Tajemniczy blondyn z czarnymi włosami - sylwetka Luisa Figo

- Gdybym nie był piłkarzem, to byłbym piłkarzem - powiedział kiedyś Luis Filipe Caeiro Figo. Gdy spojrzy się na jego dzieciństwo, łatwo zrozumieć, że nie miał wyjścia.

Tajemniczy blondyn z czarnymi włosami - sylwetka Luisa Figo

- Gdybym nie był piłkarzem, to byłbym piłkarzem - powiedział kiedyś Luis Filipe Caeiro Figo. Gdy spojrzy się na jego dzieciństwo, łatwo zrozumieć, że nie miał wyjścia.

Był 21 października 2000. Na Camp Nou 120 tys. osób zafalowało z wściekłości. Na boisko leciały zapalniczki, pomarańcze, plastikowe kubki. Pewien biznesmen cisnął nawet telefonem komórkowym. - Chciałem pokazać, że nie każdy jest materialistą jak on - tłumaczył potem. On, Luis Figo - "judasz", "zdrajca Katalonii" - wracał na Camp Nou w białej koszulce Realu. "Mamy miliard powodów, by cię nienawidzić" - napisali na transparencie kibice Barcy. Miliard? Właśnie tyle w pesetach dał za niego prezes Realu Florentino Perez. - Gdybym ujawnił prawdę, nikt więcej nie nazwałby mnie zdrajcą - burknął tylko Figo po najgorszym meczu w życiu. O jakiej prawdzie mówił?

Złamane serca

Zaczęło się jak zwykle, czyli od kłótni o wyższy kontrakt. Po Euro 2000 Figo powiedział jasno: - Jeśli jestem jednym z trzech najlepszych piłkarzy świata, chcę być w trójce najlepiej opłacanych. A tymczasem w Barcelonie wyższy kontrakt miał nawet Filip Cocu. Szefowie Barcy powiedzieli jednak "nie". Figo wybrał stary, sprawdzony sposób, z którego korzystali sławni gracze Realu Hugo Sanchez, Emilio Butragueno, a nawet wierny klubowi z Madrytu przez całe życie Manolo Sanchis. Aby zaszantażować prezesów Realu, fotografowali się w koszulkach Barcelony, po czym zdjęcia trafiały do prasy. I podwyżka była załatwiona.

Figo skorzystał z tego, że w Madrycie toczyła się właśnie kampania wyborcza kandydatów na prezydenta Realu. Florentino Perez rozpaczliwie szukał jakiegoś atutu, bo sondaże dawały mu nikłe szanse na zwycięstwo z rządzącym dotąd Lorenzo Sanzem. Piłkarz i działacz spisali tajne porozumienie, w którym Figo zobowiązał się do przejścia do Realu, jeśli Perez wygra wybory. Perez się jednak zabezpieczył. W umowie znalazł się punkt mówiący o tym, że jeśli Portugalczyk zmieni zdanie, na konto przyszłego prezydenta "Królewskich" będzie musiał wpłacić 28 milionów dolarów.

Figo chciał szantażować szefów Barcy, ale do głowy mu nie przyszło, że Perez może wygrać wybory. Gdy jednak ten obiecał fanom z Madrytu, że wydrze Barcelonie Portugalczyka, wybrali go. A Figo wybrał Madryt. Nowy szef zadłużonego Realu zgodził się zapłacić cenę zaporową - 56 mln dol. I Portugalczyk został najdroższym piłkarzem świata z pensją 5 mln dol. na rok.

Nie tylko ten transfer Figo przebiegał w atmosferze wojny. Złamał też serca fanom lizbońskiego Sportingu. W 1994 roku, kiedy targany wewnętrznymi konfliktami portugalski klub znalazł się w głębokim kryzysie, Figo postanowił odejść. Nie mógł wybrać gorszej chwili. Drużyna grała słabo, a kibice uważali, że jest jedynym piłkarzem, który mógłby odmienić jej los. Figo rozpoczął jednak pertraktacje z kilkoma zespołami i kibice Sportingu mogli odetchnąć z ulgą tylko z tego powodu, że znienawidzony rywal - Benfica - także nie potrafił sprostać jego wymaganiom. Na satysfakcjonującą go gażę mógł liczyć we Włoszech. Negocjował z dwoma klubami równocześnie i już po podpisaniu kontraktu z Juventusem postanowił przystać na propozycję Parmy, w której zarabiałby więcej. Tego tamtejsze futbolowe władze tolerować nie mogły. Ukarano go dwuletnim zakazem gry w Serie A.

Pojechał do Hiszpanii, w której Real Madryt przegrał bitwę o niego z Barceloną. Trener Realu Jorge Valdano był wściekły. Figo miał w nim zastąpić Michaela Laudrupa. - Johan Cruyff to najlepszy trener na świecie, a Barca to najlepszy klub - stwierdził jednak Figo. Podpisał kontrakt na dwa lata z opcją przedłużenia go o kolejnych pięć sezonów. Gdyby ktoś chciał go odkupić wcześniej, musiałby zapłacić ponad 56 mln dol. Wydawało się to niemożliwe...

W Barcy debiutował 9 września 1995 roku. I w cztery lata został centralną postacią zespołu.

Ucieczka od biedy

Urodził się 4 listopada 1972 roku w Lizbonie. Jest jedynakiem, pochodzi z bardzo biednej rodziny. Matka wypalała węgiel drzewny, ojciec w wieku 10 lat musiał rzucić szkołę, żeby pomagać w pracy dziadkowi Luisa. Pierwszą drużyną Figo była Os Pastilhos, ale ponieważ straciła boisko, Luis przeszedł do Sportingu Lizbona. Codziennymi wyprawami na treningi (promem przez Tag, a później autobusem) przekonywał o uporze w dążeniu do celu. Był chudzielcem, kanapki od matki zostawiał na klatce bloku, w którym mieszkał. Miał wtedy 12 lat i blond włosy, co, gdy patrzy się dziś na jego kruczoczarną czuprynę, wydaje się czymś niepojętym. Ale Figo zmienił się jak kameleon. Nie tylko fizycznie.

Jaki jest dziś portugalski milioner? Czyta tylko gazety, lubi zespół Queen, pieczonego kurczaka lub kaczkę, o coca-coli mówi, że to najlepszy napój świata. Uwielbia kino akcji, do teatru nie chodzi, jego ulubione miasto to Chicago, sportowiec - Michael Jordan. A samochód - ferrari, koniecznie czerwone. W lipcu ożenił się ze szwedzką modelką Helene Svedin, która specjalizuje się w reklamowaniu strojów kąpielowych. O Luisie Figo mówi się również, że nie włoży niczego, co nie pochodziłoby z salonów Armaniego, Gucciego czy Versace. A więc robi wszystko, żeby i poza boiskiem być wzorem elegancji. Kolekcjonuje nie tylko futbolowe trofea, ale i sztukę abstrakcyjną. Tylko w propozycjach reklamowych nie przebiera. Na billboardach i w telewizji zachwalał już kilkanaście produktów, od zegarków po jogurty. I lubi spać. - Dobry sen to najlepszy sposób, by dobrze zacząć dzień - mówi. U fryzjera potrafi spędzić kilka godzin.

W wieku 17 lat debiutował w I lidze portugalskiej. W ciągu pięciu sezonów rozegrał w Sportingu ponad 100 ligowych spotkań, zdobył 16 goli, z tego 15 w dwóch ostatnich latach. W reprezentacji Portugalii wystąpił po raz pierwszy już w 1991 roku w spotkaniu z Luksemburgiem (1:1). Wcześniej podbił świat w reprezentacjach młodzieżowych, dla których strzelił 16 goli. Był mistrzem Europy do lat 16, wicemistrzem do lat 18, mistrzem świata do lat 20 i wicemistrzem Europy do lat 21.

Kiedy zdobył tytuł mistrza świata do lat 20, rząd portugalski zwolnił go ze służby wojskowej. Jego talent rozwijał się prawidłowo, ale mimo że deklarował się jako człowiek zespołu, największe sukcesy odnosił indywidualnie. W 1994 roku został wybrany na najlepszego piłkarza Portugalii. Potem ten tytuł zdobywał jeszcze pięć razy. Rozstrzygnięto już spór, kto jest lepszy - Figo czy Eusebio, legendarna "Czarna Perła z Mozambiku", król strzelców MŚ w 1966 roku. Oczywiście na korzyść skrzydłowego Realu.

W 1999 roku w plebiscycie "France Football" na najlepszego piłkarza zajął piąte miejsce, rok później już zdobył Złotą Piłkę, a w rankingu FIFA (głosują trenerzy reprezentacji) ustąpił tylko Zinedine'owi Zidane'owi. Teraz znów został nominowany przez francuski tygodnik, zaś w lidze hiszpańskiej co roku częściej trafia do siatki (od sezonu 96/97 w kolejnych strzelił odpowiednio cztery, pięć, siedem, dziewięć i 13 goli) i nikt nie dorównuje mu pod względem asyst. W Madrycie porównuje się już go z piłkarzem wszech czasów "Królewskich" Alfredo di Stefano.

"Ocenia siebie jako lubiącego grać dla zespołu i podporządkowanego jego interesom. Ale Figo to wielki indywidualista. Siła fizyczna połączona z niespotykaną techniką pozwala mu bez wysiłku zniechęcić do gry lewego obrońcę. Porusza się elegancko, w jego dryblingach nie ma cienia chaosu. A jego podania są wręcz przesadnie precyzyjne. Można powiedzieć, że są synonimami gola" - pisano o nim w Hiszpanii.

Te wszystkie pochwały i honory przypadły piłkarzowi niemal bez sukcesów w dorosłej piłce. W finałach mistrzostw świata zagra dopiero za pół roku. Największym sukcesem Portugalii z Luisem Figo w składzie jest półfinał Euro 2000. Nigdy nie wygrał Ligi Mistrzów, z Barceloną zdobył tylko Puchar Zdobywców Pucharów i tytuły mistrza kraju. Z Realem był dotąd mistrzem Hiszpanii. Rok 2002 ma być przełomowym. Real jest stuprocentowym faworytem w Champions League. - Marzę o złotym medalu mistrzostw świata - mówi Figo. Najpierw na jego drodze staną USA, Polska i Korea.

Rafał Stec,

Dariusz Wołowski