Kibicowanie słabszym na mundialu to nie fanaberia, to moralny obowiązek. Przynajmniej dla mnie. Całe szczęście, że piłka nożna w całym swoim nastawieniu, by bogatych czynić jeszcze bogatszymi, zachowała to jedno miejsce, w którym kopciuszek może spełniać swoje sny - pisze Michał Kiedrowski ze Sport.pl.
Wstydziłem się powiedzieć rodzicom, dlaczego płaczę. W końcu jednak musiałem to wyznać: z powodu Julio Césara Arzú. To nazwisko niewielu kibicom coś powie. Kto by pamiętał bramkarza Hondurasu sprzed lat, który żadnej wielkiej kariery nie zrobił. W moim sercu zapisał się jednak na zawsze. Dzięki niemu przeżywałem niezwykłe emocje, gdy podczas mundialu w 1982 roku w Hiszpanii Honduras nie tylko zremisował z gospodarzami, ale też nie dał się pokonać Irlandii Północnej, która na tamtym mundialu miała chyba najsilniejszą drużynę w swojej historii. Oczywiście bohaterem tych meczów był Arzú, którego Hiszpanie pokonali dopiero, gdy dostali od sędziego rzut karny. To była jednak tylko bramka na 1:1. Z Irlandią Północną było na odwrót. To Honduras sensacyjnie wyrównał w 60. minucie.
Zawsze kibicuję słabszym
W końcu przyszedł mecz z Jugosławią. Piłkarze z Ameryki Środowej bronili się dzielnie do 88. minuty, gdy sędzia podyktował rzut karny dla Plavich, czyli Niebieskich. W moim odczuciu decyzja była głęboko niesprawiedliwa. Vladimir Petrović nie dał szans Arzú. Honduraski bramkarz tylko zamarkował, że rzuci się w lewy róg, a piłka wpadła do siatki w prawym. Piłkarze z Ameryki Środkowej tym razem strat nie odrobili i odpadli z rywalizacji. Arzú leżał na boisku i płakał, a razem z nim poryczałem się i ja – 10-letni chłopiec z Polski.
Radość Jugosłowian nie trwała długo. W rozegranym następnego dnia meczu – tak, to były czasy, że wierzono w sportową postawę piłkarzy i nie rozgrywano ostatniej serii meczów w grupie o tej samej porze – Irlandia Północna pokonała Hiszpanię, dzięki czemu do drugiej rundy awansowały obie drużyny, a Jugosłowianie pojechali do domu.
Bolesne przeżycia związane z pierwszym oglądanym od deski do deski mundialem nie zmieniły mojej postawy życiowej. Zawsze kibicuję słabszym. Wiem, że to postawa dość naiwna i nieżyciowa. Niestety argumenty tych, którzy chcieli mi to wyperswadować, nigdy do mnie nie trafiały. Jedni argumentowali, że powinienem kibicować przede wszystkim tym, którzy są nam bliżsi kulturowo – niezależnie od tego, czy są faworytami, czy nie. Inni – że lepiej kibicować faworytom, bo zazwyczaj ładniej grają w piłkę. Przecież ci słabsi prawie zawsze futbol mordują: murują bramkę, a gole strzelają tylko przypadkiem. I choć rozum przyjmował te argumenty, to serce nie słuchało.
W sporcie liczą się emocje, z których rodzą się legendy
I dotyczyło to nie tylko piłki nożnej. Michael Jordan nigdy nie był moim idolem, choć oczywiście, rozumowo rzecz biorąc, podziwiałem jego sportową klasę. Gdy jednak zarywałem noc, by oglądać finały NBA, zawsze byłem po stronie rywali Chicago Bulls.
Jakoś podskórnie czułem, że w kibicowaniu faworytom nie ma dla mnie żadnej frajdy. Co jest fajnego w tym, że silniejszy rozbija słabszych? Ale gdy słabszy sprawia sensację, to jest dopiero historia! Jest o czym wnukom opowiadać! Historia kopciuszka rozgrywa się na naszych oczach. Na zwycięstwie Dawida nad Goliatem całe królestwo można zbudować. W sporcie przecież nie są najważniejsze medale i tytuły, lecz emocje, z których rodzą się legendy.
Jedno takie przeżycie i można zapomnieć o tysiącu wcześniejszych rozczarowań. Zwłaszcza że, gdy słabszy przegrywa z silniejszym, o rozczarowaniu mowy być nie może.
I nigdy nie miało dla mnie większego znaczenia, kto jest tym słabszym. Czy to wzorcowa demokracja, zapyziała dyktatura, czy obrzydliwa monarchia absolutna. Zawsze oddzielałem politykę od sportu. Oczywiście meczów z udziałem Polaków to kibicowanie słabszym nie dotyczyło. W nich zawsze byłem po stronie rodaków.
Na mistrzostwach świata w USA, Kanadzie i Meksyku też będę kibicował słabszym. Liczę, że znów zobaczymy niespodziankę co najmniej taką, jaką sprawiło Maroko przed czterema laty, gdy jako pierwszy zespół z Afryki dotarło do półfinału mundialu.
"Najwięcej kibiców mają zwycięskie drużyny"
Dopiero na potrzeby tego artykułu dowiedziałem się, że imperatyw kibicowania słabszym jest całkiem dobrze opisany w literaturze naukowej. Jak zwykle nieocenieni są tu amerykańscy naukowcy. Oni mają nawet na to osobny termin: underdog effect. Okazało się, że w grupie kibiców, którzy nie mają wcześniej sprecyzowanych sympatii, większość (w niektórych badaniach aż 75 procent) trzyma kciuki za słabszych, a nie faworytów. Co więcej – neutralni kibice uważają, że słabeusz bardziej zasługuje na zwycięstwo. Efekt jest tym większy, im większa jest różnica między przeciwnikami, jeśli chodzi o zasoby i prestiż. Stronie słabszej neutralni kibice przypisują też większą pracowitość, waleczność czy wytrwałość.
Jednak underdog effect ma swoje ograniczenia. To znaczy, nie mają co liczyć na przychylność neutralnych kibiców zespoły i zawodnicy, którzy pochodzą z zasobnych krajów. Zapóźnione piłkarsko Stany Zjednoczone czy Arabia Saudyjska raczej nie mogą liczyć, że dostaną od kibiców premie za bycie słabszym w meczach z silniejszym rywalem.
Zdaniem psychologów underdog effect wynika z wrodzonego poczucia sprawiedliwości. Starcie dużo silniejszego ze słabszym uważamy za niesprawiedliwość, która wymaga zadośćuczynienia w postaci zwycięstwa tego gorszego. I z tego poczucia sprawiedliwości wynika też, że zawodnicy z krajów czy miast zasobnych i bogatych na takie poczucie sprawiedliwości nie mogą liczyć, nawet gdy sportowo są wyraźnie słabsi.
Ten efekt nie ogranicza się tylko do sportu. W polityce podczas wyborów też możemy go zaobserwować, gdy niezdecydowani wyborcy wybierają raczej kandydata "niesprawiedliwie" traktowanego przez media niż tego, który może liczyć na większe zasoby i poparcie salonów.
Jednak, jak to w psychologii bywa, nie jest to wszystko jednoznaczne, bo oprócz efektu słabeusza występuje zjawisko "rozkoszowania się odbitą chwałą", co my w Polsce znamy pod potocznym powiedzeniem: "Najwięcej kibiców mają zwycięskie drużyny". Otóż psychologowie na amerykańskich uczelniach zauważyli, że po zwycięstwach miejscowych akademickich drużyn większa liczba studentów była skłonna nosić koszulki zespołów i mówić: "my wygraliśmy". Po porażkach częściej zaś padało: "oni przegrali".
Niemniej jednak zachęcam: kibicujmy słabszym. Faworyci nie dadzą nam tej frajdy.
