Gieksa nabrała w Bielsku-Białej górskiego wiatru w żagle

Tego wieczoru na stadionie w Bielsku-Białej decydował ...wiatr. Padały niesamowite bramki, dzięki którym Gieksa ruszyła w stronę czołówki tabeli, a Podbeskidzie zaliczyło czwarty kolejny przegrany mecz u siebie.

Nad Bielskiem zerwał się w środę po południu wiatr. Nie był to zwykły wiatr, ten dmuchał spod Klimczoka, był silny i porywisty. Zaraz na początku meczu przewrócił ogromny reklamowy balon, który stał za bramką Podbeskidzia.

W pierwszej połowie wiatr z gór był sprzymierzeńcem gospodarzy. Wszystko wskazywało na to, że Podbeskidzie odmienił nowy trener. Tomasz Świderski, jeszcze dwa dni wcześniej nauczyciel wychowania fizycznego w jednej z bielskich podstawówek, zapowiedział, że tchnie w zespół nowego ducha. Tego wieczoru w I połowie Podbeskidzie grało rzeczywiście jak natchnione. Gospodarze strzelali z niemal każdej pozycji, egzekwowali kolejne rzuty rożne, próbowali szczęścia z rogów.

Gieksa wyraźnie przygaszona, z trudem przechodziła połowę boiska. Goście grali tę połowę pod wiatr, gospodarze zaś z wiatrem. Normalnie ni to uderzenie ni to dośrodkowanie Dariusza Kołodzieja w 34 minucie nie sprawiłoby żadnemu bramkarzowi kłopotów. Jednak podmuch wiatru sprawił, że piłka poleciała szybciej, była nieobliczalna. Skozłowała jeszcze przed Jackiem Gorczycą i wpadła w samo okienko. - To co wyprawiał wiatr, było niepojęte. Piłka była bardzo ciężka do obrony - wzdychał potem Gorczyca.

Podbeskidzie mogło w tej części strzelić jeszcze ze dwie bramki (dobre okazje Sylwestra Patejuka i Piotra Bagnickiego), ale marnowało sytuacje bądź na posterunku był Gorczyca.

Wydawało się, że po przerwie Gieksa się nie podniesie.Ale katowiczanie mieli nowego sojusznika: wiatr. Trener Adam Nawałka wspomniał, że to było większe zaangażowanie, jednak pierwsza bramka padła po strzale z ponad 40 metrów. Piłka leciała z wielką siła, nabrała rotacji i wpadła do siatki. Sześć minut później po kontrze prowadzenie dał Gieksie Kamil Cholerzyński, który wykorzystał sytuację sam na sam.

Wiatr znowu dał o sobie znać w 72 minucie - piłka wpadła do bielskiej siatki bezpośrednio po rzucie rożnym wykonywanym przez Grzegorza Goncerza. Gorczyca współczuł Miklerowi. - Piłka wyrabiała cuda, normalnie przy większości strzałów w życiu by tak nie leciała - kręcił głową golkiper katowiczan.

Goście mieli się z czego cieszyć, miejscowi zaś załamani opuszczali boisko. Nie zdążyli nawet podejść do swoich szalikowców. - Może obawiali się tego co usłyszą? Nie wierzę, że jesteśmy tak słabi. Coś z psychiką się nam zablokowało. Może potrzebny nam psycholog? - zastanawiał się obrońca Sławomir Cienciała.

Trener debiutant pomysł z psychologiem odłożył na później. - Teraz w ciągu tygodnia to nic nie da. Specjalista potrzebowałby dużo czasu, by poznać zespół, a my tego czasu teraz nie mamy - rozkładał ręce Świderski.

Zadeklarował, że w sobotę w meczu przeciw Sandecji na pewno będzie co najmniej jedna zmiana. - W bramce stanie Paweł Linka - obiecał.

Po środowym meczu katowiczanie mają tylko pięć punktów straty do wicelidera tabeli, a Podbeskidzie ledwie punkt przewagi nad strefą spadkową.

Podbeskidzie Bielsko-Biała - GKS Katowice 1:3 (1:0)

Bramki: 1:0 Kołodziej (34., z wolnego), 1:1 Kamiński (54.), 1:2 Cholerzyński (60.), 1:3 Goncerz (72., z rożnego)

Podbeskidzie: Mikler - Cienciała, Dancik, Konieczny Ż, Osiński - Świerblewski Ż (76. Rocki), Kanik, Kołodziej, Matawu, Patejuk (83. Malinowski) - Bagnicki (59. Matus)

GKS: Gorczyca - Cholerzyński Ż, Kamiński, Napierała, Niechciał - Goncerz (78. Pytlarz), Hołota, Siedlarz Ż (58. Sroka), Plewnia - Iwan, Kaliciak (86. Cieluch)

Sędziował: Sebastian Jarzębak (Bytom). Widzów: 1000.