Sport.pl+

Mają 160 tys. mieszkańców i usłyszy o nich cały świat. Absolutne szaleństwo

Willemstad, czyli stolica Curacao z lotu ptaka
Fot. Nico De Pasquale Photography via Getty Images

To kraj z wysepki znacznie mniejszej niż Islandia, którego liczba ludności jest mniejsza niż liczba mieszkańców Radomia, Torunia czy Kielc. Curacao nawet marzeń nie miało wielkich. Tylko sensacja w całej tej historii z awansem na mundial jest doprawdy gigantyczna.

Korytarz jest wąski, ściany pomalowane żółtą olejną farbą. Leandro Bacuna, kapitan drużyny, idzie jako pierwszy. Ma przymknięte oczy, kołysze się na boki. Za sobą ciągnie duży głośnik, obok kilkoro dzieci w reprezentacyjnych koszulkach, kolegów z drużyny i pracowników federacji. Wszyscy śpiewają i machają rękami. Są w raju. Wychodzą ze stadionu w Willemstad po zwycięstwie 2:0 nad Jamajką, dzięki któremu na półmetku kwalifikacji wepchnęli się na pierwsze miejsce w grupie.

Curacao nigdy nie grało na mundialu. Nigdy nie było nawet blisko. A w tamtym momencie od awansu dzieliły ich tylko trzy kroki. Wykonali je, nie potknęli się – w ostatnich meczach zdobyli pięć punktów i utrzymali prowadzenie w grupie do samego końca. Pierwszy raz w historii awansowali na mundial. Sensacja? To mało powiedziane.

Dzięki piłce Curacao przypomina, że istnieje

– To niemożliwe. To naprawdę niemożliwe dla takiej małej wysepki! – mówił skrzydłowy Kenji Gorré zaraz po wywalczeniu awansu. On i jego koledzy z reprezentacji sami nie mogli uwierzyć, że pojadą na pierwszy w historii mundial. Przypisywali to boskiej ingerencji i mówili o cudzie, a mniej wierzący zachwycali się 78-letnim Dickiem Advocaatem, który w Stanach Zjednoczonych, Meksyku i Kanadzie będzie najstarszym selekcjonerem w historii mundialu. Jego również perspektywa awansu bardzo wzruszała. Łzy pociekły mu po policzkach nawet na konferencji prasowej po wspominanym już kluczowym zwycięstwie nad Jamajką, gdy do końca eliminacji wciąż pozostawały trzy mecze. Advocaat z jednej strony przestrzegał wtedy, że nic nie jest jeszcze pewne, i apelował, by nie cieszyć się zbyt wcześnie, jednak sam ulegał wielkim emocjom. – Cóż, w moim wieku łatwiej o wzruszenie. Ale to dlatego, że ta grupa jest tak blisko siebie. Nigdy w życiu czegoś takiego nie doświadczyłem. Stąd właśnie biorą się te emocje – tłumaczył później.

W pewnym momencie, już po wywalczonym awansie, jego udział w mundialu był jednak niepewny. Pod koniec lutego niespodziewanie zrezygnował z bycia selekcjonerem, by opiekować się swoją chorą córką. I chociaż wszyscy przyjęli jego decyzję ze zrozumieniem i współczuciem, to wokół reprezentacji wybuchł olbrzymi chaos. Filmowa historia Curacao miała się doczekać jeszcze jednego zwrotu akcji.

To dlatego, że następca Advocaata Fred Rutten, również Holender, został znaleziony raptem cztery miesiące przed turniejem i poprowadził Curacao w zaledwie dwóch meczach, ale i tak zdążył wszystkich do siebie zniechęcić. W pierwszym spotkaniu przegrał 0:2 z Chinami, a w drugim został zdemolowany 1:5 przez Australię. I choć były to spotkania rozgrywane w ramach FIFA Series, czyli turnieju bez żadnej renomy i stawki, który ma dodać meczom towarzyskim nieco więcej prestiżu, to wystarczyło, by wspaniały nastrój po wywalczeniu awansu na mundial nagle wyparował. Osieroceni przez Advocaata piłkarze – to żadna przesada, bo wielu z nich nazywa go ojcem – kompletnie nie kupili metod jego następcy. A że nie polubili go też kibice i narzekał na niego nawet główny sponsor federacji, to decyzja mogła być tylko jedna. – Nie może być klimatu, który szkodzi zdrowym relacjom w zespole i wśród personelu. Czas nagli, a Curacao musi iść naprzód – powiedział Rutten, gdy po 77 dniach pracy ogłaszał, że rezygnuje z prowadzenia kadry.

Zobacz wideo Łukasz Piszczek ambasadorem Sport.pl+

I tutaj nastąpił ten niesamowity zwrot akcji – stan zdrowia córki Dicka Advocaata na tyle zdążył się ustabilizować, że ukochany przez wszystkich piłkarzy trener wrócił do prowadzenia kadry. To on pojedzie z nią na mundial i spróbuje dokonać kolejnego cudu w grupie z Niemcami, Ekwadorem i Wybrzeżem Kości Słoniowej. Kto miałby to zrobić, jeśli nie człowiek, który w Curacao ma niemal boski status i jest podejrzewany o posiadanie nadludzkich zdolności.

Jego zasługi dla kraju wykraczają daleko poza sport. Piłka nożna jest bowiem dla liczącego niecałe 160 tys. mieszkańców Curacao platformą, dzięki której może przypomnieć światu o swoim istnieniu. Mundial ma być okazją, by opowiedzieć o sobie światu i zaprosić na piękne plaże.

– Udział w wielkich turniejach to dobry sposób na promocję naszej wyspy i wspaniałych ludzi, którzy tutaj mieszkają. Od dawna jest tak, że kiedy gramy mecze u siebie, na Curacao, to fani przeciwników przy okazji stają się naszymi turystami – tłumaczy Brenton Balentien, przywódca kibicowskiej grupy.

Patrick Kluivert wylał fundament. Dick Advocaat buduje dalej

Curacao leży na morzu karaibskim, 65 km na północ od Wenezueli. Słynie z pięknych plaż, kolorowej architektury i niebieskiego likieru z gorzkich pomarańczy. Od 2010 roku nie jest już częścią Antyli Holenderskich, lecz autonomicznym krajem wchodzącym w skład Królestwa Niderlandów – ma więc własny rząd i parlament, samodzielnie decyduje o wewnętrznych sprawach, ale np. w kwestii polityki zagranicznej i obronności polega na rządzie w Hadze. Każdy obywatel Curacao ma też holenderski paszport, co ułatwia podróżowanie i pracę w Unii Europejskiej. Na wyspie mieszka ok. 159 tys. osób, z czego 150 tys. w samym Willemstad, stolicy, nazywanej czasem Małym Amsterdamem. Holenderskie wpływy widać na każdym kroku. W futbolu także – w jedenastce, która wybiegła na ostatni mecz z Trinidadem i Tobago, było dziesięciu wychowanków holenderskich klubów. Wyjątek – Kenji Gorré – był szkolony w Manchesterze United. Dziewięciu piłkarzy grało wcześniej w młodzieżowych reprezentacjach Holandii. Selekcjonerami Curacao też zazwyczaj są Holendrzy – przed Advocaatem pracowali tam m.in. Patrick Kluivert i Guus Hiddink.

Pojawienie się Kluiverta w 2015 r. było zresztą fundamentem budowy obecnej reprezentacji. – Moja mama pochodzi z Curacao i zawsze była bardzo związana z tym miejscem, dlatego ja też dobrze znam wyspę i mam tutaj wielu przyjaciół. Zawsze czułem silną więź z Curacao i czułem się tutaj jak w domu. Nie mogłem odmówić, gdy dostałem propozycję bycia selekcjonerem – tłumaczył były znakomity piłkarz Ajaksu, Barcelony i Milanu. Zatrudnienie Kluiverta miało podwójne znaczenie – był wtedy obiecującym trenerem, wyciągniętym prosto ze sztabu Louisa van Gaala, z którym poprowadził Holandię do trzeciego miejsca na mistrzostwach świata w Brazylii, ale przede wszystkim wciąż był wielką gwiazdą holenderskiej piłki, jednym z jej symboli. Curacao już wcześniej wyszukiwało w Holandii zawodników mających wyspiarskie korzenie i namawiało ich do zmiany reprezentacji, ale dopiero pojawienie się Kluiverta dodało temu projektowi wiarygodności.

