Euro 2012. Psycholog reprezentacji Polski: Prawie nie śpię

- Dostałem kredyt zaufania, jest potrzeba pracy, a motywacja po stronie zawodników bardzo mnie uskrzydla. Tak naprawdę prawie nie śpię. Teraz przeciążenia dla wszystkich są już olbrzymie. To dotyczy i zawodników, i osób, które się nimi opiekują - mówi psycholog piłkarskiej reprezentacji Polski, Paweł Habrat.

Łukasz Jachimiak: Jest w pan w kadrze na Euro 2012, mimo że nie dostał powołania od Franciszka Smudy. Selekcjoner jeszcze niedawno twierdził, że piłkarzom jego drużyny psycholog nie jest potrzebny, bo żaden z nich nie jest wariatem. Jak to się stało, że pomaga pan reprezentacji?

Paweł Habrat: Jakiś czas temu byłem na serii spotkań ze sztabem kadry. Wtedy przedstawiłem swój program. O stworzenie czegoś dopasowanego do oczekiwań sztabu i zawodników zostałem poproszony wcześniej, a kiedy wspólnie doprecyzowaliśmy ten plan, dostałem informację, że pojadę z drużyną do Lienz i tam będę miał dwa tygodnie na wykonanie swojej pracy. To nie byłoby możliwe bez akceptacji trenera. On jest tutaj głównodowodzącym.

Można powiedzieć, że wygrał pan casting na psychologa kadry?

- Ja bym tego tak nie ujmował. Powiem szczerze, że nawet nie pytałem, z jakich pobudek podjęto ze mną współpracę, natomiast wiadomo, że moment zbliżających się mistrzostw Europy jest bardzo ważny z psychologicznego punktu widzenia. Słusznie uznano, że trzeba zadbać o wszystkie szczegóły, także o mentalne przygotowanie ekipy.

Plan był taki, by na ten obszar przygotowań poświęcić tylko dwa tygodnie. Po powrocie z Austrii miał się pan pożegnać z kadrą. Tymczasem na prośbę zawodników zostaje pan na całe Euro. Jak ich pan do siebie przekonał? Przecież wielu z nich, jak trener Smuda, twierdziło, że psycholog drużynie narodowej nie jest potrzebny.

- Rzeczywiście byłem umówiony na dwa tygodnie współpracy, ale okazało się, że zawodnicy chcieliby tę współpracę przedłużyć. Część zawodników współpracuje z psychologami w swoich klubach. Głównie chodzi o piłkarzy grających w ligach zagranicznych, gdzie zatrudnianie psychologów to standard. Pozostali mogli się do mnie przekonać na spotkaniach, na których poznałem oczekiwania wszystkich i mogłem swój plan doprecyzować. To były spotkania grupowe, o ich szczegółach mówić nie mogę, ale piłkarze wyrazili zainteresowanie podjęciem współpracy w konkretnych obszarach. To miłe, bo wiadomo, że kiedy praca psychologa trafia na podatny grunt, to od razu staje się dużo bardziej skuteczna.

Dużo ma pan tej pracy? Zamieszkał pan z kadrą w hotelu Hyatt?

- Jestem z Warszawy, więc mam możliwość nocowania w domu. Ale w hotelu stawiam się codziennie punktualnie o siódmej i jestem tu do momentu, kiedy wychodzą ode mnie ostatni zawodnicy, a zwykle jest to godzina 22-23. Czasami zostaję jeszcze trochę ze sztabem, więc zawsze kończę bardzo późno. Przez cały czas jestem dostępny dla każdego, kto chce się spotkać indywidualnie, nadal prowadzę rozpoczęte w Austrii spotkania w grupie, jeżdżę z chłopakami na treningi, tam też wspieram nie tylko zawodników, ale również sztab. Dostałem kredyt zaufania, jest potrzeba pracy, a motywacja po stronie zawodników bardzo mnie uskrzydla. Tak naprawdę prawie nie śpię. Teraz przeciążenia dla wszystkich są już olbrzymie. To dotyczy i zawodników, i osób, które się nimi opiekują. Dlatego ciągle zbieram informacje, wypracowuję odpowiednie podejście, w nocy staram się wszystko podsumowywać, przygotowywać materiały na kolejne dni. Pracy mam na 24 godziny na dobę.

Nad czym najmocniej pan pracuje?

- O szczegółach mówić nie mogę, bo obowiązuje mnie tajemnica, ale wiadomo, że bardzo ważny jest element optymalnego przygotowania się na start. Dlatego koncentrujemy się na tym, by wszystko, co od nas zależy działało optymalnie i pracujemy nad zabezpieczeniem wszelkich możliwych sytuacji trudnych.

Jakich technik pan używa, bo domyślam się, że praca z kadrą nie kończy się na rozmowach?

- Jasne, że nie. Oczywiście dużo rozmawiamy, ale też używamy nowoczesnego sprzętu, który pomaga lepiej kontrolować stan pobudzenia psychofizycznego.

Chodzi o coś podobnego do relaksacyjnych okularów, z jakich korzystają skoczkowie narciarscy?

- Nie mogę wymieniać producentów, ale sprzęt, jakiego używamy można zakwalifikować do urządzeń typu bio-feedback. Ta aparatura pokazuje stan napięcia, dzięki czemu możliwa jest jego regulacja i wypracowanie sposobów, które łatwo i szybko obniżą napięcie w sytuacji presji, stresu.

Analityk kadry Hubert Małowiejski, twierdzi, że w takich sytuacjach Grecy imponują siłą spokoju. Nasz zespół też nie pęknie, kiedy przyjdą trudne momenty?

- Niektóre zachowania u naszych zawodników świadczą o tym, że oni są pewni siebie w trudnych momentach. A jeszcze nad tym pracujemy i mogę powiedzieć, że wszystko idzie w dobrym kierunku.

Na ile piłkarze są już skoncentrowani na Euro? W poniedziałkowym programie Tomasza Lisa żartujący zwykle Marcin Wasilewski był wyważony i zadziwiająco spokojny. Inni też wydają się żyć już tylko pierwszym meczem turnieju.

- Każde przygotowanie do określonego wyzwania składa się z pewnych faz. Teraz jest ten moment, w którym się wyciszamy i staramy się być bardzo skupieni na tym, co będzie się działo podczas meczu. To moment większej koncentracji uwagi, ograniczania różnych bodźców, które do nas dochodzą, czas bycia razem, wspierania się.

Kiedy w piątek piłkarze wyjdą na boisko Stadionu Narodowego, z trybun dostaną wsparcie blisko 60 tysięcy widzów. Ale to nie jest wyłącznie dobra sytuacja, bo choć nasi zawodnicy są przyzwyczajeni do gry na wielkich stadionach i dla wielkiej publiczności, to jeszcze nie grali tak ważnego meczu jak ten z Grecją.

- Jasne, zgoda. Piłkarzom powtarzam, że cała trudność nie polega na tym, jaką mamy sytuację, tylko jak ją interpretujemy. Ta sytuacja może być dla nas zagrożeniem, ale z drugiej strony można pokazać, jakie ona niesie ze sobą korzyści. Często przypominam, jak Juergen Klinsmann rozwiązał taki problem. Jego piłkarze mówili, że granie przed własną publicznością na mistrzostwach świata będzie trudne. On starał się przekonać piłkarzy, że ludzie, którzy przyjdą na stadiony, będą chcieli tego samego, co zawodnicy. Kibice chcą wygrać tak samo, jak sportowcy. Ten wspólny cel jest bardzo ważny.

Niemiecki mundial z 2006 roku pokazał, że taki wspólny cel polskich piłkarzy paraliżuje. Ich pierwszy mecz z Ekwadorem na stadionie w Gelsenkirchen oglądało 40 tysięcy rodaków. Kiedy krzyczeli "gramy u siebie", zawodnicy wyglądali na wystraszonych. Zagrali bojaźliwie i przegrali 0:2.

- Pamiętam tamten mecz. Zawodnikom zabrakło zabezpieczenia w postaci wykonanej wcześniej pracy. Kiedy wychodzi się na mecz, człowiek jest skoncentrowany na swoich zadaniach i nie ma już czasu, żeby zmieniać sposób patrzenia na sytuację. Przygotować się do tego można tylko wcześniej. W trakcie meczu jest za późno.

Cofnijmy się jeszcze dalej - przed mistrzostwami świata w 2002 roku nasi piłkarze zapowiadali, że je wygrają. Od zawodników Smudy takich deklaracji nie słyszymy. To dobrze, czy może lepiej byłoby, gdyby Lewandowski z Błaszczykowskim ogłosili, że mierzymy w mistrzostwo Europy?

- Cenię to, co dla wszystkich było widoczne w pracy Adama Małysza z doktorem Janem Blecharzem. Małysz nigdy nie mówił, że interesuje go zajęcie pierwszego miejsca, a zamiast tego skupiał się na celach zadaniowych prowadzących do wyniku lub też na celach mistrzowskich, jak oddawanie dwóch dobrych skoków. Myślę, że to jest cała kwintesencja psychologii sportu. Umiemy radzić sobie z trudnościami, koncentrując się na zadaniach, a nie na wyniku, bo ten jest w dużej mierze niekontrolowany. Natomiast zadania do niego prowadzącego są w stu procentach kontrolowane i jednocześnie narażają zawodnika na mniejsze koszty emocjonalne.

Dwa pierwsze dobre skoki to dla naszej drużyny dwie połowy meczu z Grecją czy cała faza grupowa?

- Wiadomo, że na razie bardzo ważny jest dla nas pierwszy mecz, ale te kolejne są równie ważne. Staramy się, żeby zawodnicy koncentrowali się tylko na tym, co ważne, żeby w podobny sposób podchodzili do każdego spotkania, żeby zachowywali w sobie element motywacji i żeby w momencie każdego wyjścia na boisko włączał im się element pewności siebie.

Nie myśli pan, że mogliby czuć się pewniej, gdyby zamiast w Lienz trenowali w Polsce? Wtedy mieliby więcej czasu na oswojenie się z atmosferą mistrzostw i z oczekiwaniami kibiców.

- Każdy chce wykonywać swoją pracę w komfortowych warunkach. W Austrii były one idealne, dlatego można było się skupić na wszystkim, co w tamtym momencie w przygotowaniu było najważniejsze. Kiedy jest spokój, można się w pełni skoncentrować i wypracować najbardziej efektywny sposób treningu. Tam każdy dzień był harmonijnie zaplanowany. Był czas na spotkania z dziennikarzami i kontakt z nimi był bardzo dobry, a jednocześnie zawodnicy mieli komfort na treningach, bo nikt ich nie zakłócał, nikt na nich nie przeszkadzał.

Polska biało-czerwoni: Wygraj Xboxa!

Czyli spokój był wtedy bardziej potrzebny niż obecność kibiców, którzy powiedzieliby dobre słowo, poprosili o wspólne zdjęcie i autograf, przyzwyczailiby do presji?

- Kibice, którzy przyjeżdżali pod hotel czy na sparingi, też byli zadowoleni, bo dostali autografy i porozmawiali z piłkarzami. Zawodnicy wiedzieli, kiedy na co jest czas i zawsze byli skoncentrowani na tym, na czym akurat powinni.

A może będąc dłużej w Polsce przekonaliby do siebie część z tych, którzy się z nimi nie identyfikują? Przecież opinie, które najgłośniej wyraża Jan Tomaszewski, są dla nich problemem.

- O to, jak zawodnicy odbierają tego typy wypowiedzi najlepiej byłoby zapytać ich samych.

Ich pytaliśmy wiele razy, teraz chcemy się dowiedzieć, jak to widzi psycholog kadry.

- Ostatnio pojawił się artykuł dotyczący Ludo Obraniaka, w którym rozgrzebuje się jakieś sprawy, które miały miejsce dawno temu i podaje się je jako aktualne [chodzi o wywiad dla jednej z francuskich gazet, w którym Obraniak miał powiedzieć, że nie czuje się w pełni akceptowany przez niektórych kolegów z drużyny]. Rozmawialiśmy z chłopakami o tym, że na takie sytuacje trzeba być przygotowanym i ustaliliśmy, że pewna część komentarzy po prostu nie jest dla nas ważna. Chłopcy dobrze sobie z tym radzą.

Damien Perquis po golu strzelonym Słowacji poświęcił kilka słów tym, którzy nie chcą, by grał w polskiej kadrze. To chyba pokazuje, że zawodnicy jednak od sprawy się nie odcinają?

- Można próbować tego typu rzeczy, można motywować się negatywnymi opiniami innych. Jednak to nie jest zalecenie. Naszym kluczem jest wyłączanie emocji.

Więcej o: