Szalikowcy BKS-u Bielsko są sfrustrowani

Rywalizacja fanów Podbeskidzia i BKS-u toczyła się dotąd na murach miejskich budynków. Gdy niedawno wkradła się do niej przemoc, przy okazji na jaw wyszły jeszcze inne kibicowskie frustracje.

Kilka dni temu zamaskowani bandyci z szalikami BKS-u Stali Bielsko-Biała pobili młodych piłkarzy Podbeskidzia i ich rodziców. Cztery osoby trafiły do szpitala. Policja zatrzymała kilkunastu chuliganów. Oświadczenie w tej sprawie wydali przedstawiciele Podbeskidzia. "Apelujemy do kibiców i sympatyków klubu TS Podbeskidzie o rezygnację z jakichkolwiek działań, które mogłyby być odebrane jako próba odwetu. (...) Nie chcemy, by bandycki wyczyn, skierowany przeciwko naszym młodym zawodnikom, stał się powodem do rozkręcenia spirali przemocy na wzór innych miast" - można przeczytać w piśmie, które podpisali m.in. prezes Jerzy Wolas i trener Marcin Brosz.

Dzień później oświadczenie wydał BKS: "Nie każda osoba podająca się za kibica klubu jest nią w rzeczywistości. (...) Odcinamy się i potępiamy chuligańskie wybryki osiedlowych bandytów. Apelujemy do rodziców niepełnoletnich napastników o poświęcenie więcej czasu i uwagi swoim dzieciom".

- Kibice Podbeskidzia zachowują się poprawnie. Nie mamy z nimi problemów. Tymczasem szalikowcy BKS-u są pozostawieni samopas, klub z nimi nie rozmawia - twierdzi prezes Wolas. Czesław Świstak, od piętnastu lat prezes BKS-u, nie ma dobrego zdania o piłkarskich kibicach swego klubu. - Kontakt z nimi jest bardzo ograniczony. Są agresywni, zamknięci na wszelkie rozmowy. Teraz znów narobili nam wstydu - rozkłada ręce.

Aleksander Szendzielorz jest historykiem bielskiego sportu, autorem m.in. monografii siatkarskiej sekcji BKS-u. - Podbeskidzie powstało na bazie BBTS-u, a zwolennicy BKS-u nigdy nie kibicowali BBTS-owi. Dotychczas wojna klubów toczyła się na murach bielskich budynków, nie było jakichś poważniejszych starć między kibicami. To, co zrobiła łobuzeria BKS-u, jest straszne - kręci głową Szendzielorz.

Szalikowcy BKS-u sprawę widzą zupełnie inaczej. Udało nam się skontaktować z jednym z ich przywódców, który na mecze swojej drużyny chodzi od kilkunastu lat. Prosi, by nie ujawniać jego nazwiska. - Nie jest mi wiele wiadomo o tym, co się wydarzyło w sobotę. Badamy tę sprawę, nikt z naszych nie chce się do tego przyznać - mówi. - Ale dużo tu winy klubu. Mam wrażenie, że nasi działacze ucieszyli się nawet, gdy piłkarzom nie udało się ostatnio wygrać baraży o II ligę. Młodzi kibice są sfrustrowani, bo nie mogą się angażować w meczowe oprawy, a przez pseudodziałaczy czy firmę ochroniarską od razu są traktowani jak chuligani - żali się.

Szalikowcy mają pretensje do władz BKS-u, że piłkarzy traktują po macoszemu. - To prawda i wcale tego nie ukrywamy. Kluczową sekcją jest siatkówką, zaś piłkę trzymamy, bo to nasz obowiązek ze względu na bogatą tradycję - podkreśla prezes Świstak.

Kibic BKS-u pokazuje bogatą korespondencję prowadzoną z naczelnikiem sportu w bielskim magistracie. Zadaje w niej pytania o podział dotacji na sport w mieście, o to, czy stadion jest po równo użyczany klubom.

- Nie ma mowy o faworyzowaniu jednego z klubów. Oba są przez nas wspierane i traktowane równo. Oba na identycznych zasadach korzystają ze stadionu miejskiego, na którym rozgrywają mecze i mają identyczną liczbę zajęć treningowych - mówi Ryszard Radwan, naczelnik Wydziału Sportu UM w Bielsku-Białej.

Kiedy przed kilku laty w szyldzie siatkarskiego zespołu BKS-u pojawiła się nazwa sponsora, Aluprofu, szalikowcy rozpoczęli bojkot jego meczów. - Nie mamy nic do siatkarek, ale to piłka nożna jest prawdziwą tradycją klubu. Siatkówka stała się jednak oczkiem w głowie działaczy - wyjaśnia przedstawiciel kibiców.

Ostatnia napaść szalikowców BKS-u może mocno nadwerężyć i tak już trudną sytuację piłkarzy klubu. Jeden z kibiców napisał na internetowym forum: "To zdarzenie to może być gwóźdź do trumny dla piłkarskiej sekcji BKS-u. Bo kto zechce teraz zainwestować pieniądze w taki klub?".