Gdyby chodziło tylko o sumę indywidualnych umiejętności i nagromadzenie talentu w jednej drużynie, Francję na nowego mistrza świata można by koronować jeszcze przed pierwszym meczem. Ale czy tylu solistów może stworzyć zgrany chór?
A może to Didier Deschamps jest najlepszym francuskim dryblerem? Od lat udaje mu się przecież balansować między rozrośniętym ego swoich gwiazd, olbrzymią presją, wszechobecną polityką, ciągłą potrzebą zapewnienia sukcesów i ostrzącymi noże mediami. Francja co turniej kipi od talentu, ale też kipi od środka. Nie wiadomo, czy w ostatnich latach miała w kadrze więcej uzdolnionych piłkarzy, czy skandali i afer dookoła niej. A to Karim Benzema szantażował kolegę z reprezentacji sekstaśmami. A to rodziny piłkarzy kłóciły się na trybunach i wykrzykiwały sobie, czyje dziecko jest gorzej wychowane. A to Samir Nasri ubliżał dziennikarzom i wyzywał ich na bójkę przed stadionem. A to Paul Pogba był straszony bronią przez własnego brata i kolegów z dzieciństwa, którzy chcieli od niego 13 mln euro. A to Kylian Mbappé w przeddzień mistrzostw Europy zaczął politykować i wyrażać troskę o los swojego kraju, który coraz częściej uśmiecha się do kandydatów ze skrajnych partii. A to partnerka któregoś z piłkarzy recenzowała decyzje selekcjonera w serwisach społecznościowych.
To we Francji powstała książka "Ojcowie chrzestni futbolu", opowiadająca o tym, jak gangsterzy złapali się pod ręce z piłkarzami. To historie francuskich graczy – Blaise’a Matuidiego, Fabiena Bartheza, Francka Ribery’ego, Samira Nasriego i Karima Benzemy – zajmują w niej najwięcej miejsca, a Brendan Kemmet, jeden z jej trzech autorów, mówi wręcz o wzajemnej fascynacji między oboma środowiskami. – Łączą ich te same zainteresowania, chodzą do tych samych dyskotek, spotykają się w modnych restauracjach, wypoczywają w tych samych kurortach. Fascynacja między bandytami a piłkarzami jest wzajemna. Niektórzy zawodnicy, szczególnie ci bez silnego wsparcia rodziny, są zafascynowani światem, który kiedyś znali tylko z filmów, a każdy prominentny gangster chce wejść do świata piłki. Gdy piłkarz dosiada się do jego stolika, dodaje mu ogromnego prestiżu – tłumaczy.
Didier Deschamps nie tylko przetrwał w tym środowisku 14 lat. Nie tylko dał w tym czasie Francji mistrzostwo świata w 2018 r., wicemistrzostwo cztery lata później i finał Euro grany u siebie. Przede wszystkim on to wszystko utrzymał w ryzach. Nie pozwolił, by wspomniane wyżej nieporozumienia i skandale przerodziły się w wielkie afery. Nie pozwolił, by wpłynęły na wyniki reprezentacji. Nie dopuścił też do tego, by mimo osiągnięcia przez piłkarzy celebryckiej popularności i półboskich statusów którykolwiek z nich ewidentnie przerósł drużynę. Francuscy kibice za jego kadencji zżymają się oczywiście na styl gry i dyskutują, czy pozwala on w pełni wykorzystać tkwiący w ich drużynie potencjał, ale przynajmniej w samym środku mundialu prezydent nie musi już wysyłać ministra sportu z gaśnicą, by gasił płonącą reprezentację. Może i prasa ujawnia, kto z kim trzyma w szatni, a kogo nie lubi, ale piłkarze nie strajkują, nie obrażają swojego selekcjonera, a on nie wpada na pomysł, by oświadczyć się swojej ukochanej przed kamerami w pomeczowym wywiadzie, w dodatku chwilę po porażce. Francuscy kibice jednych piłkarzy mogą lubić bardziej, innych mniej, ale przynajmniej nie widzą w nich wyłącznie zdemoralizowanych, rozpieszczonych milionerów z rozdętym ego.
Wybuch za wybuchem
A tak było jeszcze kilkanaście lat temu, raptem cztery mundiale wstecz. Francja wówczas, na mistrzostwach w RPA, wykipiała. Już wtedy wychowywała zawodników genialnych i doczekała się pokolenia, które na mundialu mogło wystawić dwie jedenastki i nawet tę rezerwową trzeba by wymieniać w gronie faworytów. Ale Raymond Domenech, poprzednik Deschampsa, kompletnie nie potrafił taką grupą zarządzać. W szatni pełnej egoistów okazał się egoistą największym ze wszystkich. Podpalał, zamiast gasić. Zamiast afery wyciszać, rozkręcał je na cały regulator.
Tuż przed tegorocznymi mistrzostwami Netflix wrócił do tamtego skandalu i wyprodukował półtoragodzinny dokument "Autobus". Odwiedził piłkarzy, którzy w 2010 r. odwrócili się od swojego selekcjonera i strajkowali przeciwko własnej federacji, zamknięci właśnie w autobusie, tuż przed trzecim grupowym meczem mundialu. Jak się okazało – ich ostatnim, bo tuż po nim odpadli z turnieju, choć przecież mieli zdobyć mistrzostwo.
Siłą tego filmu, który opowiada historię dobrze znaną, przemieloną już w mediach na dziesiątki sposobów, jest wgląd w specyficzną mozaikę, którą tworzą francuscy piłkarze. Nie zmieniły się przecież dzielnice, z których pochodzą. Ówczesny kapitan Patrice Evra był z Les Ulis, południowych przedmieść Paryża, a obecny – Kylian Mbappé – jest z Bondy, "banlieue" na wschód od wieży Eiffla. Obok Evry dorastał Thierry Henry. Obok Mbappé – William Saliba, środkowy obrońca Arsenalu. Wielkie blokowiska, które zapełniali głównie imigranci z Afryki, nie przestały być dla francuskich akademii hurtownią utalentowanych zawodników. I to oni od lat tworzą gwiazdorską reprezentację. Ale kamery Netfliksa przy okazji uchwyciły też, jak delikatni potrafią być na swoim punkcie. William Gallas, najbardziej doświadczony w tamtej ekipie, obraził się na amen, gdy nie został wybrany na kapitana. Nicolas Anelka, w którym wielu dostrzeże głównego bohatera całej tej historii ze strajkiem, pokłócił się z selekcjonerem w przerwie meczu z Meksykiem, bo ten ośmielił się zdjąć go z boiska. A że wcześniej Anelka nie realizował założeń taktycznych i próbował grać tak jak na co dzień w klubie? Patrice Evra niby chciał ten pożar ugasić, ale jak już usłyszał na konferencji prasowej kilka napastliwych pytań, to pomylił kanistry i chwycił za ten z benzyną. A gdy wszystko wokół już płonęło, piłkarze nawet nie zabrali się do gaszenia, bo najważniejsze stało się dla nich znalezienie kapusia, który rzekomo wynosił dziennikarzom informacje. Istne przedszkole.
Raymond Domenech pisał w tamtych latach pamiętnik i podarował go reżyserowi filmu. Stąd wiemy, że gardził wieloma swoimi piłkarzami. Nie odmówił sobie nawet komentarza, że z pewnością nie oni byli autorami listu, w którym tłumaczyli, dlaczego strajkują, bo nie było w nim błędów ortograficznych. Ale gardzili nimi wtedy i kibice, i eksperci, i dziennikarze. Szybko wykorzystali to też politycy z obu stron barykady i niewiele zostało z tego symbolu wielokulturowości, jakim była reprezentacja po 1998 r., żartobliwie nazywana "black, blanc, beur" (czarna, biała i arabska), w nawiązaniu do trójkolorowej flagi francuskiej republiki.
Domenech wypada w tej historii fatalnie, okazuje się jeszcze mniej dojrzały niż jego zawodnicy, ale też pokazuje, że bycie selekcjonerem gwiazdorskiej Francji jest jak spacer po polu minowym. Wystarczy chwila nieuwagi, jeden krok w niewłaściwą stronę i dochodzi do wybuchu. Jedna zła decyzja – wybuch. Opaska kapitańska na niewłaściwym ramieniu – wybuch. Jedno niefortunne zdanie na konferencji prasowej – wybuch. Jeden urażony piłkarz – wybuch.
Saper Deschamps
Didier Deschamps pojawia się w tym filmie tylko na retroprzebitkach z 1998 r., gdy jako kapitan reprezentacji Francji podnosi trofeum za mistrzostwo świata. Ale świadomy widz i tak nabiera do niego gigantycznego szacunku. Reprezentacja Francji z 2010 r. nie różni się przecież znacząco od reprezentacji z ostatnich lat. Nie wyparowały z niej gwiazdy i nie ubyło w niej ego. Nie zmieniły się też wobec niej oczekiwania – i wtedy jechała poprawić wynik po wicemistrzostwie zdobytym cztery lata wcześniej, i teraz jedzie na mundial z takim samym zadaniem. To oczywiście inni piłkarze, ale ich społeczny status jest podobny, stojące za nimi historie w gruncie rzeczy też. Nadal grają w najlepszych klubach i zdobywają indywidualne nagrody. W dodatku żyją w czasach, które jeszcze szybciej dokarmiają ego. A jednak reprezentacja Francji już nie wybucha.
Nie ma wokół niej tak poważnych skandali i afer. W Rosji w 2018 r. całkiem spokojnym krokiem doszła do złota. Nie słyszeliśmy też o nieporozumieniach w drodze do finału w Katarze. Ostatnio jedynie Mbappé dąsał się po nieudanym, zakończonym w półfinale, Euro 2024, ale po kilku miesiącach przerwy, w marcu 2025 roku, wrócił do kadry i harmonijnie przygotowywał się do mundialu – wciąż z kapitańską opaską na ramieniu. Deschamps, mimo dyskusji i nawoływania do zmiany, zawsze bronił tej decyzji. – Wiem, dlaczego dałem mu opaskę. Jest liderem, jednoczy całą drużynę, ma kontakt z młodymi i starszymi zawodnikami – argumentował. I znów – mimo zawirowań, w przeddzień amerykańskiego mundialu – selekcjoner ma największą gwiazdę po swojej stronie.
Pragmatyk prowadzący artystów
Domenech niby wiedział, że ma tak dobrych i utalentowanych piłkarzy, że jedyne, co musi zrobić, by zdobyć w RPA złoto, to przekonać ich do współpracy. Przypomnieć, że uprawiają sport zespołowy. W tym celu zaprosił nawet na trening dyrygenta, który kazał śpiewać im w chórze. Szczerze wierzył, że to ich zjednoczy. Uciekał też w astrologię i zaniepokoił się, że ma w kadrze aż sześć skorpionów, więc zaczął się ich stopniowo pozbywać. Na koniec ostało się tylko dwóch. Ale i to mu nie pomogło. Poległ całkowicie.
Deschamps jest przed mundialem w Stanach Zjednoczonych, Meksyku i Kanadzie w niemal identycznej sytuacji. To nawet zabawne, że gdy powołał na mundial Ousmane Dembélé – zdobywcę Złotej Piłki, Kyliana Mbappé – chyba największą dziś futbolową gwiazdę, ocierającego się w tym sezonie o doskonałość Michaela Olise, wyszlifowanego przez Pepa Guardiolę Rayana Cherkiego, a także Désiré Doue i Bradleya Barcolę – skrzydłowych dominującego w Europie PSG, którzy łącznie strzelili w tym sezonie 26 goli i mieli 18 asyst, nadmienił, że zabiera na mundial niekoniecznie 26 najlepszych zawodników, ale tych, którzy będą potrafili się zjednoczyć. Cóż, zakrawa to na bezczelność.
Ale dlaczego Deschampsowi reprezentacja nie wybucha pod nogami? Nie tworzy przecież z piłkarzy chóru ani nie sprawdza, w jakich miesiącach się urodzili. Domenech sprowadza różnicę między nimi do tego, że Deschamps zawsze może wejść do szatni, pomachać swoim złotym medalem mistrzostw świata i wszyscy piłkarze od razu będą w niego wpatrzeni. Ale to przesadne uproszczenie. Zdecydowanie niewystarczające, by wyjaśnić, jak wytrzymał na stanowisku selekcjonera Francji aż 14 lat i właśnie szykuje się do swojego ostatniego mundialu. Zresztą, to on sam zawczasu ogłosił, że latem chce tę przygodę zakończyć. Nikt go nie wypychał, jak poprzedników, w gęstej atmosferze.
W jednym Domenech ma rację: te dwa złota mundialu – jedno zdobyte jako piłkarz, drugie już jako selekcjoner – są w tej opowieści kluczowe. Powód jednak jest inny. Dzięki nim Deschamps nie ma potrzeby, by cokolwiek udowadniać. Nie musi pozować na większego, niż jest. Jak to kilka lat temu ujął Mbappé: nie próbuje być ani za luźny, ani za surowy.
Dla Deschampsa zawsze najważniejsza była drużyna. Już piłkarzem był takim, że scalał resztę i pracował za plecami największych gwiazd. Nie było też przypadku w tym, że zostawał kapitanem każdego zespołu, w którym występował. Nawet jak miał jedenaście lat, nosił opaskę w meczach z piętnastolatkami. Gdy miał 19 lat, był już kapitanem w Nantes, a w wieku 24 lat – w Olympique Marsylia. Naturalny lider. I o ile zawsze dobrze dogadywał się z ludźmi, o tyle dogadywania się z piłkarzami z pozycji trenera musiał się nauczyć. Został nim właściwie z dnia na dzień – jeszcze 9 czerwca 2001 roku był piłkarzem Valencii i oglądał z ławki rezerwowych przegrany finał Ligi Mistrzów z Bayernem Monachium, a już 11 czerwca został trenerem Monaco. I początkowo był zbyt wymagający. Jemu pewne zagrania i rozwiązania taktyczne wydawały się łatwe, więc niesamowicie się frustrował, gdy jego piłkarze nie potrafili ich idealnie odwzorować. W dodatku nie lubił dawać drugich szans. – Był bezkompromisowy. Nigdy nie odstępował od swoich pomysłów. Dopiero po dwóch latach zaczął się zmieniać – opowiadał "L’Equipe" Shabani Nonda, napastnik tamtej drużyny.
Jego kolejni piłkarze – Ludovic Giuly, André-Pierre Gignac i Adil Rami – mówią, że stał się mistrzem w zarządzaniu ego. Znają Deschampsa z różnych lat, grali dla niego w innych drużynach, ale opowiadają to samo: że w każdym jego zespole panuje niesamowita atmosfera. I wcale nie mają na myśli tego, że wszyscy poklepują się po plecach i razem wychodzą na obiady. Kluczowe jest, że chcą razem wygrywać. Deschamps przelewa swoje podejście na cały zespół. Zaraża obsesją wygrywania. To trener, który wskazuje odnoszenie zwycięstw jako swój jedyny zawodowy cel. Jest tym wręcz przesiąknięty. On sam tłumaczy, że ukształtowały go dwa czynniki – dorastanie w Kraju Basków, gdzie ponad wszystko ceni się wytrwałość i ciężką pracę, a także lata gry w Juventusie, gdzie nasiąknął przekonaniem, że trwałe w futbolu są tylko trofea. Kto wygrywa, zostaje zapamiętany. On wygrał tam trzy mistrzostwa Włoch, krajowy puchar i Ligę Mistrzów.
Deschampsowi nie zależy więc na pięknej grze, tylko na zwycięstwach. Nie chce, by jego drużyna wymieniła choćby o jedno podanie więcej, niż jest to konieczne, by dotrzeć pod bramkę rywala. Od lat słyszy, że tak utalentowana Francja powinna grać ambitniej, ofensywniej i odważniej. A on od lat się nie zmienia. Styl jest dla niego nieważny. Nawet jak w 2018 r. zdobywał mistrzostwo świata, to na lewym skrzydle wystawiał Blaise’a Matuidiego, który z natury był środkowym pomocnikiem dobrze odbierającym piłkę, a nie żadnym dryblerem. Nawet na ofensywnej pozycji szukał więc dodatkowego zabezpieczenia. Wygrał? Wygrał. A że niektórzy narzekali? Nawet jego trenerski mentor Jean-Claude Suaudeau, który prowadził go w Nantes, wykorzystał ich spotkanie – zaaranżowane przez dziennikarzy "France Football" – do wejścia w polemikę, co w futbolu jest najważniejsze. Suaudeau powiedział:
– Jest takie powiedzenie: „Wygrać za wszelką cenę". Zupełnie go nie popieram.
– Dla mnie przyjemność tkwi tylko w zwyciężaniu – odparł Deschamps.
– Ale radość ze zwycięstw, o których mówisz, nie trwa długo. Może być potężna, ale i tak jest ulotna – argumentował.
– Ja czerpię przyjemność z każdego zwycięstwa. Pamiętam nawet okropne mecze moich drużyn, po których cieszyłem się z wygranej – przyznał selekcjoner reprezentacji Francji.
To była rozmowa idealisty z pragmatykiem. Ucznia, który nie dał się wychować na podobieństwo mistrza. Innym razem Deschamps odsyłał utyskujących na styl gry dziennikarzy do słowników, żeby sprawdzili, czym różni się piękna gra od dobrej gry. Ale najważniejsze, że Deschamps jest w tym podejściu do futbolu niezwykle spójny. Jego pragmatyzm wylewa się daleko poza boisko. Podjęcie każdej decyzji poprzedza pytaniem, czy przybliży go ona do odniesienia zwycięstwa. Piłkarze mogą do tego podchodzić różnie, ale żaden z nich nie zarzuci Deschampsowi, że realizuje w kadrze ukryte interesy albo kogoś niesprawiedliwe forsuje. Wiedzą, że ten człowiek nie zrobi nic, co nie przybliży go do wygranej. Jego zawodnicy wiedzą, że nie kieruje się sympatiami, co w tak rozedrganej reprezentacji jak Francja już na starcie może wiele ułatwić.
Jak autorytarny, ale i opiekuńczy ojciec
I choć warsztat Deschampsa był wielokrotnie rozkładany na czynniki pierwsze, trudno wyłapać w tych analizach jakąś niesamowitą historię czy anegdotę, która zobrazowałaby, jak radzi sobie z gwiazdami. Psychologowie, którzy podjęli temat, stwierdzili, że ma do piłkarzy paternalistyczne podejście, które przypomina relację autorytarnego, lecz opiekuńczego ojca z synem. Deschamps wie, kiedy zareagować ostrzej, a kiedy przymknąć oko. Kiedy ochrzanić, a kiedy wesprzeć. Nie próbuje się z piłkarzami zaprzyjaźniać, ale bardzo się nimi interesuje – wie, jak wygląda ich życie prywatne, jakiej słuchają muzyki, jak lubią spędzać wolny czas i z jakiego pochodzą domu. Sam mówi, że prowadzi piłkarzy w wieku swojego syna, co ułatwia mu nawiązywanie z nimi kontaktu i zrozumienie ich świata. Wciąż dostosowuje się do pokolenia, z którym pracuje, więc jego odprawy taktyczne skróciły się czterokrotnie względem czasów, gdy zaczynał. Pozwala też używać telefonów w szatni, bo przecież dla jego syna też jest on przedłużeniem ręki.
Na konferencjach prasowych wypowiada się jak dyplomata. Waży każde słowo. Był też jednym z pierwszych trenerów, którym w nawyk weszło zakrywanie ust, by nikt nie mógł przeczytać z ruchu warg, co powiedział danemu piłkarzowi albo swoim asystentom. Nie chce dokładać prasie kolejnych tematów. To też odróżnia go od Domenecha.
Nie tylko dziennikarzy sportowych interesuje, jak zarządza tak wymagającą grupą jak reprezentacja Francji. Pytają go o to choćby szefowie i kierownicy wielkich firm na rozmaitych biznesowych konferencjach. – Często słyszę pytanie: „Wow! Didier, chyba nie jest łatwo zarządzać Kylianem, Michalem Olise, Ousmane'em Dembélé i całą resztą…". Myślę, że to o wiele łatwiejsze niż zarządzanie zawodnikami z Ligue 1, Ligue 2 i jeszcze niższych poziomów rozgrywkowych, bo największym problemem jest zarządzanie piłkarzami, którzy mają się za bardzo dobrych, a wcale takimi nie są. To zwykle powoduje tarcia w zespole. Tymczasem piłkarze, o których jestem pytany, należą do najlepszych na świecie. Mają bardzo wysoki poziom samoświadomości. Nie będą powodować problemów, bo są skupieni na osiągnięciu celów – tłumaczy Deschamps. – Mogę też zapewnić, że oni wszyscy pamiętają, że grają w zespole. Nawet jeśli któryś z nich wie, że może indywidualnie zrobić na boisku różnicę, to i tak będzie do tego potrzebował wsparcia zespołu – dodał, a przy okazji nadmienił, że powszechne opinie o egoizmie Kyliana Mbappé są nieprawdziwe i niewiele osób wie, jaki jest naprawdę.
Może to jest właśnie największą siłą Deschampsa? Może jego niezwykłość nie polega na niczym niezwykłym? Na pewno w opanowaniu reprezentacji Francji pomagają mu doświadczenie, wrażliwość i czułe oko, które wychwytuje społeczne zmiany. Dzięki temu wie, że dzisiaj znacznie większą ekscytację we Francuzach wzbudza już jego prawdopodobny następca Zinédine Zidane, od lat czekający w blokach na posadę selekcjonera. I Deschamps zupełnie nie jest tym zaskoczony. – W pewnym momencie moja twarz musiała wam się znudzić. Żyjemy we Francji.
Kłopoty bogactwa. Jak zwykle
Wyliczanie, ile składów mogłaby wystawić uginająca się od utalentowanych piłkarzy reprezentacja Francji i jak daleko w mistrzostwach zaszłaby nawet jej trzecia jedenastka, już za nami. To ulubiona zabawa kibiców i ekspertów, która towarzyszy ogłaszaniu powołań i ma na celu unaocznić, z jak silną, szeroką i wszechstronnie uzdolnioną drużyną mamy do czynienia. Mimo wszystko na liście Didiera Deschampsa nie ma wielkich zaskoczeń. Warto odnotować brak Eduardo Camavingi, pomocnika Realu Madryt, który ma za sobą słaby sezon, oraz pominięcie Randala Kolo Muaniego, który dał dobrą zmianę w poprzednim finale mundialu z Argentyną, ale również ma za sobą kiepski okres.
Francja jest w dobrej formie – od roku nie przegrała meczu, a w marcowych sparingach pokonała Brazylię i Kolumbię. Na mundialu największym wyzwaniem dla Deschampsa będzie zmieszczenie w jedenastce najbardziej utalentowanych piłkarzy bez zaburzenia równowagi całej drużyny. Deschamps uwielbia, gdy jego drużyny są stabilne, ale o tę stabilizację może być trudno przy tylu ofensywnie nastawionych zawodnikach. Jak to zrobi? Może znów wpadnie na nietypowy pomysł jak z Matuidim na mundialu w Rosji.
Niemal na pewno ustawi swój zespół w formacji 1-4-2-3-1. W bramce stanie Mike Maignan (Milan), a na środku obrony zagrają William Saliba (Arsenal) i Dayot Upamecano (Bayern Monachium) – zawodnicy, którzy mają za sobą znakomity sezon, zdobyli mistrzostwa, daleko zaszli w Lidze Mistrzów i byli podporami swoich zespołów. Nieco gorzej wygląda obsada boków obrony. Po prawej stronie pewny miejsca wydaje się Jules Koundé, mimo że rozegrał w Barcelonie znacznie gorszy sezon od poprzedniego, natomiast do gry po lewej stronie kandydatów jest aż trzech: Lucas Digne (Aston Villa), Théo Hernandez (Al Hilal) i Lucas Hernandez (PSG). Styl gry każdego z tych piłkarzy jest nieco inny i może być dopasowywany pod konkretnego rywala. Na starcie faworytem wydaje się Digne.
Środek pola prawdopodobnie stworzą Aurélien Tchouaméni z Realu Madryt i Adrien Rabiot z Milanu. To przede wszystkim na ich barkach będzie spoczywał obowiązek zapewnienia drużynie stabilizacji i równowagi. Szansę gry może też dostać 20-letni Warren Zaïre-Emery z PSG.
Dalej jest już prawdziwy gwiazdozbiór: Michael Olise (Bayern), Ousmane Dembélév (PSG), Kylian Mbappé (Real) i ktoś z dwójki: Désiré Doué, Bradley Barcola (obaj PSG). Przypisanie do konkretnych pozycji? Sam Dembélé niedawno zabrał w tej sprawie głos i powiedział, że jest tylko umowne. Należy więc spodziewać się ciągłych rotacji, zejść skrzydłowych do środka i napastników na skrzydła. – Rywale mogą się wtedy pogubić – argumentował zdobywca Złotej Piłki.
W marcowym sparingu z Brazylią Mbappé wyjściowo zajął pozycję napastnika, Olise grał za jego plecami, a Dembélé bliżej prawej strony. Ale biada rywalom, którzy przesadnie się do tego przywiążą. Ogromną siłą Francji powinna też być ławka rezerwowych, na której usiądą m.in. Rayan Cherki, magik z Manchesteru City, Marcus Thuram – napastnik mistrzowskiego Interu.
I jeszcze jedno: Francja, mimo całego brokatu w ofensywie, nie musi na tych mistrzostwach błyszczeć. Niemal na pewno znajdą się drużyny grające piękniej. Ale przecież Deschamps wyjaśniał już różnicę między grą piękną a dobrą.
(1-4-2-3-1): Maignan – Koundé, Saliba, Upamecano, Digne – Tchouaméni, Rabiot – Dembélé, Olise, Barcola – Mbappé


