Dzioba nie zadziera

Kiedy miał 13 lat, zaczynał w trzecioligowej Concordii Knurów. Latami ?grzał jej ławę?. O mało co nie został górnikiem. Dziś Jerzy Dudek jest jednym z najlepszych bramkarzy świata - pisze Paweł Czado

Dzioba nie zadziera

Kiedy miał 13 lat, zaczynał w trzecioligowej Concordii Knurów. Latami "grzał jej ławę". O mało co nie został górnikiem. Dziś Jerzy Dudek jest jednym z najlepszych bramkarzy świata - pisze Paweł Czado

Jerzy Dudek zarabia około 30 tys. funtów tygodniowo (180 tys. złotych). To najwięcej ze wszystkich polskich piłkarzy. Jest bramkarzem reprezentacji Polski i słynnego angielskiego klubu FC Liverpool. W przyszłym roku zagra na mistrzostwach świata w Japonii i Korei Południowej.

Jan Tomaszewski - bramkarz, "który zatrzymał Anglię" na Wembley w 1973 r. - wierzy, że już wkrótce 28-letni Dudek będzie najlepszy na świecie: - Kiedy pięć lat temu Dudek przechodził do Feyenoordu Rotterdam, stwierdziłem, że Jurek jest najlepszy w Polsce, wszyscy się ze mnie śmiali. A przecież szczyt kariery jeszcze przed nim.

Wysoki, szczupły, zawsze uśmiechnięty. Nikomu nie odmówi autografu, chętnie pozuje do zdjęć. Wzbudza sympatię nawet wtedy, gdy puszcza gole. W zeszłym roku Polska przegrała z Francją 0:1 po celnym strzale Zinedine Zidane'a. Była przedostatnia minuta. Kamera zrobiła najazd na Dudka i jego pełne rozpaczy "k... mać" czytała z ruchu ust cała Polska.

Spotkaliśmy się w przeddzień ostatniego meczu eliminacji mistrzostw świata z Ukrainą w katowickim hotelu Novotel-Rondo. Chętnie przystał na rozmowę, był lekko zmęczony po podróży z Warszawy. Czekał na rodzinę, a ta - na moje szczęście - się spóźniała.

Opowiedz synku o kazaniu

W czym tkwi tajemnica sukcesu Jurka? Młodszy brat Dariusz, piłkarz pierwszoligowej Odry Wodzisław, uważa, że w opanowaniu i w konsekwencji: - On zawsze wytycza sobie nowe cele. A kiedy je osiąga - zaczyna marzyć o następnych.

Dudek rzadko traci panowanie nad sobą. - Trener może na mnie krzyczeć, wyzywać od najgorszych, a moją metodą na to jest uśmiech. Niektórych to denerwuje, ale my z bratem mamy taki charakter - mówi bramkarz.

Ich ojciec był kombajnistą w kopalni Szczygłowice (dziś ma 55 lat i jest na rencie). Pensja Andrzeja Dudka musiała wystarczyć żonie na wychowywanie trzech synów: Jurka (rocznik 1973), Darka (1975) i Piotra (1984). - Nie było łatwo, ciułałam grosz do grosza - wspomina matka bramkarza.

- Nie było kokosów, ale tata zarabiał tyle, że mogliśmy normalnie żyć. Byliśmy zwykłą rodziną: ani lepszą, ani gorszą od innych - podkreśla Dariusz Dudek.

Renata Dudek trzymała chłopaków krótko.

- Jurek jest niezwykle skromny i dobrze ułożony. Ma "kindersztubę" - mówi z uznaniem trener Antoni Piechniczek.

Matka pilnowała, żeby synowie chodzili do kościoła: - Byłam tak wyuczona, więc chciałam, żeby i synowie wyrośli na katolików. 17-letni Piotrek jest dzisiaj ministrantem, gra w kościele na organach.

Jerzy, kiedy wychodzi na boisko, zawsze robi znak krzyża: - Jestem wdzięczny rodzicom, że wychowali nas po katolicku.

- Nie zdarzyło się Panu przysnąć na kazaniu?

- Nie. Po kościele mama wypytywała, co ksiądz powiedział. Sprawdzała, czy byliśmy na mszy.

Dudek rozdaje kopniaki

Dudkowie wychowali się na górniczym osiedlu w Szczygłowicach - południowej dzielnicy Knurowa (spółdzielcze M-4 rodzina Dudków wykupiła na własność w zeszłym roku). Mieszka tu niespełna 5 tys. ludzi. Blokowisko powstało pod koniec lat 70., kiedy wybudowano kopalnię. Teraz słychać tutaj ciągłe libacje, awantury i bójki.

- Mieszka tu dużo chuligaństwa. Jest też duże bezrobocie. Wielu ludzi musiało ostatnio odejść z kopalni - mówi Wojciech Kołodziej, zastępca komendanta policji w Knurowie. W tym roku (do końca sierpnia) policja zanotowała 32 włamania, 22 kradzieże, 3 bójki i 3 rozboje.

Jerzy Dudek: - W tej dzielnicy nigdy nie było łatwo żyć. Wielu moich kolegów z podwórka miało kłopoty z policją. Przyjaciel ze szkolnej ławki był kilka razy karany. Choć Szczygłowice są dzielnicą Knurowa, to u nas nikt nie powie, że mieszka w Knurowie, tylko że w Szczygłowicach. Młodzież z centrum Knurowa i Szczygłowic nie przepada za sobą. Zdarzały się bójki.

Z czego to wynika? - W Knurowie mieszkają Ślązacy, a w Szczygłowicach - ludność napływowa [tzw. gorole - red.]. Kopalnia w Szczygłowicach powstała w latach 60., wcześniej były tu lasy i łąki - wyjaśnia Bogusław Wilk, dziennikarz knurowskiego "Przeglądu Lokalnego".

Matka Dudka jest rodowitą Ślązaczką, pochodzi spod Rybnika. Ojciec przyjechał z Wałbrzycha.

Jeszcze w podstawówce Jurek zo-stał szalikowcem Górnika Zabrze: - Mama kolegi z klasy szyła nam klubowe szaliki i swetry, w czerwono-biało-niebieskich barwach.

W latach 1985-88 Górnik był najlepszy w Polsce. - Łatwo wygrywał, więc na meczach nie było wielkich emocji. Większe atrakcje zdarzały się po meczu. Kiedy na dworcu w Zabrzu uciekał nam bezpośredni autobus do Szczygłowic, musieliśmy jechać do Gliwic i tam czekać na przesiadkę do Knurowa. To było wyzwanie - uśmiecha się.

Szalikowcy Górnika i Piasta Gliwice nienawidzą się od lat. - Zdarzało się, że wysiadaliśmy w Gliwicach z autobusu, a ci z Piasta na nas już czekali. Czasem mocno obrywaliśmy, zdarzały się srogie kopniaki - przyznaje Dudek. - Ale kiedy zdecydowałem, że wybieram piłkę, zerwałem z tym.

Dudek dalej jeździł na mecze Górnika, ale wcześniej wychodził z domu, by zdążyć na rozgrzewkę bramkarzy. Podglądał, jak ćwiczą Józef Wandzik, Marek Bęben.

Górnicy byli wściekli

Renacie Dudek mecze kojarzą się wyłącznie z praniem dresów i tenisówek. Jej synowie do nocy ganiali za piłką. - Po szkole rzucali torby i na boisko. Musiałam ich szukać wieczorami - wspomina matka chłopców. - Kiedy mąż przynosił z kopalni nowe ubranie robocze, od razu ginęły mu rękawice. Jurek je podbierał.

Pierwszy raz "na poważnie" zaczął myśleć o bramce w czwartej klasie: - Mieliśmy stworzyć drużynę sparingową dla pięcioklasistów. Na podwórku grałem jako bramkarz, więc teraz też stanąłem w bramce. Ale w siódmej klasie opuścił ją. - Doszło do połączenia drużyn z klasy 7 i 8 w reprezentację szkoły. Uznano, że na bramce stanie chłopak z 8 klasy. Nie chciałem marnować czasu na ławce. Przez rok grałem jako lewy obrońca.

Potem znów stanął na bramce. Po udanej interwencji koledzy wołali na niego nazwiskiem jakiegoś sławnego bramkarza. - Kiedy udało mi się daleko wyrzucić piłkę, wołali na mnie "Szmajchel" [Peter Schmeichel, bramkarz reprezentacji Danii i Manchesteru United, jego ojciec jest Polakiem - red.]. Kiedy popisałem się refleksem przy obronie silnego strzału byłem "Degejem" [Holender Ed de Goey, właśnie jego Dudek zastąpił w Feyenoordzie - red.]

W wieku 13 lat Jurek rozpoczął treningi w trzecioligowej Concordii Knurów. Pięć lat później był w drużynie dopiero czwartym bramkarzem. - Mało brakowało, by działacze się mnie pozbyli.

Renata Dudek: - Miał momenty załamania, kiedy w Concordii nie płacili. Nie wiedział, co robić dalej. Skończył przecież szkołę górniczą, chyba poszedłby do kopalni. Kiedyś z koleżanką zjechałam na dół na wycieczkę. Byłam ciekawa, jak pracuje mąż. Byłam przerażona! Nie chciałam, żeby Jurek spędził tak całe życie.

Jeden z działaczy przekonał trenera, żeby dał szansę młodemu bramkarzowi. Dudek dostał ostatni wolny etat w kopalni Szczygłowice (w latach 60. na etatach w tej kopalni byli m.in. Włodzimierz Lubański i Stanisław Oślizło, sławni piłkarze Górnika Zabrze i reprezentacji Polski).

- Pieniądze odbierałem w kasie razem z górnikami. Niektórzy byli wściekli, że harują na dole, a my dostajemy pieniądze za nic. Mnie też było głupio, że zarabiałem więcej niż mój ojciec pracujący w kopalni od lat - opowiada Dudek.

Gierkowskie eldorado

To prawda: na Śląsku górnicy krzywo patrzą na piłkarzy. Zwolnienie z etatów kopalnianych setek sportowców, trenerów i działaczy było jednym z żądań górników strajkujących w 1980 i 1981 roku. Podobnie podczas strajków w 1988 r.

Ale nie zawsze tak było. Po wojnie kopalnie pompowały w sport ogromne pieniądze, więc sukcesów nie brakowało. Górnicy byli dumni ze sztandarowego śląskiego klubu Górnika Zabrze (w latach 1957-88 zdobył 14 tytułów mistrza kraju, w 1970 roku jako jedyny polski klub doszedł aż do finału Pucharów Zdobywców Pucharów, gdzie przegrał z Manchesterem City 1:2).

Za Gierka były pieniądze na wszystko: na mieszkania dla sportowców, na premie za wyniki. Setki sportowców i działaczy miało dołowe etaty, chociaż przodka nigdy nie widzieli na oczy.

Gdy upadał komunizm, pieniądze na sport i fikcyjne etaty się skończyły. Dzisiaj na Śląsku prawie wszystkie kluby klepią biedę. Tylko w czołowych śląskich klubach - Górniku Zabrze i GKS Katowice rozstanie z kopalniami przebiegło łatwo: pieniądze zaczęły płynąć ze sprzedaży najlepszych zawodników na Zachód, znaleźli się też sponsorzy. GKS zarabiał na szyciu odzieży, kładzeniu kabli energetycznych i ściąganiu od firm pieniędzy za dostarczony przez kopalnie węgiel.

Inne kluby sobie nie poradziły: upadło Zagłębie Sosnowiec, podupadły GKS Jastrzębie, Szombierki Bytom, GKS Tychy i ROW Rybnik. Ostatnim klubem, który zdobył mistrzowski tytuł, był Ruch Chorzów w 1989 roku. Dziś w reprezentacji Polski nie ma ani jednego piłkarza ze śląskiego klubu.

Wystarczyłby jeden procent

W Concordii Knurów, pierwszym klubie Jerzego Dudka, bieda aż piszczy. Helmut Sobocik, 67-letni emeryt, p.o. prezesa, częstuje herbatą i narzeka na zły los. Kiedy przypomina sobie o Dudku, krew go zalewa. Zaciska zęby i psioczy na poprzednich prezesów: - Żaden z nich nie pomyślał, że kiedy Concordia sprzedawała Dudka, można było zarobić. Gdyby w umowie znalazł się zapis, że od każdego kolejnego transferu mamy jeden procent, bylibyśmy ustawieni na kilka lat - wzdycha Sobocik.

Concordia sprzedała Dudka w marcu 1996 r. do Sokoła Tychy, a już sześć miesięcy później wykupił go holenderski Feyenoord za 100 tys. dolarów. Latem tego roku Liver- pool dał za niego klubowi z Rotter- damu 5 mln funtów. 1 proc. z tej sumy to ponad 340 tys. złotych.

- Z tego można by utrzymać klub co najmniej przez trzy lata - łapie się za głowę Sobocik. Ale nie ma racji, narzekając na poprzedników. Kiedy działacze Concordii sprzedawali Dudka do pierwszoligowego Sokoła Tychy, zastrzegli 40 proc. od kolejnego transferu. Pół roku później klub z Tychów powinien płacić Concordii 40 tys. dolarów. Nie zdążył: wkrótce zbankrutował.

Dziś Concordia ma tylko dwie piłki, meblościankę, na której stoi parę pucharów, puste konto i księgową - panią Kasię, której płaci 560 zł. No i jest jeszcze kilkanaście tysięcy złotych długu. - Na szczęście stadion utrzymuje miasto. My nie dalibyśmy rady - przyznaje Sobocik.

Po spadku z drugiej ligi od klubu odwrócili się kibice. Dawniej na stadion Concordii przychodziło kilka tysięcy ludzi. Teraz na mecz z liderem trzeciej ligi Lechem Sulechów sprzedano 64 bilety. - Nie zebrało się nawet 200 zł. Byliśmy w szoku. Nie było z czego opłacić sędziów (główny - 600 zł, liniowi - po 500 zł). Musieliśmy pożyczyć - wzdycha Sobocik, gładząc krawat z wyszytym herbem Concordii.

Knurowscy piłkarze grają za darmo. Rok temu klub dał im wypowiedzenia. Kilku zawodników pracuje już na budowie, niektórzy w prywatnych firmach.

Waldemar Pindur, kapitan i jeden z najlepszych piłkarzy Concordii, który grał z Dudkiem w jednej drużynie, zaczepił się jako konserwator w Miejskim Ośrodku Sportu i Rekreacji. Czyści okna, kosi trawę. Na rękę dostaje prawie 1000 zł. Musi z tego utrzymać syna i bezrobotną żonę. Na boku nie dorobi, bo po pracy trzeba potrenować, żeby utrzymać formę. Pindur przerywa skrobanie okien przed malowaniem: - Jest coraz gorzej i nie ma nadziei na lepsze jutro - narzeka. - Mam już 31 lat i nowego klubu nie znajdę.

Od czasu do czasu zawodnicy Concordii buntują się, że klub nie wy- płaca im premii za zwycięstwo (nagrodą za remis jest uścisk dłoni prezesa). Helmut Sobocik bezradnie rozkłada ręce: - To tylko 2000 zł do podziału, trochę ponad 100 zł na łebka, ale nawet tego nie mamy.

Pindur dobrze życzy Dudkowi: - Jurek miał mnóstwo szczęścia, ale to nie wszystko. Pamiętam, że miał wielki zapał do pracy, zostawał po treningach, żeby jeszcze poćwiczyć.

Sobocik: - W życiu nie powiedziałbym, że zrobi taką karierę.

Dudek pytany o Concordię uśmiecha się: - Mam sentyment do tego klubu. Wiem, że ma kłopoty. Kto wie? Może kiedyś zostanę prezesem i współwłaścicielem Concordii?

Sobocik: - Jurek naszym prezesem? To zbyt piękny sen, żeby się ziścił. Nie wierzę.

Dwie wypłaty

Właścicielem pierwszoligowego Sokoła Tychy, który pierwszy wykupił Dudka, był Piotr Buller. Pochodzący z Piły biznesmen dorobił się na handlu węglem z Ukrainą. Buller marzył o występach w europejskich pucharach. Na mecze do Tychów przyjeżdżali m.in. ks. prałat Henryk Jankowski (przed jednym z meczów wręczył piłkarzom pamiątkowe medaliki) i ambasador Ukrainy Petro Sardaczuk. Szybko jednak okazało się, że Sokół to kolos na glinianych nogach. - Eksport węgla siadł i Ukraińcy przestali płacić - skarżył się Buller.

Dudek grał pół roku w Tychach, ale dostał tylko dwie wypłaty. - Ale kłopoty finansowe Sokoła wcale tak bardzo mu nie przeszkadzały - mówi Edmund Mikołajczak, ówczesny kierownik drużyny, dziś nauczyciel wf w jednej z będzińskich podstawówek. - Chciał grać w pierwszej lidze, chciał się wypromować. Kiedy negocjacje z Concordią przeciągały się, był zrozpaczony. Powiedział mi: panie Edku, jeśli będę musiał wrócić do Concordii, to już wolę rzucić rękawice w kąt i pójdę do kopalni.

W Sokole tak bardzo brakowało pieniędzy, że działaczy nie stać było po treningu na taksówkę dla Dudka. Klub rozleciał się z hukiem w kwietniu 1997 roku. Ale Dudka już tam nie było. Rozegrał 15 meczów, po czym podpisał sześcioletni kontrakt z Feyenoordem Rotterdam.

Don't worry Jurek

- Moja przygoda z Feyenoordem zaczęła się bardzo śmiesznie - wspomina Dudek. Jako piłkarz Sokoła pojechał na obóz do Holandii. Przed jednym ze sparingów okazało się, że zapomniał stroju. Gospodarze pożyczyli mu koszulkę Feyenoordu. - Od razu zrobiłem sobie kilka pamiątkowych zdjęć. Mam je do dziś. Nie przypuszczałem, że pół roku później będę grał w tym klubie - opowiada Dudek. Podczas obozu wpadł w oko działaczom holenderskim. Negocjacje trwały pół roku. Feyenoord za- płacił 100 tys. dolarów.

Pierwszy rok przesiedział na ławce rezerwowych, bo numerem 1 był Ed de Goey. Dopiero kiedy odszedł do Chelsea, Dudek wszedł do bramki i szybko zachwycił holenderskich kibiców. W Rotterdamie szybko powstał fanklub Dudka założony przez Koosa de Bie, Holendra ożenionego z Polką z Olsztyna.

- Cały Rotterdam oszalał na punkcie Dudka - opowiada Małgosia, która pracuje w Holandii jako baby--sitter. - Kiedy ludzie dowiadują się, że jestem Polką, od razu uśmiechają się i mówią: "aaaaa, rodaczka Dudka!".

Holenderski trener Leo Beenhakker powtarza, że Dudek to najlepszy bramkarz, jakiego widział od 30 lat. W 1999 r. Polaka wybrano na najlepszego bramkarza Eredivisie (pierwszej ligi holenderskiej), a w 2000 r. - na jej najlepszego piłkarza. Wybrał go amsterdamski dziennik "De Telegraaf", a przecież amsterdamski Ajax, to największy rywal Feyenoordu. Ale kibice Ajaksu lubią Polaka.

Dudek: - Kiedyś pytali, czy nie zagrałbym w ich klubie. Ale nie zagrałbym. Źle bym się czuł w Amsterdamie, bo tam króluje pycha i arogancja. Mam szczęście, że gram w miejscach, które pasują do mojego charakteru. Knurów, Rotterdam, Liverpool - to robotnicze miasta, gdzie ludzie ciężko zarabiają na życie. Wszędzie tam dobrze się czuję. Jestem prostym człowiekiem. W Knurowie, Rotterdamie, Liverpoolu jest szacunek dla pracy i chleba. U mnie w domu butów na stole się nie kładzie, a jeśli chleb spadnie na podłogę, to trzeba go podnieść i pocałować. Bo teraz jest, ale w każdej chwili może go zabraknąć.

Występy Dudka w lidze holenderskiej zauważono w najlepszych klubach świata. Z agentem bramkarza zaczęli rozmowy działacze Manchesteru United, Barcelony, Arsenalu Londyn. Pertraktacje kończyły się niepowodzeniem. W końcu sidła na Dudka zarzucił Liverpool.

- Spełniło się moje marzenie z dzieciństwa - przyznaje bramkarz. - Ci wszyscy sławni piłkarze, okazali się normalni i sympatyczni, skorzy do pomocy. Nikt tu nie zadziera nosa. Piłkarze podchodzą, oferują mi pomoc. W Feyenoordzie obowiązywała hierarchia.

- Angielski Pan szkoli?

- Ostro i codziennie. W Holandii pierwsze pół roku zaspałem, ale teraz dogaduję się z kolegami bez większych problemów.

Boję się Argentyny

Do reprezentacji Polski pierwszy powołał go Antoni Piechniczek w maju 1996 r. na mecz z Rosją: - Był nieznany, ale młody i zdolny. Zauważyłem, że ma refleks i dobrze gra na przedpolu. Pomyślałem, że warto dać mu szansę - opowiada Piechniczek.

Ale Dudek z Rosją nie zagrał.

Piechniczek: - Za szybko wyjechał za granicę. Przez rok w Feyenoordzie był rezerwowym. Gdyby został w Polsce, na pewno szybciej dostałby szansę gry.

Bramkarza Feyenoordu powołał następca Piechniczka - Janusz Wójcik. Wczesną wiosną 1998 roku Dudek zagrał 45 minut z Izraelem. Puścił gola. Polska zagrała beznadziejnie i przegrała 0:2. Potem Wójcik powoływał Dudka jeszcze kilka razy, ale za każdym razem bramkarz wybierał grę w klubie.

- Terminy meczów reprezentacji pokrywały się z grami Feyenoordu i dlatego nie mogłem w kadrze "zakotwiczyć" się na dłużej - tłumaczył Dudek.

Wydawało się, że przyjedzie na zgrupowanie reprezentacji na Malcie w styczniu 1999 roku, ale tydzień wcześniej podczas meczu Feyenoordu w Turcji z Galatasaray Stambuł złodzieje okradli szatnie. Ucierpiał też Dudek: - Zginęły mi pieniądze, paszport, karty kredytowe, zegarek i ślubna obrączka.

- Naprawdę chcę grać w kadrze, obojętnie, na jakich zasadach finansowych - deklarował bramkarz po odejściu Janusza Wójcika. U Jerzego Engela grał we wszystkich 10 meczach eliminacji mistrzostw świata, tylko raz wchodził na boisko jako rezerwowy (z Norwegią na wyjeździe).

Jego zmiennikiem w reprezentacji jest starszy o trzy lata Adam Matysek. Wcześniej w kadrze dochodziło do konfliktów bramkarzy: Jarosława Baki z Józefem Wandzikiem czy Macieja Szczęsnego z Andrzejem Woźniakiem. Jak jest teraz?

- Między mną i Adamem jest zdrowa rywalizacja. Profesjonalizm nie polega na kłótniach czy obrażaniu się. W klubach uczymy się tego, że najważniejszy jest wspólny cel.

O występie na mistrzostwach świata Dudek na razie nie myśli: - Teraz najważniejsza jest dobra gra w Liverpoolu. Jeśli będę dobrze grać w klubie, to nie zabraknie dla mnie miejsca w reprezentacji.

Bramkarz chciałby tylko, żebyśmy nie trafili do grupy razem z Argentyną. - To dla mnie faworyt numer 1.

W bramce nie pajacuję

Dudka znają kibice na całym świecie. W rankingu bramkarzy prowadzonym przez angielską stronę internetową www.footballranking.com zajmuje drugie miejsce (8,43 proc. głosów) za słynnym Francuzem Fabienem Barthezem (17,17 proc.), ale przed Niemcem Oliverem Kahnem (8,26 proc.).

- Jurek jest dużo lepszy od Bartheza. Szybszy i bardziej dynamiczny - uważa Jan Tomaszewski. Jego zdaniem dobry bramkarz to 33 proc. wartości drużyny. - Dlaczego akurat 33? To wynika z matematyki - mówi Tomaszewski - w piłce można wygrać, przegrać lub zremisować. A wystarczy, że bramkarz nie da sobie strzelić żadnego gola i mamy remis. Cieszę się, że mamy Dudka. Dzięki niemu jego koledzy czują się dużo pewniej. Nie trzymają się kurczowo własnego pola karnego. Nie boją się atakować.

- Przed meczem staram się za dużo nie myśleć o tym, co mnie czeka, żeby nie spalić się już przed pierwszym gwizdkiem. Na boisku robię tylko to, co do mnie należy. Nie staram się pajacować w bramce, nie liczę na żaden przypadek.

Jakie wady ma Dudek?

Jest zapominalski. Kiedyś, grał wtedy w Concordii, bramkarz wysiadł z autobusu i zdziwił się, że pod stadionem kłębi się tłum kibiców. Dopiero w szatni zorientował się, że tego dnia przestawiono czas i mecz zacznie się nie za godzinę, ale za kilka minut.

- Zdarzyło się też, że wsiadłem do autokaru jadącego na stadion tylko z rękawiczkami pod pachą. Czułem że mam coś na nogach. Na miejscu zobaczyłem, że to klapki. Buty zostawiłem w hotelu - opowiada ze śmiechem.

Patrzcie: ta bogata idzie

Dziś rodzinie Dudków powodzi się świetnie. Nie tylko Jurkowi. Dariusz dobrze zarabia w Odrze Wodzisław, poza tym - jak mówi - "bogato się ożenił". Wspólnie z żoną i teściami prowadzi solaria, kwiaciarnię i sklepy. Buduje dom w Ochojcu koło Rybnika.

Renata Dudek wzdycha: - Cieszę się z sukcesów syna. Ale do sklepu idę już tylko, kiedy muszę. Bo ludzie są zawistni. Nic miłego słyszeć za plecami: "patrzcie: ta bogata idzie".

- Nie oszałamiają Pani te ogromne pieniądze?

- Nie. To pieniądze Jurka. A on z ich powodu głowy nie straci - zapewnia matka.

- Bierze, ile mu trzeba, a resztę trzyma na koncie. Jeszcze nie wie, w co zainwestuje zarobione pieniądze - mówi Dariusz Dudek

Jerzy Dudek: - Pieniądze zarabiam trochę przy okazji. Miałem mało, to też mi wystarczało. Choć kiedy grałem w trzeciej lidze, to z kolegą mieliśmy założony zeszyt w barze. Spędzaliśmy tam mnóstwo czasu na bilardzie. Płaciłem na koniec miesiąca, po wypłacie z klubu.

W Liverpoolu Dudek zarabia 30 tys. funtów tygodniowo (180 tys. złotych): - Ale w dalszym ciągu nie myślę o gromadzeniu fortuny. W Rybniku kupiłem mieszkanie w szeregowcu. Nie chcę mieszkać w willi z dziesięcioma pokojami. Najważniejsze jest dobrze się czuć, a nie pokazywać ludziom, że mieszkam po królewsku.

Olek zdecyduje

42-tysięczny Knurów szaleje za Dudkiem. - Jurek rozsławił Knurów w całej Polsce - mówi z dumą Urszula Cisek, dyrektorka podstawówki, do której chodził bramkarz Liverpoolu. W jej gabinecie na honorowym miejscu stoi piłka z autografem od najsławniejszego ucznia.

- Miękko się na sercu robi na myśl, że knurowianin zaszedł tak daleko - przyznaje prezydent miasta Jan Kowol. - Mam jedno ale... Dudek dla chłopaków z Knurowa jest idolem. Tylko idolem. A mógłby być bogiem. Trochę zapomniał o Knurowie. Odwiedza nas, rozdaje autografy, a mógłby choć jedno zgrupowanie dla młodzieży opłacić. Co to dla niego? A my? Staramy się, będziemy budować cztery nowe sale gimnastyczne - mówi prezydent Kowol.

Ale knurowianie cieszą się, że ich miasto dzięki Dudkowi przestało być anonimowe. - Dotychczas byliśmy znani tylko z największych hałd w Europie - mówi Bogusław Wilk z "Przeglądu Lokalnego".

W byłej podstawówce Dudka napis w hallu przed wejściem: "Przyszłość jest prezentem, jaki robi nam przeszłość". - To zdanie jak ulał pasuje do Jurka. Skromny i uczynny - podkreśla dyrektor Cisek. - A wie pan, że u nas poznał swoją przyszłą żonę Mirellę?

Szkolna miłość przetrwała do dziś. Pobrali się w czerwcu 1995 roku. Półtora roku później urodził się syn Olek. - Jurka otacza teraz mnóstwo pięknych kobiet, a oni wciąż tworzą udane małżeństwo - dodaje dyrektorka.

Rok temu Dudek odwiedził knurowską podstawówkę.

- Był taki tłum, że nie mogłyśmy wejść do budynku - mówi polonistka Agata Czaniecka, która zaprosiła bramkarza.

Przy podstawówce duże boisko z pełnowymiarowymi, krzywymi, pordzewiałymi bramkami. Kilku chłopaków kopie piłkę.

- Dudek? On jest taki jak my, dzioba nie zadziera - mówi 11-letni Jarek Parzych. - Kiedy odwiedził szkołę, to nawet z nami pograł w piłkę - dodaje Mateusz Kokocha. - Myśmy mu nawet gola strzelili. Konkretnie ja, ale niech pan napisze, że podawał mi Łukasz Adamski.

- Jurek to twój idol?

- (chwila milczenia) Nie... Bo wyjechał z Polski. Bardziej bym go lubił, gdyby został i grał u nas.

Renata Dudek też chciałaby, żeby syn wrócił kiedyś na Śląsk: - Ludzie zazdroszczą piłkarzom bogactwa, powodzenia, a oni przecież mają ciężki żywot.

- Dlaczego?

- Bo nie mogą być tam, gdzie chcą, tylko tam, gdzie muszą. Cały czas na wygnaniu: jak Cyganie - wzdycha.

- Co Pan zrobi po zakończeniu kariery? - pytam Jerzego Dudka.

- Nie zastanawiałem się, bo to na razie nie ma sensu. Wszystko zależy od Olka.

- Jak to?

- Wiem, jakie problemy mają koledzy, którzy grają za granicą. Dzieci im rosną na obczyźnie, wchodzą w inną kulturę. A potem nie chcą przyjeżdżać do babci i dziadka. Chciałbym, żeby mój syn miał bliski kontakt z Polską. Ale tak naprawdę nie wiem, gdzie mu się będzie bardziej podobało.

Paweł Czado