Reprezentacja Polski. Smuda podzielił się władzą

Całkiem władzy oczywiście selekcjoner się nie zrzekł, być może zwyczajnie mu nie wypadało - jeśli wczoraj przechwalał się, że nie jest mięczakiem i podkomendnych zwykł trzymać za twarze, to dzisiaj musi trzymać przynajmniej fason

Redaktor też człowiek. Zobacz co nas wkurza na Facebook.com/Sportpl ?

Dlatego w otoczeniu Franciszka Smudy nikt nie ośmieli się donieść, że powołanie do reprezentacji okrutnie potraktowanego przez los - a potem cudownie zmartwychwstałego - Marcina Wasilewskiego wymusili piłkarze. Usłyszymy co najwyżej, że trener twardziel wyszedł naprzeciw ich oczekiwaniom, z czego powinniśmy się - to już moja opinia - wyłącznie cieszyć. Po pierwsze, piłkarz, którego oczekiwania się spełnia, to piłkarz szczęśliwy, a piłkarzy szczęśliwych nigdy zbyt wielu, zwłaszcza przed wyzwaniami rangi mistrzostw Europy. Po drugie, nie mniej istotne, znienacka dowiedzieliśmy się, że Łukasz Piszczek - też okrutnie potraktowany przez los, źli ludzie dyskwalifikują go, bo przed kilkoma laty zrzucał się na łapówkę - ma jednak wartościowego zmiennika, a wartościowych zmienników również nigdy zbyt wielu, zwłaszcza w reprezentacji kraju wychowującego głównie graczy niedołężnych.

Smuda wypuścił też na boisko Patryka Małeckiego. Powołania nieuczesanego łobuza z Krakowa zażądali kibice, a jest oczywiste, że trener docenia ich kompetencje, skoro na wymarzone stanowisko w pewnym sensie to właśnie oni go wybrali, i to przez aklamację. Czy jednak wezwą wiślaka na kolejne zgrupowania, nie wiadomo. W meczu z APOEL-em Nikozja, podczas którego tłum wyraził swoje oczekiwania wobec Smudy, Małecki pomimo strzelenia zwycięskiego gola grał marnie, w piątkowym sparingu z Meksykiem też bezładnie miotał się po murawie. O ile zwolennicy zaproszenia Wasilewskiego błysnęli intuicją, o tyle czciciele talentu krakowskiego skrzydłowego mogli przeżyć dysonans poznawczy i dojść do wstrząsającego wniosku, że ich ulubieniec na razie nie dorasta do korków Błaszczykowskim, Mierzejewskim czy nawet chaotycznym Peszkom.

Słowem, nasi piłkarze rozpoznają klasę innych piłkarzy, celnie diagnozują potrzeby drużyny, umieją być jednocześnie twórcą i tworzywem. A swoje oczekiwania wyrażają nie tylko za zatrzaśniętymi drzwiami szatni - z zapamiętaniem ujawniają przemyślenia w mediach, by fani na bieżąco kontrolowali przebieg nieustającej burzy mózgów mającej doprowadzić nas do sukcesu (czytaj: uniknięcia wstydu) na Euro 2012.

Z wrogości do Manuela Arboledy gracze zwierzali się gromadnie i z rzadką w świecie futbolu radykalnością, więc temat jego naturalizacji i wszczepienia do reprezentacyjnej defensywy, do niedawna jeszcze ponoć nieuchronnej, ucichł niekoniecznie tylko z powodu kontuzji unieruchamiającej Kolumbijczyka na wiele miesięcy. W kwestiach najdonioślejszych, czyli taktycznych oraz logistycznych, wypowiadają się natomiast co znaczniejsi kadrowicze - przede wszystkim trio dojrzewające w Borussii Dortmund pod okiem profesora Jürgena Kloppa. Najchętniej wypowiadają się w prasie drukowanej, zatem Smuda może studiować rady do woli, po wielokroć wracając do lektury, by bez pośpiechu każde zdanie przesylabizować i logicznie rozebrać. Robert Lewandowski zaobserwował swego czasu - co wiemy z wywiadów dla "Gazety" oraz "Przeglądu Sportowego" - że reprezentacji "brakuje ustawienia" i przytomnie apelował do trenera, by plan gry wreszcie dostosować do predyspozycji zawodników. Piszczek dorzucał - to już na łamach "Gazety" - uwagi precyzyjniejsze, sugerując, iż piłkę częściej powinni rozgrywać defensywni pomocnicy, nad czym wcześniej i później kadrowicze obradowali na specjalnym posiedzeniu z selekcjonerem.

Wreszcie Kuba Błaszczykowski obsztorcował pomysłodawców wyprawy kadry na Daleki Wschód - rzeczywiście nonsensownej - co już dziś każe nam spodziewać się, że wyrządzi ona głównie szkody. Ognistego entuzjazmu do walki nie będzie, a do klubów piłkarze wrócą wymięci międzykontynentalnym gnieceniem się w samolotach. PZPN wmawia, że inaczej się nie da, że czasami w pogoni za sparingpartnerami trzeba oblatywać całą Ziemię, ale to bujda na resorach. Polacy tułali się przed chwilą także po Tajlandii i USA, tymczasem współorganizatorzy Euro Ukraińcy poza nasz kontynent nie wychynęli od czerwca 2006 roku, a w roku bieżącym grają niemal wyłącznie u siebie lub w sąsiedztwie (kolejno: w cypryjskich Paralimni i Nikozji, Kijowie, znów Kijowie, Doniecku, Charkowie, znów Charkowie, Pradze, Sofii, Tallinnie, Kijowie, Lwowie). Znów okazuje się, że kadrowicze marudzą z sensem.

Z sensem i bez pardonu. Nieczęsto się zdarza, by piłkarze opowiadali o innym piłkarzu, ich potencjalnym koledze z szatni, tak brutalnie jak nasi opowiadali o Arboledzie ("zachowuje się po chamsku"), jeszcze rzadziej zdarza się, by podwładni publicznie i niemal wprost podważali kompetencje szefa - choć tu już akurat mamy prawdziwy Wersal, nawet szczególnie przykre wytykanie selekcjonerowi taktycznej abnegacji odbywa się bez wulgaryzmów w poetyce Artura Boruca, który najlepszego fachowca w Polsce ostatnich 15 lat bezwstydnie przyrównywał do Nikodema Dyzmy.

W reprezentacji Polski obowiązują po prostu relacje partnerskie. Wyemancypowani kadrowicze krytykują, pozujący wcześniej na macho trener potulnie pouczenia znosi, efekty uderzają nawet po oczach nieuzbrojonych. Odkąd Smuda przystał na propozycję korekty ustawienia i 4-3-2-1 zmienił na 4-2-3-1, zasłużył wręcz na publiczne pochwały - napastnik Lewandowski posunął się do takiego nieumiarkowania w pochlebstwach, że po sparingach z Argentyną oraz Francją brawurowo rzucił, iż drużyna zagrała przyzwoicie taktycznie!

Żebyśmy mieli pełną jasność: Smuda wcale nie abdykował, ogon jeszcze nie macha psem. I być może nigdy nie pomacha, o ile naturalnie pies będzie cierpliwie wysłuchiwał, co ogon ma do przekazania, także przy świadkach wyposażonych w kamery, mikrofony, dyktafony. I o ile pies nie będzie szczekał, jeśli polskim piłkarzom akurat nie będzie chciało się gadać - jak w poniedziałek, gdy przebiegle uciekli przed dziennikarzami, bo wiedzieli, że nie znęca się nad nimi tyran, który wpada w furię, gdy zignorują fanów, i nie poinformują ich przed kamerami, iż w następnym meczu tradycyjnie dadzą z siebie wszystko. Oni w kadrze czują się coraz swobodniej, zwłaszcza ci zatrudnieni za granicą prawdopodobnie odpoczywają na zgrupowaniach od kieratu obowiązków klubowych i delektują się atmosferą poprawiającą się ze sparingu na sparing. A będzie jeszcze przyjemniej, idylli nie zakłócą przecież nawet nieudane dowcipy, skoro w reprezentacji wciąż przybywa patriotów posługujących się językami wyłącznie zagranicznymi.

Ci, którzy wierzą, że rola piłkarza musi sprowadzać się do karnego wykonywania rozkazów, niepokoją się albo wręcz panikują niepotrzebnie. Niech lepiej wspomną, że np. gwiazdy Chelsea do finału Ligi Mistrzów ten jedyny raz dokopały się - i pośliźnięcie Johna Terry'ego dzieliło ich od triumfu - właśnie wtedy, gdy stał nad nimi Avram Grant - trener figurant, notorycznie wykpiwany przez podwładnych w gazetach, w powszechnej opinii korzystający w szatni z każdej okazji, by pomilczeć. W teorii zarządzania szatnią niewiele jest prawideł absolutnych, których złamanie skazuje na klęskę.

PS Trenerze kochany, błagam, niech się pan znów nie obraża i nie gniewa, tym tekstem chciałem złożyć hołd dla pana trenerskiej elastyczności.

Podyskutuj o felietonie na blogu Rafała Steca

Więcej o: