Jacek Gmoch: Może wygramy we wtorek

Najbliżej pokonania Niemców byliśmy w 1978 roku podczas inauguracji mundialu w Argentynie, a nie cztery lata wcześniej w meczu na wodzie we Frankfurcie. Wystarczyło, żeby Jurek Gorgoń i Włodek Lubański wykorzystali okazje, które mieli... - mówi były trener reprezentacji

Jutro, na niespełna dziewięć miesięcy przed mistrzostwami Europy, Polska gra w Gdańsku z Niemcami najważniejszy mecz towarzyski w tym roku. Z Niemcami, z którymi nie wygraliśmy nigdy.

Jacek Gmoch był jednym z asystentów Kazimierza Górskiego, kiedy podczas mistrzostw świata w 1974 roku Polska przegrała z Niemcami 0:1 mecz decydujący o awansie do finału. Cztery lata później jego zespół zremisował z obrońcami tytułu 0:0 w spotkaniu otwierającym mundial w Argentynie.

Z 16 meczów z zachodnimi sąsiadami (nie licząc NRD) ledwie cztery zremisowaliśmy. Ostatniego gola strzelił im 31 lat temu Zbigniew Boniek w przegranym 1:3 meczu we Frankfurcie. Z żadną inną reprezentacją Polska nie ma tak fatalnego bilansu.

Robert Błoński: Dlaczego nigdy nie wygraliśmy z Niemcami?

Jacek Gmoch: Z sąsiadami, i to tak potężnymi, zawsze gra się trudno. Z Ruskimi też nam nie szło. Statystka trochę jednak przekłamuje, bo każdy mecz ma swoją historię. Najbliżej historycznego zwycięstwa byliśmy w 1978 roku. Wystarczyło, żeby Jurek Gorgoń i Włodek Lubański wykorzystali okazje, które mieli.

Mamy kompleks Niemców? Reprezentację III Rzeszy pokonał nawet Luksemburg. Polska z pięciu przedwojennych meczów zremisowała jeden - w Warszawie w 1936 r.

- Świetnie zmotywowani i perfekcyjnie zorganizowani Niemcy zawsze byli futbolowymi hegemonami. Śmialiśmy się, że przed wojną trenerem w każdej wiosce był miejscowy policmajster. Z futbolowej centrali dostawał program treningowy i organizował zajęcia. Frekwencja musiała być stuprocentowa, panowała dyscyplina. To im zostało do dziś. Nigdy nie grało nam się z nimi łatwo. Rzadko sprzyjały nam terminy meczów.

A jest jakiś korzystny termin "na Niemców"?

- Może wygramy we wtorek? W życiu może się zdarzyć wszystko.

Proszę opowiedzieć o swoich meczach z Niemcami. Najpierw o tym z 1974 roku.

- Trzy lata wcześniej w eliminacjach ME w Warszawie było 1:3, ale rewanżu pan Kazimierz omal nie wygrał. Skończyło się 0:0. Niedługo później na jego prośbę dołączyłem do sztabu.

W 1974 we Frankfurcie na przedmeczowej odprawie jako pierwszy głos zabrał ówczesny minister i prezes PKOl Bolesław Kapitan. Mobilizował piłkarzy tak: "Chcemy, żebyście zagrali pięknie, bo wierzymy, że potraficie. Ale nawet jak przegracie, nic się nie stanie". O ile mnie pamięć nie myli, za wygraną piłkarze mieli obiecane po 1,4 tys. dol., za porażkę... po tysiąc. Różnica więc nieduża.

W podobnym tonie co Kapitan odprawę poprowadził pan Kazimierz. Zareagowałem impulsywnie. Jak Rejtan. Przecież my musieliśmy tamten mecz wygrać! Niemcom do awansu wystarczał remis.

Moim zdaniem tamten mecz powinno się przełożyć. Zaklinałem, wręcz błagałem, pana Kazimierza, żeby nie godził się grać na nasiąkniętym jak gąbka boisku, ale presja mediów i działaczy FIFA była gigantyczna. Niemcy mieli powody, by się nas bać. Graliśmy ofensywnie, systemem 4-3-3, skrzydłami. Na suchym boisku szanse naszej husarii były ogromne, na mokrym malały.

Nie pamiętam jednej chwili zwątpienia. Na boisku drużyna pokazała, że walczy o wygraną. W decydujących momentach piłka stawała w kałuży, Jan Tomaszewski obronił karnego, ale gola strzelił nam Gerd Müller.

Cztery lata później w Buenos Aires pana reprezentacja zremisowała z Niemcami 0:0. To była chyba jedyna konfrontacja, przed którą mówiło się, że Polska jest faworytem.

- A, bo była. Wściekły trener Niemców Helmut Schön zarzucał nam później, że gramy antyfutbol. Zneutralizowaliśmy ich zupełnie, nie umieli znaleźć na nas sposobu. Wiedzieliśmy o nich wszystko. Jak to się mówi, znaliśmy nawet rozmiary ich butów. Byliśmy lepsi, mieliśmy więcej sytuacji.

Nie było to wielkie widowisko.

- A które mecze otwarcia wtedy, przy 16 drużynach, na MŚ były wspaniałe? Nie mogliśmy zagrać po frajersku, zaatakować i przegrać, a potem nie wyjść z grupy. To ja byłem odpowiedzialny za strategię meczu. Nikt mi się nie wtrącał, niczego nie dyktował. Pojawiły się pomówienia dziennikarzy, że to prezes Sznajder zasugerował wstawienie do składu Bońka. Bzdura. W tamtej kadrze to ja rządziłem od początku do końca.

Dlaczego uważa pan, że to wtedy, a nie w 1974 roku, Polska była najbliżej pokonania Niemców?

- Nie byli w stanie nas niczym zaskoczyć. Przed mundialem szesnastu polskich trenerów jeździło na ich mecze samochodami i w nich spało, bo nie było nas stać na hotel. Każdy odpowiadał za jednego zawodnika. Zapisywał każdy jego ruch na boisku. Trenerzy, pod kierownictwem Ryszarda Koncewicza i Tadeusza Forysia, stworzyli obiektywny i bardzo szczegółowy obraz niemieckiej potęgi. Udało nam się to, że z nami nie potrafili grać. Byli bezradni.

Był po meczu niedosyt?

- Słucham? Zapomniał pan, że Niemcy bronili wtedy tytuł mistrza świata? A my z nimi zremisowaliśmy, będąc lepszym zespołem. Mecz nie był porywający, ale celem był awans do drugiej rundy. Do dziś panuje opinia, że przed tamtym mundialem powiedziałem: "Jedziemy po mistrzostwo świata". G... prawda! Jedno wielkie przekłamanie! Nigdy tak nie powiedziałem! Oczywiście marzyłem o tym. Piłkarze też. Jak można nie mieć takich marzeń?

Tym bardziej że drużyna była bardzo dobra. Medaliści z Niemiec plus młodzi, jak Boniek czy Nawałka.

- O, kolejne przekłamanie! Nie chcę rozstrzygać, czy miałem lepszą drużynę od tej z 1974 roku, ale co się stało w 1976 roku? Drużyna pana Kazimierza i Andrzeja Strejlaua nie potrafiła wygrać meczu przez wiele miesięcy! [od października 1975 r. do maja 1976 r. siedmiu kolejnych spotkań. Przegrała sześć]. Atmosfera była fatalna! Wyglądało to tak, jakby wszystko się rozpadło.

Po igrzyskach w Montrealu w 1976 roku, gdzie - grając przeciw amatorom - zdobyliśmy srebrny medal, zostałem selekcjonerem. Budowałem drużynę od zera! Panowała opinia, że starsi się już skończyli, a młodych nie ma. Kilkanaście godzin namawiałem Bernarda Blauta i Ryszarda Kuleszę, świadkiem Henryk Loska, żeby ze mną współpracowali. Nie chcieli, bo nie wierzyli, że się uda! Górskiego zmieniono, bo wszyscy byli przekonani, że polska piłka się skończyła. Kto to odbudował, przywrócił reprezentacji blask?

Jednej rzeczy nigdy o mnie nie można było napisać: że jestem głupi. Bo tylko głupek mógł mówić, że jedzie do Argentyny po mistrzostwo świata. Która europejska reprezentacja wygrała mundial w Ameryce Południowej?

Żadna.

- Myśli pan, że o tym nie wiedziałem? Mundial to nie tylko futbol, ale także polityka i biznes.

We wtorek szanse są?

- Oczywiście. Piszczek zagra?

Nie.

- Szkoda. On, Błaszczykowski i Lewandowski to nasza "święta trójca". Ale jestem przekonany, że nie będziemy się wstydzili.

Niemcy to potęga, trzecia drużyna świata.

- A Portugalia nią nie była w 2006 roku, kiedy przegrywała z nami w Chorzowie? Nie demonizujmy. Może sędzia wyrzuci rywala z boiska...

A może strzelą samobója...

- Przed meczem nigdy nie wolno odbierać szans. Byłbym głupi, mówiąc, że jesteśmy faworytem. Ale jako trener mówię panu: takie mecze gra się świetnie. Znakomity rywal jest faworytem, więc musi. Każda dobra akcja zbuduje morale naszego zespołu. Jeśli Smuda coś uszczknie, może zostać bohaterem. To dobry moment na pokazanie, że umiemy grać z najlepszymi. Wierzę, że stać nas na to.

Co pan sądzi o drużynie Franciszka Smudy?

- Widzę postęp, "Franz" ustabilizował zespół. Piętą achillesową jest obrona. Ale drużyna zaczyna budować akcje od tyłu tak, jak wymaga tego nowoczesna piłka, po stracie stosuje presing, skraca pole. Niezła jest pomoc. Bardzo wierzę w Roberta Lewandowskiego. To mój sąsiad - ja z Pruszkowa, on z Leszna.

Więcej o: