Już 24 lata Brazylia czeka na szósty tytuł mistrza świata. Przed mundialem w USA, Kanadzie i Meksyku nie wszyscy widzą ją nawet wśród faworytów. Jak to się stało, że kraj Pelego, Garrinchy, Romario, Ronaldo, czy Ronaldinho przestał wydawać piłkarskich artystów?
Ronaldinho promieniał jak zwykle, uśmiechem będącym cechą jego fizjonomii. Sam twierdzi, że to efekt szczęśliwego dzieciństwa, wypełnionego futbolem i sambą. W podziemiach stadionu Camp Nou stał przed tłumem dziennikarzy z różnych stron świata. W żółtej koszulce, ze srebrnym krzyżem na piersi, kręconymi włosami, mokrymi jeszcze po kąpieli. Jak zjawisko.
Ronaldinho kontra Dunga
Kilkadziesiąt minut wcześniej Barcelona zremisowała 1:1 mecz Ligi Mistrzów z Celtikiem. To było spotkanie fazy grupowej, bez przełomowego znaczenia. W mixed zone wielu moich kolegów po fachu nie tyle chciało zadawać pytania Brazylijczykowi, co wyrazić zachwyt nad jego kunsztem w imieniu mieszkańców swojego kraju.
Był 2004 rok. Ronaldinho był mistrzem świata i największą gwiazdą piłki. Czarował dryblingami, podaniami, golami – patrzący na niego kibic miał wrażenie obcowania z geniuszem. Artystą, jaki rodzi się raz na kilka pokoleń.
Kiedy dziennikarze z różnych stron świata składali mu hołdy, on nie mógł zrozumieć dlaczego piłkarze Celtiku zdecydowali się grać na Camp Nou tak defensywnie. – Jaką mieli z tego przyjemność? – pytał naiwnie. Jakby trudno było pojąć, że zdecydowanie słabiej wyszkoleni Szkoci szukali nadziei na dobry wynik, skupieni na obronie własnej bramki.
Ronaldinho jako dziecko uczył się gry w piłkę na ulicach robotniczej dzielnicy Porto Alegre. Nie było bramek, więc największą frajdą było utrzymanie się przy piłce. Chłopiec, goniony przez rówieśników, próbował najbardziej wymyślnych sztuczek i dryblingów. Potem korzystał z nich w zawodowej piłce. Na przykład w 1999 r., podczas meczu Gremio z Internacionalem Porto Alegre. Było to niedługo po zwycięstwie Brazylii w Copa America w Paragwaju. Młody geniusz z Gremio wykonał trik, który zelektryzował cały kraj. Wymyślną sztuczką techniczną oszukał Carlosa Dungę, kapitana mistrzów świata z 1994 roku i wicemistrzów z 1998.
Dunga kończył karierę, Ronaldinho był u jej progu. Brazylia świeciła pełnym blaskiem na piłkarskiej mapie świata. Chociaż po erze Pelego, który zdobył trzy tytuły mistrza świata (1958, 1962, 1970), na kolejny triumf na mundialu czekała aż 24 lata. Symbolem drużyny, która wzniosła Puchar Świata w USA w 1994 r. był Dunga, ale przede wszystkim Romario i Bebeto – para znakomitych napastników. Na ławce siedział "O fenomeno" czyli Ronaldo. Osiem lat później w Korei i Japonii zdobyli razem z Ronaldinho piąty tytuł mistrzowski dla Brazylii. Piąty i - jak do tej pory - ostatni.
Brazylia wydawała wtedy artystów piłki co kilka lat. Zawodników, którzy robili różnicę na boisku, wymykali się standardom. Choć bywali rozkapryszeni i niezdyscyplinowani. W nocnych klubach Barcelony do dziś wspomina się eskapady i szaleństwa do białego rana Romario, Ronaldo i Ronaldinho. Byli królami piłki i samby. Co osiągnęliby na boisku, gdyby poświęcili karierze tyle, ile piłkarze wychowani w Europie?
Pele był "Królem", Ronaldo nazywano "Fenomenem", Ronaldinho był "Uśmiechem Brazylii", o Romario napisano kiedyś w mediach, że "zmył duszę Brazylijczyków". Tragiczna legenda Garrinchy dopełnia panteonu futbolowych bogów Canarinhos. Każdy z nich dał rodakom tytuł mistrzowski, ale też świadomość, że najwięksi artyści rodzą się w Brazylii.
Ma Argentyna Diego Maradonę i Leo Messiego, Holandia Johana Cruijffa, Francja Zinedine'a Zidane'a, Anglia Bobby'ego Charltona, Niemcy Franza Beckenbauera. Ale tak wielu geniuszy piłki, jak Brazylia, nie wychował żaden inny kraj na Ziemi.
Traumy Brazylii
Historia urywa się w 2002 roku. Czyli już 24 lata temu. Po przedwczesnym zmierzchu Ronaldinho, w światowej piłce pojawił się Neymar, ale on nie potrafił poprowadzić Brazylii do szóstego tytułu mistrza świata. Był na trzech mundialach, w latach 2014, 2018, 2022. Jest najskuteczniejszym graczem w historii reprezentacji (79 goli), nie wygrał jednak z nimi nawet Copa America. W 2019 roku, gdy Brazylia ostatni raz sięgnęła po tytuł najlepszej drużyny Ameryki Płd., Neymar był kontuzjowany. Zdobył z nią tylko złoto olimpijskie, ale to jednak trofeum drugorzędne.
Karierę Neymara storpedowały liczne urazy. Jako młody piłkarz miał pseudonim "Filet z motyla", ze względu na swoją posturę. Umiejętności ma wielkie, ale jest zawodnikiem po przejściach. Płakał z emocji, gdy selekcjoner Carlo Ancelotti postanowił, że zabierze go na turniej do USA, Kanady i Meksyku. Zadzwonił do niego z gratulacjami Raphinha z Barcelony. "Wygramy to, wygramy to, bracie!" – krzyczał Neymar do telefonu. Obaj byli skrajnie poruszeni, ale już kilkadziesiąt godzin później przyszła wiadomość o kolejnej kontuzji weterana Santosu. Ancelotti chce jednak zaryzykować i zabrać go na mistrzostwa. Choć wiele razy powtarzał, że weźmie na mundial tylko tych piłkarzy, którzy są przygotowani na sto procent pod względem fizycznym.
Brazylia czeka na szósty tytuł tak samo długo jak czekała na czwarty, który dał jej Romario. W kraju wciąż jest wielu znakomitych graczy, ale brakuje tych wybitnych. Zagadkę próbował rozwiązać amerykański dziennik "New York Times". Autorzy artykułu doszli do wniosku, że od jakiegoś czasu w Brazylii szkoli się piłkarzy inaczej. Chłopcy są uczeni piłki tak, by w przyszłości sprostać wymaganiom klubów europejskich. Czyli mają być uniwersalni, dobrzy we wszystkim: w ataku i obronie. W ten sposób w brazylijskim systemie szkolenia zaciera się granica między wybitnym rzemieślnikiem i artystą. Mniej jest przestrzeni dla tych drugich.
Teza ciekawa, ale Pele, Garrincha, Romario, Ronaldo, Ronaldinho osiągnęli szczyty dzięki darowi od boga, a nie wyszkoleniu. Nie da się każdego nauczyć dryblować tak jak Ronaldinho, nawet gdyby zapewnić mu najlepszych trenerów. Może na kłopoty graczy z Brazylii wpłynął zanik piłki ulicznej? Dziś chłopcy z Rio, Sao Paulo, czy Bello Horizonte zamiast kiwać rówieśników z pomarańczą przy nodze, wcześnie trafiają do klubów i szkółek piłkarskich, gdzie ich indywidualność jest tłamszona.
Trudno znaleźć jednoznaczną odpowiedź, skąd wziął się kryzys piłki brazylijskiej. Selekcjoner reprezentacji Polski Jan Urban należy do tych, którzy uważają, że Canarinhos nie można wykluczać z grupy kandydatów do złota na mundialu w USA, Kanadzie i Meksyku. Raphinha i Vinicius Junior z Realu Madryt należą do najlepszych skrzydłowych świata. Obrońcy Gabriel Magalhaes z Arsenalu i Marquinhos z PSG zmierzyli się w sobotę w finale Ligi Mistrzów. Trudno odmówić klasy graczom Ancelottiego.
Niepowodzenia brazylijskich selekcjonerów doprowadziły do zatrudnienia Włocha z roczną pensją 9,3 mln euro - kosmiczną jak na warunki Ameryki Płd. Ancelotti zarabia o 7 mln więcej niż Lionel Scaloni, selekcjoner Argentyny, która w USA, Kanadzie i Meksyku broni tytułu zdobytego w Katarze. Jakiś czas temu prezydent Brazylii Luiz Ignacio Lula da Silva stwierdził, że ma dość kaprysów gwiazd z klubów europejskich i do kadry powoływałby wyłącznie tych, którzy grają w lidze brazylijskiej. Jak widać, Ancelotti nie posłuchał prezydenckiej rady.
Mundial wraca do Ameryki, gdzie Brazylijczycy z Romario i Dungą byli najlepsi 32 lata temu. Selekcjonerowi Carlosowi Alberto Parreirze zarzucano wtedy, że zapatrzony w futbol europejski, stworzył drużynę przesadnie defensywną. Rzeczywiście w drodze do finału Canarinhos strzelili zaledwie 11 goli. Mecz o złoto z Włochami na Rose Bowl w Pasadenie był jedynym finałem piłkarskiego mundialu zakończonym wynikiem bezbramkowym. Gole padły w serii jedenastek. Wojnę nerwów wygrali Canarinhos (3:2).
Mimo wszystko graczom brazylijskim zarzuca się ostatnio słabszą odporność psychiczną. W 1950 roku mieli pierwszy tytuł na wyciągnięcie ręki w meczu z Urugwajem. Brazylii wystarczał remis na stadionie Maracana. 200 tys. ludzi na trybunach czekało na sygnał do karnawału. Porażka 1:2 wywołała wieloletnią traumę. W muzeum futbolu na stadionie Pacaembu w Sao Paulo jest jej poświęcona cała sala. Od tamtej pory reprezentacja Brazylii nie zagrała już nigdy w białych strojach, a na powrót między jej słupki czarnoskórego bramkarza (w 1950 roku obwiniono Moacira Barbosę) czekano do czasów Didy, który z Ronaldinho i Ronaldo wygrał mundial w 2002 roku. Był wtedy jednak rezerwowym.
Do katastrofy sprzed 76 lat można porównać tylko półfinał mundialu w 2014 roku, gdy na swojej ziemi Brazylia przegrała półfinał z Niemcami 1:7. Neymar doznał urazu w ćwierćfinale z Kolumbią, a osierocona drużyna doznała zawstydzającej klęski. Kilka dni później w meczu o brąz z Holandią ponownie przegrała 0:3. To był jednak ostatni raz, gdy Brazylijczycy awansowali do strefy medalowej mistrzostw świata. Czas na nowy rozdział tej historii, choć jego treść dziś - tuż przed mundialem - wciąż jest wielką niewiadomą.