca w kadrze. Nawet w sparingach do ostatnich minut wstrzymywał się ze zmianami. O ile zatem jego podstawowi piłkarze zdawali się mentalnie gotowi do walki, o tyle zmiennicy prawdopodobnie w ogóle nie czuli się częścią drużyny. W każdym razie na murawie nie wyglądali na jej część, lecz na zagubione ciała obce.

Trzeci zarzut: selekcjoner długo zwlekał z pracą nad stałymi fragmentami gry, uspokajając, że skutecznych schematów nauczy kadrowiczów w kilka dni. Jednak podczas Euro 2012 okazało się, że nasze rzuty rożne i wolne w przeważającej części polegały na oddawaniu piłki rywalom.

Tyle błędów rzuca się w oczy - pomyłek personalnych raczej Smuda nie popełnił - ludzi nieodpowiadających mu mentalnie pozbył się wystarczająco wcześnie, by nie zatruć atmosfery w przededniu turnieju, jego drużyna wyglądała ładniej niż drużyny Engela, Janasa i Beenhakkera. Owszem - z klasą grała w każdym meczu tylko kilkadziesiąt minut. Ale na poprzednich XXI-wiecznych mistrzostwach nie oglądaliśmy nawet przebłysków. Znacząca jest zresztą reakcja podwładnych Smudy - wstawia się za szefem kapitan Kuba Błaszczykowski, ciepło mówi o nim w "Rzeczpospolitej" Robert Lewandowski. Nie piłkarze oczywiście mianują przywódcę szatni, ale głos liderów brać pod uwagę trzeba. Symptomatyczny tym bardziej, że dotąd nie wahali się go publicznie ganić.

***

Kiedy przedstawiam selekcjonerowi swoje zarzuty, też zresztą targają mną wątpliwości.

Czy wobec wątłości potencjału kadrowego nie podjął słusznej decyzji, by zaryzykować i polerować tylko współpracę podstawowego składu? Skąd wiadomo, czy żonglowanie nazwiskami w sparingach by nie zaszkodziło, bo rezerwowi i tak nie potrafiliby sprostać wymaganiom turnieju, a najważniejsi gracze mieliby jeszcze mniej czasu, aby się poznać? Jak stwierdzić, czy nie było pomysłu na stałe fragmenty gry, skoro kopiący piłkę Ludovic Obraniak nie umiał przenieść jej ponad najbliższego broniącego rywala? W tym elemencie umiejętności wypracowywane na co dzień, poza kadrą, odgrywają kluczową rolę, a polski futbol od lat cierpi na deficyt graczy wystarczająco wytrwałych, by nauczyli się precyzyjnie wykonywać rzuty rożne i wolne. Wyróżnia się może jeden Sebastian Mila, ale on już kilkakrotnie przyznał się, że wielki futbol przeraża go tak, jak wielkie obce miasto przeraża zgubionego przez rodziców przedszkolaka.

Mistrzostwa Europy przegraliśmy słabością całej naszej piłki. Obsesyjne skupianie się na dokopywaniu selekcjonerowi i uparte abstrahowanie od kontekstu nie niesie żadnego merytorycznego sensu, może co najwyżej służyć za uatrakcyjnienie medialnych widowisk. A w skrajnych przypadkach brzmi kuriozalnie. Jak przeciwstawianie niechęci do zmian naszego trenera do roszad jego kolegów po fachu, które fundamentalnie wpływały na wynik i miały rzekomo "obalać teorię Smudy". Ile niby łączy Antonio di Natale, któremu przed chwilą kilku goli zabrakło do trzeciego z rzędu (!) tytułu króla strzelców Serie A, z Pawłem Brożkiem, w pewnym sensie byłym piłkarzem, którego przed chwilą przepędziły kluby turecki i szkocki?

