Przed klasykiem europejskiej piłki: Real Madryt - Barcelona

Ile może być meczów stulecia? Hiszpanie przekonują, że co najmniej dwa w roku. Gdy Real gra z Barceloną.

Przed klasykiem europejskiej piłki: Real Madryt - Barcelona

Ile może być meczów stulecia? Hiszpanie przekonują, że co najmniej dwa w roku. Gdy Real gra z Barceloną.

Czy mieszkańcy Półwyspu Iberyjskiego przesadzają, bo mają bzika na punkcie futbolu? Być może, ale fakty przemawiają za nimi.

Real Madryt:

1. Dysponuje potencjalnie najgroźniejszym kwartetem ofensywnym na świecie: Roberto Carlos - Zidane - Figo - Raul (ten pierwszy to obrońca, ale najbardziej niebezpieczny jako lewoskrzydłowy);

2. Jedyny klub w historii, który ma w składzie równocześnie dwóch laureatów plebiscytu FIFA na najlepszego piłkarza świata (Zidane, Figo);

3. Jedyny klub, który wywalczył tytuł najlepszego w Europie (półtora roku temu), mając ćwierć miliarda dolarów długów;

4. Wybrany przez FIFA na "klub XX wieku";

5. Jedyny klub, który strzelił 700 goli w europejskich pucharach.

Barcelona:

1. Grało w nim najwięcej - bo aż czterech z dziewięciu - zwycięzców wspomnianego plebiscytu FIFA na gracza roku (Romario, dwukrotny laureat Ronaldo, Rivaldo, Figo);

2. Jeden z najbogatszych klubów świata, mimo że tradycję i "świętość" barw przedkłada nad racje ekonomiczne - piłkarze grają bez logo sponsora na koszulkach;

3. Od lat regularnie ściąga najwybitniejszych w danym momencie piłkarzy z kontynentu, na których futbol jest sztuką - Maradona, Romario, Ronaldo, Rivaldo, a teraz kandydat na ich następcę - Javier Saviola.

Real i Barcelona:

ich roczne budżety to łącznie około 900 milionów dolarów - bogatszego duetu nie ma w żadnej lidze świata.

Europa do drugiej ligi

Wszystko by się zatem zgadzało, gdyby nie tabela ligi hiszpańskiej. Pozycję Barcelony można jeszcze przyjąć z umiarkowanym zrozumieniem - nie ma co prawda gigantycznej przewagi nad średniakami (każde katalońskie dziecko wie, że powinna), ale jest wiceliderem, z punktem straty do Deportivo. Cała Europa duma natomiast nad losem Realu - obrońcy trofeum wzmocnieni najdroższym piłkarzem w dziejach niedawno wydobyli się ze strefy spadkowej.

Pobieżna analiza pokazuje, że "Królewscy" to tej jesieni zespół paradoksów. W lidze gubią punkty z kim popadnie, mimo że mają w składzie Zidane'a. Przez Champions League szli jak burza, ale tylko dopóty, dopóki piłkarz roku 2000 odbywał karę za czerwoną kartkę w poprzedniej edycji. A kiedy Francuz wrócił... zdobyli ledwie punkt w dwóch meczach! Jeszcze bardziej zdumiewają wyczyny defensywy. Kiedy wszyscy najważniejsi piłkarze tej formacji są w pełni sił, Real traci mnóstwo goli. Kiedy trzeba ich zastąpić młodzieńcami z rezerw (Pavon, Bravo) albo nominalnym pomocnikiem Ivanem Helguerą, traci ich mniej. A jeśli nawet rywale trafiają do siatki, to obrońcy trofeum przynajmniej wygrywają mecze.

Trzeci paradoks: wśród czołowych zespołów Europy nie ma takiego, w którym różnica umiejętności dzieląca najlepszych i najsłabszych piłkarzy podstawowej jedenastki byłaby tak wielka jak w Realu. Obok genialnych pomocników biegają tacy przeciętniacy jak Michel Salgado czy Aitor Karanka, o którym mówi się we Włoszech, że nadałby się najwyżej do Serie B (na szczęście ostatnio nie gra). To już jednak banał, że w Hiszpanii liczy się tylko atak. Kilka dni temu szefowie Milanu zdradzili, że Real, zespół z defensywą jak bomba zegarowa, złożył latem "nieziemską ofertę" za supersnajpera Andrija Szewczenkę...

Czy jednak rzeczywiście postawa "Królewskich" urąga logice? Byłoby tak, gdyby przywiązywać się do nazw. Szyld "Liga Mistrzów" wskazuje, że w tych rozgrywkach uczestniczą najlepsi w Europie, dlatego w nich teoretycznie o każdy punkt powinno być ciężej niż w kraju. Prawda jest inna. To mecze w Primera Division są większym wyzwaniem, co potwierdzają zresztą sami piłkarze z Madrytu. Niektórzy z nich twierdzą nawet, że ani Anderlecht, ani moskiewski Lokomotiw (ich niedawni rywale w LM) nie mieliby szans na utrzymanie się w Primera Division. Poza tym hiszpańskie kluby są oswojone z potentatami, a dla Rosjan wyjazd do Madrytu jest jak starcie z rozjuszonym bykiem dla tych, którzy korridę widzieli tylko w telewizji.

Bez Rivaldo i Roberto Carlosa

W Katalonii kłopoty odwiecznego rywala przyjmuje się z tym większą satysfakcją, że za Barcę kibice wreszcie nie muszą się wstydzić już w pierwszej połowie sezonu. Jesienią ub.r. chlubie regionu nie udało się nawet przejść pierwszej rundy Ligi Mistrzów, bo przeszkodą nie do przebycia okazał się debiutujący w rozgrywkach Besiktas Stambuł. Teraz awans zapewnili sobie szybko, a trio Rivaldo-Kluivert-Saviola (miał przeciwstawić się ofensywnemu tercetowi Realu) zgrywa się z meczu na mecz - w ostatnim współpraca tych piłkarzy przyniosła trzy gole strzelone rewelacyjnie spisującemu się beniaminkowi z Sewilli. Do Savioli, wciąż niespełna 20-letniego napastnika, z wolna przekonuje się nawet trener Carles Rexach, do niedawna sadzający go na ławce i tłumaczący, że "nie był on liście jego życzeń". I trudno się dziwić, że zmienia zdanie. Statystyka (patrz ramka) pokazuje, że Argentyńczyk trafia do siatki za każdym razem, gdy dostaje szansę gry przez 90 minut.

W Barcelonie zapanowała atmosfera wręcz idylliczna, więc prezes Joan Gaspart może się poświęcić temu, co opanował do perfekcji - prowokowaniu. - Real w drugiej lidze? Eeech, chyba wolałbym wygrać Champions League - ze złośliwym uśmiechem komentował kilka dni temu wyniki rywali. Jedyne, co może psuć nastrój jemu i Rexachowi, to plaga kontuzji (m.in. Sergi, Abelardo, Patrik Andersson, Fabio Rochemback, Luis Enrique), które na razie jednak na grę zespołu ujemnie nie wpływają. W niedzielę zabraknie też prawdopodobnie powołanego do kadry Brazylijczyka Rivaldo (znów wybuchła awantura, bo tylko europejskie terminy terminy FIFA nie kolidują z interesami klubów), ale jego brak powinna zrekompensować nieobecność w Realu innego reprezentanta "Canarinhos" Roberto Carlosa.

Gwiazdy nie od harówki?

I jeszcze jedno. Jeśli w drużynie jest jeden gwiazdor, pozostałych dziesięciu musi "gryźć trawę", jeśli chce dorównać mu sławą. Jeśli ich przybywa, maleje liczba harujących na każdym metrze boiska. W Realu gwiazd jest bez liku, dlatego "Królewscy" mogą mieć kłopoty z mobilizacją. Figo nie musi przekonywać o swojej wielkości w meczu z każdym słabeuszem, wystarczy, że będzie się mobilizował na najważniejsze wieczory (vide wyjazdowe zwycięstwo nad Romą w Champions League). Być może Barcelonie idzie na razie lepiej m.in. dlatego, że ma więcej zawodników na dorobku. Przecież Saviola, Geovanni, Xavi, Puyol czy Gerard dopiero pracują na swoją markę.

W niedzielny wieczór te rozważania nie będą miały żadnego znaczenia. Nie ma lepszej od "meczu stulecia" okazji dla wschodzącej gwiazdy, by nabrać pełnego blasku, a dla wybitnego piłkarza, by się skompromitować.

Rafał Stec

Transmisja - niedziela, Canal+, 19.55