Kluivert okazał się skutecznym magnesem. To wtedy dla Curacao zaczął grać obecny kapitan Leandro Bacuna, występujący wcześniej w Aston Villi, Cardiff City czy Watfordzie. To u Kluiverta debiutował Eloy Room, jeden z absolutnych ulubieńców kibiców, przez lata bramkarz Vitesse. W tych eliminacjach też jest bohaterem – mimo że od lata nie ma klubu, to w meczach z Jamajką oraz Trynidadem i Tobago był najlepszym zawodnikiem na boisku. Dzięki namowom Kluiverta dla Curacao zaczął też grać Cuco Martina, mający 45 występów w Premier League. Z wyspą zżył się tak, że wciąż jest rekordzistą pod względem liczby rozegranych meczów dla reprezentacji, a od kilku miesięcy gra dla lokalnego Victory Boys. Ale równie ważne jak transfery było to, że Kluivert podniósł standardy w samej federacji – domagał się choćby wyremontowania boisk treningowych i szatni. Efekt jego pracy był natychmiastowy – przez półtora roku reprezentacja awansowała o 109 pozycji w rankingu FIFA – ze 183. miejsca na 74.

Nie śpiewasz? Nie tańczysz? Pokazujesz, że nie jesteś z Curacao

Dick Advocaat idzie podobną drogą. Zanim w styczniu 2024 r. zgodził się zostać selekcjonerem Curacao, domagał się, by federacja najpierw spłaciła wszelkie zaległości, jakie miała wobec piłkarzy. Powołuje piłkarzy grających na co dzień m.in. w Holandii, Anglii i Turcji. I także namawia kolejnych młodych zawodników, by nie czekali na powołanie z Holandii i już dziś zdecydowali się reprezentować Curacao. Przekonuje, że lepiej być gwiazdą tutaj niż tam jednym z wielu. Musi tak robić. Jeśli bowiem kadra ma jakkolwiek liczyć się w międzynarodowych rozgrywkach, nie może zrezygnować z takich wzmocnień. Na wyspie mieszka zaledwie 70 tys. mężczyzn, a krajowa liga jest niewielka i półprofesjonalna. Nawet jeśli na wyspie dorastają utalentowani chłopcy, to najlepsze holenderskie kluby – Ajax, PSV czy Feyenoord – błyskawicznie zapraszają ich do swoich akademii. Advocaat i najstarsi reprezentanci dbają jednak o to, by do kadry nie trafiali przypadkowi zawodnicy - muszą nie tylko spełniać formalne wymagania, ale też chcieć się zintegrować i przyjąć panujące w drużynie zwyczaje – np. podróżowanie na mecze rozgrywane w Willemstad tradycyjnym "szkolnym" autobusem pozbawionym szyb. To element lokalnej tradycji. Żadnemu piłkarzowi nie przyjdzie do głowy, by zapytać, gdzie jest klimatyzowany luksusowy autobus. To reprezentacja, której na każdym kroku towarzyszy lokalna muzyka, a wspólny taniec jest elementem chrztu, który przechodzą wszyscy nowi piłkarze. Nie śpiewasz? Nie tańczysz? Pokazujesz, że nie jesteś z Curacao.

Advocaat ma 78 lat. Ale w Curacao odmłodniał. – Ludzie są tutaj niezwykle serdeczni. Każdy dzień zaczynają od uścisku. Ktokolwiek wchodzi do mojego gabinetu, chce mnie przytulić. Mówię tym ludziom, że moje kolana mogą nie wytrzymać ciągłego wstawania – żartował, gdy odwiedzili go holenderscy dziennikarze. – Pracuję dokładnie tak samo, jakbym wciąż trenował holenderską reprezentację. Wymagam, by wszystko było idealnie zorganizowane: sprzęt, stroje, hotele, boiska. Wiem, że pieniędzy jest niewiele, ale zawsze można znaleźć jakiś sposób. W liniach lotniczych znaleźliśmy ludzi, którzy za darmo robią wszystko, by podróżowało nam się jak najwygodniej. Dużo się zmieniło. Na początku graliśmy na boiskach, na jakich nigdy wcześniej nie byłem. Wysoka trawa, ogromna kałuża na środku. Pamiętam mecz z Grenadą. Byłem przekonany, że się nie odbędzie. Ale graliśmy. I jeszcze gola udało nam się strzelić dzięki temu, że piłka na chwilę ugrzęzła w błocie – śmiał się.

– Zawsze w autobusie mamy głośnik. Kiedyś poprosiłem piłkarzy, żeby włączyli mi Barry'ego Manilowa, Roda Stewarda albo George’a Michaela. Ale posłuchaliśmy tylko pięć minut, bo powiedzieli, że zaraz zasną. Mają wielki entuzjazm. To zaraźliwe. My w sztabie jesteśmy starzy, ale dzięki piłkarzom w ogóle tego nie czujemy – opowiada Advocaat. Będzie najstarszym selekcjonerem, jaki kiedykolwiek poprowadził reprezentację na mundialu. 

Błękitna fala zalewa wyspę

Lokalne media piszą już, że wyspę zalała Błękitna Fala, jak nazywana jest reprezentacja Curacao. Ekscytacja miesza się z dumą. Jeszcze nigdy kadra nie była na mundialu. Oczywiście, reforma mundialu i rozszerzenie go do 48 drużyn dało szansę mniejszym reprezentacjom, ale mało kto spodziewał się, że wykorzysta ją tak mały kraj jak Curacao. Nie byłoby to możliwe, gdyby nie prowadzone od dziesięciu lat reformy. – Kiedy zaczynaliśmy pracę, na nasze mecze przychodziło sto osób. Teraz na stadionie jest dziesięć tysięcy – zauważa Advocaat.

Kees Jansma, jego rówieśnik i znany holenderski dziennikarz, który zgodził się być rzecznikiem prasowym reprezentacji Curacao, dodaje: – Ludzie pytają, kiedy następny mecz. Nie można już kupić biletów na nasze mecze. Entuzjazm jest ogromny. Na wyspie realnie przebywa około 140 tys. mieszkańców, a na nasze mecze przychodzi 10 tys. Przecież to prawdziwy dom wariatów. W dobrym tego słowa znaczeniu.

Jednym z najwierniejszych kibiców jest wspomniany na początku Brenton Balentien. Wszyscy mówią na niego "Payo". To skrócona wersja słowa "payaso" oznaczającego klauna. W reportażu Goal.com przyznaje, że zawsze był szalony, a pseudonim, jeszcze w dzieciństwie, wymyślił mu jego wujek. Trzeba być nieco szalonym, by mieszkając na Curacao, zainteresować się piłką nożną, a nie baseballem, który wciąż jest najpopularniejszą dyscypliną na wyspie. Kiedyś w ogóle nie miał konkurencji, dopiero od kilku lat piłka nożna rzuca mu wyzwanie. Sukcesy reprezentacji na pewno w tym pomagają.

"Payo" ma dziś 32 lata. Od 8 do 17 jest windykatorem, po godzinach pracy prowadzi bar, w którym można ponoć wypić najlepsze drinki na wyspie, a na meczach reprezentacji prowadzi doping. Zanim wyjdzie z domu, mama i żona malują mu całą twarz niebieską farbą. To jego znak rozpoznawczy. – Mogę z dumą powiedzieć, że jestem Yui di Kòrsou, czyli Dzieckiem Curacao. To termin stworzony przez jednego z naszych lokalnych artystów Jeana Paula Fernandesa. Zapowiadałem się na niezłego piłkarza. Grałem w kadrze do lat 20. Wciąż gram amatorsko w drugiej lidze i jestem trenerem dzieciaków. Ale przede wszystkim jestem kibicem reprezentacji. Gdy gramy u siebie, zwołuję wszystkich, by dołączali do dopingu. Pomagam też federacji sprzedawać bilety i zapełniać stadion. Kiedy jesteśmy już na stadionie, szalejemy przez 90 minut. Śpiewamy i tańczymy. Curacao to cały mój świat. Kocham tę wyspę całym sercem. Wszędzie, gdzie jestem, daję temu wyraz. Zresztą, my, Curaçaończycy, tak mamy. Gdziekolwiek się pojawimy, ludzie nas zauważą. Mówimy głośno i błyskawicznie nawiązujemy przyjaźnie – opowiada Goal.com.

Dla Curacao awans na mistrzostwa świata jest czymś więcej niż spełnieniem marzeń, bo o mundialu jeszcze niedawno nikt tam nawet nie marzył.

Artykuły Powiązane

Wczytywanie kolejnego artykułu...