Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Euro 2012. Nadnaturalne moce wybrańców Smudy

Pozujący na obytego eleganta Engel, bezpiecznie czujący się tylko w lesie mruk Janas, wymyślający Polakom od plemienia zamieszkującego drewniane chatki Beenhakker. Na wielkich turniejach wszyscy selekcjonerzy solidarnie umoczyli - i to umoczyli prędko, tylko jeden po ostatni mecz grupowy walczył o więcej niż tzw. honor - więc w przededniu Euro 2012 odruchowo wypatrujemy w grupie Franciszka Smudy cech, które pozwolą uwierzyć, że w przeciwieństwie do tamtych reprezentacji obecna nie przyniesie nam wstydu.

Nad idyllą wokół kadry, jakże nietypową dla kraju pasjami wyniszczającego się w wojnach polsko-polskich, rozczulałem się już na blogu. Niemal wszyscy spoglądają na reprezentację z umiarkowaną życzliwością, jej kapitan dziękuje, że wreszcie nikt nie stoi nad piłkarzami z batem, przygotowań nie zakłóciły wypadki losowe, selekcjoner ma pod sobą każdego, kogo naprawdę chciał. Nawet wyniki wyglądają ładnie. Powietrze przed każdą nowożytną imprezą było podtrute również dlatego, że przed mundialem w 2002 roku mieliśmy świeżo wdrukowane w pamięć sparingowe 0:2 z Japonią i 1:2 z Rumunią (obie wpadki u siebie), przed następnym mistrzostwami świata - 1:2 z Kolumbią i 0:1 z Litwą (też u siebie), a przed Euro 2008 - 0:3 ze Stanami Zjednoczonymi (znów u siebie). Piłkarze Smudy od przegrywania nas odzwyczaili; gdyby nie jesienne 0:2 z Włochami, przeżyliby rok bez skazy na wyniku. Ba, sekundy dzieliły ich od bezprecedensowego triumfu nad Niemcami, chyba głównym faworytem mistrzostw. I turniej rozpoczną Polacy jako ich jedyny uczestnik, który w 2012 roku nie stracił gola.

Na ile naszych stać, nie mamy oczywiście zielonego pojęcia, oni od dwóch i pół roku zabawiali się wyłącznie w sparingach, czyli meczach symulowanych, tymczasem rywale dojrzewali w krwawych bitwach eliminacyjnych. Ale kiedy przyjrzymy się z osobna każdemu z najważniejszych ludzi Smudy, to nie znajdziemy powodów, by kogokolwiek podejrzewać o kompleks polski, ową skazującą na klęskę walkowerem wadę genetyczną, owo instynktowne poczucie niższości wynikające głównie z niewłaściwego pochodzenia, które wyczuwaliśmy u wielu podkomendnych Janasa i Beenhakkera. Wszyscy piłkarze podstawowej jedenastki albo z wielkim futbolowym światem już zdążyli się oswoić, albo oswajać się nie musieli, bo w nim dorastali.

Zasług naszej świętej trójcy dortmundzkiej właściwie nie warto już przywoływać, wszystkie hołdy jej złożyliśmy, Polacy, którzy podbijają Bundesligę i przy każdej okazji gaszą gwiazdy Bayernu Monachium, na pewno nie przestraszą się również mistrzostw Europy, igrzysk futbolu reprezentacyjnego, czyli stojącego na niższym poziomie niż klubowy. Do rozbrajającej bezczelności Wojtka Szczęsnego też się przyzwyczailiśmy - jeśli potrafi on wyprowadzić z równowagi przed rzutem karnym samego Wayne'a Rooneya, to nie struchleje na widok Greków, Rosjan czy innych Czechów, a jeśli w Arsenalu był tak niezbędny, że tkwił w bramce od pierwszej do ostatniej sekundy sezonu ligi angielskiej, to znaczy, że jest jej najmłodszym bramkarzem tylko w sensie metrykalnym.

Tyle wystawimy postaci rozpoznawalnych ponad granicami, inni już noszą nazwiska znacznie skromniejsze, jednak wśród nich również nie zdemaskujemy zahukanych prowincjuszy. Marcin Wasilewski to dwukrotny mistrz Belgii, z Anderlechtem Bruksela zdobył jeszcze kilka innych trofeów, rozegrał dla niego grubo ponad setkę meczów, między żywych wrócił po tak szokującym złamaniu nogi, że psychicznie nie powinny złamać go żadne okoliczności meczowe. Damien Perquis, Ludovic Obraniak, Sébastien Boenisch i Eugen Polanski nie zobaczą ludzi lepszych od siebie nawet we Francuzach czy w Niemcach, bo sami są Francuzami i Niemcami. O tym, że z niebagatelnymi wyzwaniami umie mierzyć się Rafał Murawski, wiemy od trenera Rubina Kazań, który polegał na nim we wszystkie najważniejsze wieczory Ligi Mistrzów, łącznie z meczami przeciw Barcelonie i Interowi Mediolan. Nawet najuboższy w doświadczenia Maciej Rybus zdążył udowodnić, że wychodzi zwycięsko ze zderzeń z cywilizacją Wschodu - jesienią przyłożył wspaniałym golem Spartakowi Moskwa, wraz z Legią wyrzucając go z Ligi Europejskiej, by jesienią z powodzeniem zabawiać się na skrzydle Tereka Grozny w lidze rosyjskiej. A to przecież jej przedstawiciele mają być naszymi najgroźniejszymi rywalami w grupie.

Wiem, nie wszyscy wymienieni wspinali się na szczyty, schorowany nieszczęśnik Boenisch szorował wręcz po dnie, Lewandowskiego od Murawskiego też dzieli dystans niewiele mniejszy niż czubek Czomolungmy od najgłębiej schowanych części Rowu Mariańskiego. Ani myślę bajdurzyć, że Smuda dowodzi perfekcyjnymi wyczynowcami, którzy są w stanie dorównać umiejętnościami każdemu przeciwnikowi. Przeszłość piłkarzy lustruję dla zwrócenia uwagi wyłącznie na ten jeden szczególik - okoliczności, jakie formowały ich mentalnie.

Na ostatnich turniejach Polacy nie podołali wyzwaniu ani technicznie, ani taktycznie, ani fizycznie, ani psychicznie. I dziś też mamy powody zgłaszać zastrzeżenia do techniki wielu z nich; nie wiemy, czy zostali odpowiednio przygotowani motorycznie i kondycyjnie, nie wiemy, jak selekcjoner wykorzysta wiedzę o rywalach zebraną przez analityka Huberta Małowiejskiego, ile obmyślił wariantów gry, czy będzie umiał zareagować, gdy sytuacja zmusi drużynę do odrabiania strat. Precyzyjnie wskażemy wreszcie miejsca wyjątkowo wrażliwe na ciosy - zapuszczonego dwoma latami spędzonymi poza boiskiem Boenischa, a także nieśmiałych w ofensywie i niechlujnych w wykonywaniu nawet prostych podań Murawskiego oraz Polanskiego.

Najmniej powodów mamy, by obawiać się, że nasi pękną mentalnie, bo w życiu nie poczuli presji monumentalnego stadionu, a jeśli poczuli, to ich przygniotła. Czy raczej - rozgniotła.

Przywykliśmy, że nawet nadzwyczajnie, jak nam się zdaje, utalentowani polscy gracze z wypraw w świat wracają z podkulonymi ogonami albo giną na opłotkach dużego sportu. Ucieleśnienie ponurego losu futbolowego emigranta mamy w rezerwie - Paweł Brożek, który w co drugiej kolejce polskiej ligi schodził z boiska z pękatym workiem strzelonych goli, nie przyjął się ani na trawach tureckich, ani na trawach szkockich, i to raczej nie dlatego, że jego talent był niewłaściwie pielęgnowany. Od jego braci w cierpieniu zazwyczaj się w ostatnich latach w podstawowej jedenastce roiło, więc niepowodzenia były nieubłaganie logiczne. Odpowiadali za nie ludzie, którzy przywykli, że zetknięcia z obcojęzycznym futbolem przynoszą im głównie upokorzenia, lub bohaterowie lokalni, nieznający świata.

Dziś niepokoi najwyżej to, co dzieje się w głowie Boenischa - sportowca, który najpierw przez całą wieczność się leczył, by po wstaniu na nogi dowiedzieć się, że zostaje zesłany przez trenera do trzecioligowych rezerw. Generalnie Smudzie udało się od piłkarzy o przetrąconej psychice uciec, w podstawowej jedenastce u nikogo mentalnego kalectwa nie zdiagnozujemy. To jak na nasze standardy powinno reprezentacji dać moc wprost nadnaturalną. Być może tak nadnaturalną, że ryk dziesiątek tysięcy polskich gardeł na Narodowym nie zrówna jej z murawą jeszcze przed pierwszym gwizdkiem.

Polska biało-czerwoni: Wygraj Xboxa!

Więcej o:
  
Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