Oczywiście okoliczności łagodzące całkiem nie uniewinniają selekcjonera, warunki były z resztą wybitnie sprzyjające - od pomyślnego losowania, przez kontrowersyjną czerwoną kartkę dla Greka w inauguracji, po uraz lidera czeskiej drużyny w rozstrzygającym meczu. Wyrok skazujący nie byłby krzyczącą niesprawiedliwością - za niespełnianie deklarowanych celów trenerów się usuwa. Tyle że zwolnienie nie powinno być karą, czyli celem w samym sobie, lecz ruchem dającym racjonalne powody, by zakładać, że pchnie reprezentację do przodu.

***

Kiedy PZPN wykopywał przed trzema laty Beenhakkera, napisaliśmy w "Gazecie" o idealnym kandydacie na następcę na przykładzie Larsa Lagerbacka - nie wpychaliśmy do reprezentacji akurat Szweda, jego postać wykorzystaliśmy tylko, by zaapelować o nominację dla fachowca spełniającego mnóstwo konkretnych kryteriów. Przypomnę je w telegraficznym skrócie, bo właśnie wracamy do punktu wyjścia.

Po pierwsze, Lagerback awansował z rodakami do czterech (!) kolejnych turniejów rangi mistrzowskiej, na których wiodło im się albo przyzwoicie, albo bardzo dobrze. W 2002 r. wygrali nawet grupę śmierci (z Anglią, Argentyną i Nigerią), zanim przegrali dogrywkę meczu 1/8 finału z Senegalem, a z Euro 2004 odpadli w ćwierćfinale dopiero po rzutach karnych z Holandią.

Po drugie, nie przywykł Lagerback do kierowania jednostkami wybitnymi, które wystarczy tylko natchnąć. Przeciwnie, poza wyjątkami w typie Larssona i Ibrahimovicia dobierał spośród piłkarzy w skali europejskiej dość przeciętnych - liga szwedzka poziomem ustępuje polskiej.

Po trzecie, Szwedzi na każdym turnieju zwracali uwagę znakomitym przygotowaniem fizycznym, które u naszych kopaczy często niedomaga.

Po czwarte, Lagerback ma reputację drobiazgowego, klarownie wykładającego swój plan taktyka, a przecież niczego innego, wobec nędznego wyszkolenia Polaków, klasowym rywalom przeciwstawić nie możemy.

Po piąte, Szwed wytrwał na stanowisku ponad dziewięć lat - ta stabilizacja świadczy trochę o skandynawskich obyczajach, a trochę o stopniu satysfakcji z dokonań fachowca nadzwyczajnie doświadczonego w kierowaniu kadrą narodową (tworem specyficznym, coraz mniej przystającym do futbolu terroryzowanego przez bogate klubowe korporacje) i współpracy z federacją (fakt, o odmiennej kulturze działania od pezetpeenowskiej), bo utrzymywał ją przez blisko dwie dekady (prowadził młodzieżówkę, kadrę B, analizował grę rywali drużyny seniorów etc.).

Wskazywaliśmy też wówczas na jego cechy mentalne - osobowość łagodnego, powściągliwego, skłonnego do kompromisu rozjemcy, niezdolnego do przyjęcia roli mentora zacofanego narodu, która tak zaszkodziła megalomańskiemu Beenhakkerowi.

W żadnym razie nie rekomenduję dziś PZPN-owi Lagerbacka, zresztą jesienią zaopiekował się on reprezentacją Islandii. Chciałbym tylko, by nominację dla swego wybrańca działacze podparli co najmniej tyloma argumentami, iloma wyżej opisałem Szweda. By wreszcie szukali metodycznie, zamiast reagować jak przedludzie z epoki kamienia łupanego, którzy włazili do pierwszej napotkanej jaskini, byle tylko przetrwać.

***

Na razie trwa zwyczajowo chaotyczna walka o ogień. Każdy chce wyszarpać swoją szczapę, rzucane propozycje nie mają gruntownych uzasadnień, więc prowokują do zastanawiania się, jaki interes ubijają ich autorzy.

Maciej Skorża to trener, który oba ligowe sezony dla Legii przerżnął w sposób znacznie bardziej spektakularny, niż Smuda Euro 2012 - pracował w pełnym komforcie, miał pod sobą piłkarzy znakomitszych niż rywale. Wyróżniał się przede wszystkim kunktatorstwem i niezdolnością zmuszenia drużyny, by przynajmniej w meczach z ligowymi szarakami atakowała pozycyjnie.

Fenomen popularności kandydatury Piotra Nowaka wyjaśnia chyba tylko to, że opinia publiczna niewiele o nim wie. Przed ośmioma laty zdobył mistrzostwo amerykańskiej MLS, potem głównie asystował innym lub ponosił porażki, aż poniósł klęskę - w zeszłym tygodniu stracił posadę w Philadephia Union. Zwolennicy nie reklamują go żadnymi konkretnymi atutami. A jeśli ma nam wystarczyć sama magia sportu w USA, to właściwie dlaczego nie wynająć Roberta Warzychy, który w Columbus Crew radzi sobie ostatnio lepiej?

To chyba kandydaci z najsilniejszym lobby, choć za kulisami słychać o ideach absurdalnych. Oto Jerzy Engel - lata temu zrezygnował z praktyki, poświęcając się prowadzeniu surrealistycznego miejscami dziennika internetowego i wdzięczeniu się w telewizji - miałby wziąć kadrę tymczasowo, by popilnować jej do jesiennej zmiany władzy w PZPN. Gdybyśmy weszli w ten zupełnie nowy etap i wyznaczali selekcjonera nie w rytm kalendarza rozgrywek, lecz w rytm zjazdów wyborczych, działacze już zupełnie jawnie przyznaliby, że nie chodzi tu o piłkarską rację stanu, lecz o prywatę prezesa.

Sam nie mam pewności, czy Smuda w ogóle powinien stracić posadę. Choć nie podzielam Bońkowych zachwytów nad najlepszą drużyną od 1986 roku, to widziałem, że kadra wypadła na mistrzostwach okazalej, niż kadry wysyłane na poprzednie mistrzostwa. Widzę jej młodość, widzę w niej kontury - choć na razie rozmyte - grupy zwartej i walecznej. Słucham też zawodników i kibiców, którzy tym razem nie potępiają selekcjonera w czambuł - z dyskusji i sond wynika, że wielu docenia styl, w jakim jego ludzie reprezentowali nas na Euro 2012. Zakładam wreszcie, że selekcjonera stać na wyciągnięcie wniosków i nie trwanie w błędach. On przynajmniej wygrywał w życiu częściej niż przez chwilę.

Przejęcie władzy nad szatnią najważniejszej polskiej drużyny powinno wreszcie wynagradzać okazały trenerski dorobek. Nikt poważny nie powinien ośmielać się pchać na to stanowisko fachowca, który ledwie rozpoczął karierę, więc nie wiemy, ile w jego sukcesikach było pomyślnych splotów okoliczności, a ile obiecującego pomyślność kadrze znawstwa. Wśród Polaków brakuje sprawdzonych profesjonalistów, bo właśnie dokonuje się zmiana pokoleniowa - poniekąd wymuszona aferą korupcyjną - i młodzi zdążyli rozbłysnąć co najwyżej na lokalne gwiazdki.

Jeśli głowa Smudy ma spaść, odpowiedzialność nakazuje zastąpić ją głową cudzoziemca. Wybraną po wnikliwym zbadaniu, co dzieje się w jej wnętrzu. Co oczywiście pozostanie czystą teorią, jeśli analizować ma Grzegorz Lato, rasowy jaskiniowiec wśród prezesów polskich instytucji, który żadnym gestem nie zdradził dotąd zdolności do przeprowadzania skomplikowanych operacji myślowych. Zapłacą pewnie piłkarze. Zagranicą pracują często pod szefami charyzmatycznymi, wszechkompetentnymi i przywykłymi do życia pod presją, wypady na zgrupowania pozostaną dla kadry zderzeniami z trenerem, który futbol popotopowy zna głównie z telewizji.

Więcej o: