Sport.pl+

To tam ma grać Robert Lewandowski. "Myślałem, że to żart. Ale to prawda"

Dawid Szymczak
DLOWR
Fot. Krzysztof Zatycki / Agencja Wyborcza.pl /

- Robert Lewandowski może tu przyjść i od razu walczyć o trofea. Dać miastu radość, zostać bohaterem. Być twarzą Chicago i Polonii - mówi Alan Królikowski, członek Barn Burners 1871, najstarszej kibicowskiej grupy Chicago Fire, współautor podcastów "Bonfire" i "Hot Takes". Zdradza też, jaki efekt wywołał przylot Lewandowskiego do USA. Liczby są imponujące.

Chicago tęskni za sukcesami i byciem na świeczniku. Pragnie triumfu i rywalizacji do końca. Chce emocji, chce się wreszcie ucieszyć. Radość miastu dał ostatnio wybór Roberta Prevosta na papieża. To człowiek stąd, z południowych przedmieść, kibic baseballowej drużyny White Sox, na stadionie której doczekał się już zresztą imponującego muralu. - I to też pokazało, jak bardzo Chicago tęskni za sukcesami. W 2016 roku, gdy Chicago Cubs wygrali World Series, całe miasto oszalało. Ale to był ostatni raz. Od tamtej pory wciąż czekamy i to czekanie nieprawdopodobnie nam się ciągnie. Ani w koszykówce, gdzie Bulls nie wygrali od ponad 20 lat, ani w hokeju, ani w futbolu amerykańskim, ani w piłce. Nigdzie nie ma sukcesów - mówi Alan Królikowski, który ma 25 lat i tutaj się urodził. Jego rodzice przybyli do Stanów Zjednoczonych w 1997 r. Matka pochodzi z wielkopolskiej Trzcianki, a ojciec z Krakowa.

- Robert Lewandowski może tu przyjść i od razu walczyć o trofea. Dać miastu radość, zostać bohaterem. To możliwe, bo ambicje klubu zmieniły się, odkąd przyszedł Gregg Berhalter, były selekcjoner Stanów Zjednoczonych. To postać. Od razu wszystko napędził. Tchnął w drużynę nowe życie. Jest jednocześnie trenerem i dyrektorem sportowym. To w dużej mierze dzięki niemu jesteśmy teraz na trzecim miejscu w tabeli, zaczęliśmy grać znacznie lepiej i w końcu nauczyliśmy się zdobywać punkty na wyjazdach, bo bardzo długo było tak, że kompletnie nie potrafiliśmy wygrywać poza swoim stadionem. Właśnie! Budujemy też świetny nowy stadion, który za niecałe dwa lata ma być gotowy. W Chicago Fire naprawdę pojawiła się nadzieja. Transfer Lewandowskiego może być stemplem na tym wszystkim. Nie mam wątpliwości, że to najlepszy czas dla kibiców Fire od wielu lat. Widzę to po sobie, bo aż chce mi się jeździć za tą drużyną. W kwietniu zamieniałem się w pracy, żeby we wtorek być na meczu w Detroit, a w sobotę w Cincinnati - opowiada Królikowski.

Nowy stadion już się buduje. Kibice myśleli, że ta nazwa to żart

Królikowski jest tenorem, śpiewa w operach, teatrach i kościołach, a zdarza mu się też występować na różnych polsko-amerykańskich uroczystościach i śpiewać tam hymny. Na co dzień uczy muzyki w szkole. Muzyczny talent wykorzystuje też na stadionie Chicago Fire, gdzie ma stałe miejsce na trybunie prowadzącej doping i gra tam na saksofonie.

- Pamiętam moją pierwszą wizytę na jeszcze poprzednim stadionie Chicago Fire. Wcześniej interesowałem się piłką, ale bardziej europejską: Bundesligą, Premier League czy ligą hiszpańską. Poszedłem na ten stadion i się wzruszyłem. Był 2017 rok, do klubu przychodził akurat Bastian Schweinsteiger. Wzruszyło mnie to, że byłem na stadionie mojego klubu, z miasta, z którego pochodzę. To jak z tą piosenką "Live is life". Na żywo doświadczenia są zupełnie inne. Poczułem wyrzut adrenaliny i przepadłem. Zakochałem się w Chicago Fire. Pamiętam, że akurat wtedy przez trybuny wędrowało takie duże tifo, z herbem klubu. "Wow!" - to była moja reakcja. Później, jak studiowałem muzykę i operę, zacząłem chodzić regularnie na mecze. Kupiłem karnet i coraz bardziej mnie ciągnęło na trybunę, na której prowadzi się doping. W międzyczasie klub przeniósł się na aktualny stadion - Solidier Field. Jest większy, ale jest otwarty i przez to ma znacznie gorszą akustykę. Ludzie narzekali, że jest na nim za cicho, bo ten doping gdzieś ulatywał. A skoro potrzeba było wsparcia w tym dopingu, by był jeszcze głośniejszy, to zacząłem się angażować, pomagać, spotykać się z różnymi ludźmi i dostałem zaproszenie, by dołączyć do Barn Burners, czyli najstarszej dopingowej grupy kibiców. Czegoś nam cały czas brakowało, więc zaproponowałem, że mogę grać na saksofonie, bo robię to od lat. Uczyłem się jeszcze w szkole podstawowej. Ja co prawda początkowo wymarzyłem sobie puzon, ale rodzice mnie przekonali jednym prostym argumentem: "Wszyscy najwięksi grali na saksofonie" - uśmiecha się Alan i streszcza ostatnie lata Chicago Fire. Niełatwe lata.

Alan Królikowski na meczu Chicago Fire
Alan Królikowski na meczu Chicago Firearchiwum Alana Królikowskiego

- W ostatnich dziesięciu latach klub trochę się rozpadł ze względu na poprzedniego właściciela. Był nim Nelson Rodriguez i za bardzo nie przejmował się klubem. W ogóle o niego nie dbał, co oczywiście musiało przełożyć się na wyniki. Od 2010 roku tylko raz dostaliśmy się do play-offów. Zajmowaliśmy zwykle miejsca od 10-12, ale zdarzyło się nawet miejsce 15. Klub wyraźnie podupadł, kibice zaczęli od niego odchodzić, trochę się zniechęcili. Na cały jeden sezon został zamknięty sektor z latynoskimi kibicami, bo pobili się między sobą podczas jednego meczu, więc właściciel ich wyrzucił z pozostałych spotkań. W pewnym momencie stadion był prawie pusty. Na szczęście w 2019 r. Rodriguez sprzedał klub Joe’owi Mansueto, który chciał zainwestować znacznie więcej pieniędzy. Zdołał tutaj ściągnąć trenera Gregga Berhaltera, od razu rozwiązał też umowę z Bridgeview, poprzednim stadionem, bo on był jednak daleko od miasta i ludziom często nie chciało się przebijać przez korki i tam jechać. Zapowiedział też otwarcie nowego stadionu i przestawił klub na to, by występowali w nim młodsi piłkarze. Lewandowski mógłby być dla nich wzorem i autorytetem - opowiada.

Zobacz wideo

- A właśnie! Wspominałem, jak nowy stadion ma się nazywać? Jak Lewandowski tu przyjdzie, to od 2028 r. będzie grał na McDonald's Park. Nie żartuję! Klub ogłosił to miesiąc temu, o godz. 4 nad ranem. Wstałem i miałem mnóstwo powiadomień w telefonie. Jak zobaczyłem "McDonald’s" Park", to pomyślałem, że znajomi mnie wkręcają. Ale to prawda. No trudno, najważniejsze, że stadion będzie typowo piłkarski, na 22 tys. osób, w atrakcyjnym miejscu, blisko centrum, bo Mansueto planuje wokół niego stworzyć właściwie całą dzielnicę z nowymi mieszkaniami, restauracjami i sklepami. To też pokazuje, że klub się rozrasta i myśli o przyszłości - mówi Królikowski.

Oto efekt Lewandowskiego. 30 tys. kibiców ma już bilet

Ale najwięcej powiadomień w telefonie Królikowski miał kilka dni temu, gdy pojawiły się przecieki, że Robert Lewandowski przylatuje do Chicago, bo rozważa transfer do Fire. - Najpierw kibice mający karnety dostali maile, że jest planowane spotkanie z Greggiem Berhalteremem, a przy okazji na kibiców ma czekać jeszcze jedna niespodzianka, więc warto przyjść, żeby później nie żałować. W podobnym czasie pojawiły się te słynne już bilbordy z Lewandowskim, więc było jasne, że to on może być tą niespodzianką. Ale przyznam szczerze, że jak zobaczyłem zdjęcia tych bilbordów, to początkowo nie uwierzyłem. Myślałem, że to kolejny żart wygenerowany przez sztuczną inteligencję - przyznaje Królikowski. - Byłem podekscytowany już samą budową stadionu, a teraz doszedł do tego jeszcze Lewandowski! - dodaje z uśmiechem.

Na spotkaniu oczywiście pojawił się z saksofonem i przygrywał Berhalterowi, gdy ten ogłaszał, że klub zrobi wszystko, by Lewandowski zagrał w Chicago.

- Przyznam szczerze, tylko proszę nie oskarżać mnie o zdradę Polski, że jak klub ogłosił, że stara się o Lewandowskiego, to zastanawiałem się, czy on jest nam potrzebny. Mamy bardzo dobrego napastnika - Hugo Kuypersa, który w 14 meczach w tym sezonie strzelił 13 goli i jest najlepszym strzelcem w całej lidze. Wyprzedza Leo Messiego. On ma 29 lat, jest o dziewięć lat młodszy od Lewandowskiego i wciąż ma z nami kontrakt. Nasz trener zawsze gra ustawieniem z jednym napastnikiem, więc nie chciałbym, żeby Kuypers musiał odejść. A tym bardziej, żeby wzmocnił inny amerykański klub, bo to świetny zawodnik - tłumaczy Królikowski, ale od razu zastrzega, że z czasem jego perspektywa się zmieniła. W ewentualnym transferze Lewandowskiego do Chicago nie chodzi bowiem tylko o aspekty piłkarskie.

- Liga oczywiście się zmienia i dzisiaj wyraźnie stawia się na młodych, amerykańskich zawodników. Ale gwiazdy największego formatu wciąż są potrzebne. To widać, jak przyjeżdża do nas Inter Miami. Normalnie mamy na meczach 20-25 tys. osób, a na Messiego i Suareza przychodzi komplet - 60 tys. ludzi. Taka gwiazda w drużynie nie tylko jest opłacalna marketingowo, bo sprzedaje mnóstwo koszulek i sprzedaje bilety na mecze. Chodzi też o to, że gdyby Lewandowski trafił do Chicago, od razu umieściłby ten klub na mapie. Od razu zrobiłoby się o nas głośno - mówi.

- Wystarczyło, że trener Gregg Berhalter powiedział, że klub robi wszystko, żeby Lewandowski grał w Chicago, a nagle, z dnia na dzień, na nasz mecz z Vancouver w połowie lipca, sprzedało się 30 tys. biletów. Całe dolne piętro trybun. To jest efekt Lewandowskiego! On nawet nie musiał się pojawić na spotkaniu z kibicami. Nie musiał niczego podpisać. Nie powiedział słowa o Chicago. Wystarczyło, że tu przyleciał i od razu 30 tys. ludzi kupiło bilety, licząc, że mogą wtedy zobaczyć jego debiut. To też mi uświadomiło, jaką on ma moc. Widzę, że ludzie w Polsce rozmawiają o moim klubie. Widzę, że ludzie w Chicago rozmawiają o Polaku. To jest piękne - ekscytuje się Królikowski.

- To też widać po naszym podcaście. Zakładaliśmy, że czas mundialu będzie dla nas trudny i spadną nam wyświetlenia, bo my rozmawiamy tylko o Chicago Fire. Mieliśmy po prostu rozmawiać o naszych zawodnikach, którzy grają w mistrzostwach. Mbekezeli Mbokazi reprezentuje RPA, a Chris Brady, nasz bramkarz, został powołany do kadry USA. Ale nagle pojawił się temat Lewandowskiego i stało się coś odwrotnego: mamy więcej wyświetleń niż wcześniej - tłumaczy.

- W Chicago Fire zawsze byli Polacy. Piotr Nowak, Przemysław Frankowski, Kacper Przybyłko… Ale Lewandowski to inna skala. Żartowałem, że jak on do nas trafi, to na stadion będzie chciała przyjść nie tylko cała Polonia chicagowska, ale Polacy z całego Midwest. Od stanu Wisconsin po Indiana. Jak o tym myślę, to dostaję gęsiej skórki. I nie przesadzam. Lewandowski może być twarzą tego miasta. Twarzą Polonii. Twarzą Polaków. Jak mieliśmy tutaj Briana Gutierreza z Meksyku, to Latynosi przychodzili na mecze dla niego. Jak był wyczytywany skład, to przy jego nazwisku pojawiał się największy hałas. Jak teraz podpisaliśmy Mbokaziego z RPA, to na meczach zaczęło pojawiać się więcej osób z Afryki. To ma przełożenie. A Lewandowski to Lewandowski - mówi.

Chicago czeka na Lewandowskiego. Koszulka już przygotowana

Alana, jako człowieka żyjącego w Chicago od urodzenia, pytam też, czy Robertowi Lewandowskiemu może spodobać się życie w tym mieście. Wiadomo przecież, jak cenił sobie hiszpańskie słońce i plaże wokół Barcelony. - Chicago to piękne miasto. Z imponującą architekturą, szklanymi wieżowcami i wielkim jeziorem Michigan. Naturalnie chcesz tutaj wyjąć telefon, robić zdjęcia i nagrywać wideo - mówi, a ja potwierdzam, że to właśnie zrobiłem zaraz po wyjściu z metra. - To jest też miasto międzynarodowe. Byłem w Monachium i byłem w Barcelonie. One są bardzo związane ze swoim regionem. Chicago jest inne. Stanowi centrum kultury międzynarodowej. Na ulicy usłyszysz wszystkie języki świata. Dużo hiszpańskiego, polskiego, rosyjskiego, arabskiego. Znajdziesz tu wszystko, czego potrzebujesz - zapewnia.

- Chcesz mieć tutaj małą Polskę? Masz tyle polskich sklepów, centrów kultury, kościołów, szkół, że możesz taką Polskę wokół siebie zbudować. To samo z Hiszpanią. Jeśli Lewandowscy chcieliby dalej jeść jak tam, to nie ma problemu, znajdą wszystkie produkty. Jest też mnóstwo świetnych restauracji - mówi Królikowski. - A pogoda? Przez większość roku jest w porządku, a zimą Robert mógłby przecież polecieć sobie na Florydę albo na Karaiby - uśmiecha się. - A jakby chciał jednak zostać, to niedaleko stąd można pojechać na narty.

Królikowski, jak na muzyka przystało, dostrzega też ten międzynarodowy charakter miasta w meczowym dopingu. - Nasz doping czerpie z różnych kibicowskich kultur. Jest trochę hiszpańskich i latynoskich przyśpiewek, trochę europejskich, a trochę amerykańskich. To taki miks. Mamy trąbkę, mamy mój saksofon. On nas wyróżnia. Jak kiedyś był robiony materiał o kibicach w USA, to jego autor powiedział, że saksofon jest tylko u nas - uśmiecha się. - Jak na mecze przychodziłoby więcej Polonii, to moglibyśmy nawet śpiewać Lewandowskiemu polskie przyśpiewki. Ułożyć coś dla niego albo zaadaptować coś, co sprawdza się w Polsce. Z racji tego, że moja mama pochodzi z Wielkopolski, to bliski jest mi Lech Poznań. I tam jest taka przyśpiewka, która wpada w ucho i można by ją zaadaptować na naszym stadionie. "Cała Polska wie, jak Kolejorz bawi się!". Robert przecież grał w Poznaniu! - zauważa polski kibic i przyznaje, że sam też nie może się doczekać tego transferu.

- Jedną z moich pierwszych koszulek była koszulka Lewandowskiego z Borussii Dortmund. Miałem też koszulki z jego nazwiskiem z Bayernu Monachium, z Barcelony i oczywiście reprezentacji Polski. I zobacz - obraca się. - Na tej koszulce jest miejsce na jego nazwisko i numer - wskazuje na czerwoną koszulkę z białymi wstawkami Chicago Fire.

Artykuły Powiązane

Wczytywanie kolejnego artykułu...