Euro 2012. Rafał Stec: Jak wspaniali są Rosjanie

Na chroniczną niestabilność cierpią nasi wtorkowi rywale i w skali pojedynczych turniejów, i w skali długotrwałych kampanii. Fantastyczne wrażenie wywołane na poprzednim Euro pospiesznie zatarli w kwalifikacjach do mundialu w RPA, na który w ogóle nie zostali zaproszeni, bowiem nie wpuściła ich Słowenia - pisze Rafał Stec, dziennikarz Gazety Wyborczej i Sport.pl.

Siergieja Władysławowicza Kiwrina, moskiewskiego fotoreportera od dekad jeżdżącego za rodakami sportowcami na mistrzowskie imprezy, triumf nad Czechami nie rozanielił. Polaków przed niedzielnym klasykiem hiszpańsko-włoskim w Gdańsku pocieszał, że Rosjanie mają drużynę jednego meczu, po inauguracyjnym popisie biedactwa z trudem radzą sobie ze zniewalającym zachwytem nad sobą, rozmiary i styl zwycięstwa im zaszkodziły. Wygrać, owszem, mogą, ale zapierającego dech spektaklu już nie dadzą. Klasyczne ofiary własnego sukcesu, z których sukces wyciąga więcej energii niż z pokonanych.

Gdyby świat skupiał uwagę na obyczajach panujących w rosyjskiej reprezentacji, jej chwiejność stałaby się już legendarna. Nie zapomnę, jak olśniła w ćwierćfinale Euro 2008 - wszyscy na trybunie prasowej upierali się, że podokazuje tylko chwilę, że z upływem czasu Holendrzy wycisną ją jak pomarańczę. Nic z tych rzeczy, w dogrywce to Rosjanie wyssali z rozpędzonych wówczas rywali wszystkie soki. Wyssali, by w półfinale z Hiszpanią ponieść porażkę 0:3 - najwyższą na poziomie walki o medale mistrzostw Europy od 1972 roku.

Nawiasem mówiąc, poprzedni negatywny rekord dzierżyła ich poprzedniczka, kadra Związku Radzieckiego.

Na chroniczną niestabilność cierpią nasi wtorkowi rywale i w skali pojedynczych turniejów, i w skali długotrwałych kampanii. Fantastyczne wrażenie wywołane na poprzednim Euro pospiesznie zatarli w kwalifikacjach do mundialu w RPA, na który w ogóle nie zostali zaproszeni, bowiem nie wpuściła ich Słowenia - polegający wyłącznie na własnych siłach piłkarze z dwumilionowego państewka, którzy nigdy niczego nie wygrywają ani w klubach zagranicznych, ani rodzimych, zatrzymali reprezentację futbolu dynamicznie się rozwijającego, czerpiącego z doświadczeń masowo importowanych trenerskich sław zagranicznych, napędzanego gigantycznymi inwestycjami oligarchów. Mysz skopała niedźwiedzia.

W trakcie eliminacji do Euro 2012 Rosjanie też nasłuchali się, że tylko nieporadnie udają, że im się chce. Nastraszyli fanów porażką na własnym stadionie ze Słowacją, pomimo mizernej konkurencji w grupie punkty w każdej kolejce gier ciułali z mozołem, pełnymi piersiami oddychali tylko wtedy, gdy odbębniali formalność w meczach z amatorami z Andory, najniżej sklasyfikowanej drużyny na kontynencie. Nie sądźcie, że rosyjscy literaci odkryli już dla świata i uwznioślili wszystkie zakamarki rosyjskiej duszy, dopóki nie zajmą się upiorami piłkarskiej szatni, mają przed sobą grube tomy do zapisania.

Kto futbol śledzi przede wszystkim w najważniejszych rozgrywkach ligowych, po kolejnych wpadkach Rosjan prawdopodobnie tylko wzruszał ramionami. Skoro w klubach międzynarodowo nie znaczą nic lub prawie nic, skoro na murawach słynnych firm przyjmują się jeszcze rzadziej niż Polacy, to dlaczego niby oczekiwać, że pod narodową flagą będą tłuc punkty bez wytchnienia?

W wydanym z okazji mistrzostw magazynie "Sport+ Extra" obwołałem ich gatunkiem wśród piłkarzy endemicznym - nietolerującym zmian środowiskowych, dobrze czującym się tylko na ściśle określonym terenie. Ilekroć próbują kariery zagranicznej, dostają ostro po głowach. Bohaterowie Euro 2008 na podbój obcych traw ruszyli całym stadem, ale Andriej Arszawin w Arsenalu ostro hasał tylko incydentalnie, Roman Pawluczenko w Tottenhamie też tylko incydentalnie, a Jurij Żyrkow w Chelsea nie pohasał wcale. Wszyscy podkulili ogony, wszyscy wrócili do matki Rosji. I natychmiast przypomnieli sobie, że umieją grać. Do zachodniej mentalności nie pasują, w Londynie nie przetrwał nawet błyskotliwy Arszawin - pochodzący z wyższej klasy średniej i z uchodzącego za elitarną metropolię St. Petersburga. Przegrał jak wszyscy jego rodacy, którzy aspirowali do futbolowej czołówki w XXI w.

Arszawin, ściągnięty za rekordową kwotę przez obracającego w palcach każdego pensa trenera Arsene'a Wengera, ucieleśniał w lidze angielskiej chybotliwą postawę całej reprezentacji, której zresztą daje twarz jako kapitan. Fenomenalne pokazy przeplatał występami poniżej wszelkiej krytyki, fani pamiętają mu cztery gole wbite Liverpoolowi albo odpaloną z 30 metrów petardę, która omal nie rozerwała siatki w bramce Manchesteru, ale z czasem zaczęli wyrzucać mu lenistwo, pozorowanie zaangażowania w walkę, niechęć do wspierania kolegów w pracy defensywnej.

Nie wiadomo, czy rosyjscy piłkarze zwyczajnie lubią grać wyłącznie na swoich trawach, czy rację ma wspomniany fotoreporter, który już w 2009 roku, podczas tureckich mistrzostw Europy w siatkówce, utyskiwał na upadek rosyjskiej kultury sportowej. Odchodzą starzy, wytrawni trenerzy, młodzi szukają najkrótszych dróg do sukcesu, zanika etos wytrwałej pracy. Tak tłumaczył mentalne kalectwo rodaków siatkarzy, którzy techniką i siłą górują nad konkurentami, ale najważniejsze mecze przegrywają w głowach. Również z Polakami.

Uspokajam się jego słowami, choć zdaję sobie sprawę, że rękami nasi manipulują piłką znacznie sprawniej niż nogami. Choć wiem, że rosyjskich futbolistów nie wolno sądzić tylko po wyprawach w świat - Zenit St. Petersburg zdobył przed chwilą Puchar UEFA, kluby moskiewskie sezon w sezon gromadzą punkty w Lidze Mistrzów, w krajowych rozgrywkach przywykli do zmagania się z napastnikami formatu Samuela Eto'o, rozgrywającymi formatu Keisuke Hondy, obrońcami formatu Bruno Alvesa. Kiedy Roman Abramowicz rozeźlił Władimira Putina wyrzucaniem rosyjskich pieniędzy na futbol angielski, oligarchowie zostali zmuszeni do zadbania o własne boiska. Dlatego nie tylko kluby ociekają luksusem, rodzimą młodzież też objął nowoczesny system edukacji, o jakim my, przygwożdżeni szerokopaszczowym rechotem prezesowskiego wizjonera Grzegorza Laty, nie ośmielimy się nawet marzyć.

Słowem, piłkarze Smudy potrzebują poudawać Słoweńców. Mysz znów musi zamachnąć się na niedźwiedzia.

Podyskutuj o felietonie na blogu Rafała Steca

Wygraj piłkę prosto z meczu Hiszpania - Włochy! Weź udział w konkursie!

Polska wygra z Rosją?
Więcej o: