Czy fundamentem sukcesu reprezentacji Hiszpanii stało się długo oczekiwane porozumienie między piłkarzami Realu Madryt i Barcelony? Odpowiedź nie może być jednoznaczna.
Luis Enrique roześmiał się w głos. Do dziś irytują go teorie, które w prosty sposób tłumaczą skomplikowane problemy. Zapytałem go, czy długoletni konflikt między Realem i Barceloną nie szkodzi drużynie narodowej. Odpowiedział, że patrzy na to z przeciwnej perspektywy. – Rywalizacja tych klubów jest sprężyną napędzającą rozwój hiszpańskiej piłki – stwierdził.
Krew Luisa Enrique
Uznałem, że wie, co mówi. Był wtedy uznawany za najlepszego piłkarza w Hiszpanii, był jednym z nielicznych, którzy grali w obu gigantach La Liga. W połowie 1996 roku przeniósł się z Santiago Bernabéu na Camp Nou, by dwa lata później świętować z Barceloną mistrzostwo Hiszpanii.
Rozmawialiśmy przy okrągłym stole, w podziemiach Camp Nou, w maju 1998 roku. Barcelona była już pewna mistrzostwa kraju, Real miał zaraz sięgnąć po siódmy triumf w Pucharze Europy. Czekał na to 32 lata.
W dniu naszego wywiadu kataloński dziennik "Sport" zamieścił okładkę ze zdjęciem wielkiego łóżka, rozstawionego na murawie stutysięcznego stadionu Barcelony, na którym siedział Luis Enrique. I marzył. O tytule mistrza świata, wywalczonym z reprezentacją Hiszpanii na zbliżającym się mundialu we Francji. Jak wiemy, skończyło się to traumatycznie (o tym poniżej).
Obecny trener PSG jako piłkarz poza techniką i walecznością miał niezwykłą wydolność. Po zakończeniu kariery piłkarskiej przebiegł maraton w czasie poniżej trzech godzin, pokonał Saharę, startował w triatlonach. Do dziś utrzymuje wagę i formę mimo 56 lat.
Miał być gwiazdą Hiszpanii już na mundialu w 1994 roku w USA. La Roja wypadła jednak zgodnie z utartą zasadą: "Gramy jak nigdy, przegrywamy jak zawsze". Ćwierćfinał jeszcze raz okazał się przekleństwem Hiszpanów. Luis Enrique i jego koledzy zmierzyli się w nim z Włochami 9 lipca w Bostonie. W tamtych czasach Italia była "czarną bestią" Hiszpanów. Mecz był ekstremalnie zacięty, La Roja przegrała 1:2. Do historii przeszedł brutalny faul Mauro Tassottiego na Luisie Enrique. Hiszpan broczył krwią z nosa po ciosie łokciem Włocha. Sędzia nie zauważył brutalnego faulu. Gdyby korzystano wtedy z VAR-u, Tassotti dostałby czerwoną kartkę, a Hiszpanie rzut karny. Być może historia potoczyłaby się inaczej? Być może.
Ale i tak była na to wielka szansa. W końcówce, przy stanie 1:1, Julio Salinas z Barcelony, rezerwowy napastnik La Roja, zmarnował okazję na gola. Przegrał pojedynek sam na sam z bramkarzem Gianlucą Pagliucą. Po kontrze włoski gwiazdor Roberto Baggio był w identycznej sytuacji, mając przed sobą tylko Andoniego Zubizarretę i zdobył zwycięską bramkę dla Italii, która zagrała potem w finale z Brazylią na Rose Bowl (przegrała w karnych).
Na mundial do Francji cztery lata później Luis Enrique i jego koledzy jechali po rewanż, ale nie wyszli z grupy – po porażce z Nigerią 2:3 i bezbramkowym remisie z Paragwajem. Przeciwko Nigerii Hiszpania dwa razy obejmowała prowadzenie, ale pogrążyły ją błędy bramkarza Zubizarrety. W ostatnim spotkaniu Hiszpania musiała wysoko pokonać Bułgarię. Sześć goli jednak nie wystarczyło, bo pewni pierwszego miejsca w grupie Nigeryjczycy przegrali z Paragwajczykami. Kibice La Roja płakali na trybunach, gdy ich gracze wbijali kolejne bramki Bułgarom. Jedną z nich zdobył Luis Enrique.
"To Iniesta mojego życia"
Fatum? Przekleństwo? Złe moce? Kibice hiszpańscy tłumaczyli sobie porażki drużyny narodowej w magiczny sposób. Wielu uważało, że antagonizmy między piłkarzami Realu i Barcelony nie pozwalają im wspólnie walczyć o sukces Hiszpanii. Pytałem o to nie tylko Luisa Enrique czy jego kolegę Pepa Guardiolę z Barcelony, ale też graczy Realu: Raúla Gonzáleza, Fernando Hierro czy Fernando Morientesa. Wszyscy przeszli przez piekło porażek narodowej drużyny, ale nikt nie twierdził, że to kwestia konfliktów w szatni. Poza tym trudno byłoby to im przyznać publicznie, bo takie stwierdzenie wywołałoby oburzenie opinii publicznej.
Hiszpania zawsze była krajem o ogromnym potencjale piłkarskim. Szkółki Barcelony, Realu Madryt, Athletic Bilbao, ale też wielu mniejszych klubów i klubików to światowa awangarda w szkoleniu dzieci i młodzieży. Mój znajomy profesor filozofii pracujący na uniwersytecie w Walencji uważa, że przedmiotem głównego zainteresowania Hiszpanów jest rywalizacja klubowa, odzwierciedlająca podział kraju na regiony. Sevilla i Betis to reprezentanci Andaluzji, Real – Kastylii, Barcelona – Katalonii, Athletic i Real Sociedad – Kraju Basków. Zacięta rywalizacja regionów spychała piłkę reprezentacyjną na plan drugi, dlatego La Roja była raczej brzydkim kaczątkiem tułającym się po małych, lokalnych stadionach. Niewielu hiszpańskich kibiców się nią interesowało.
W jakimś stopniu jest tak do dziś. Ostatni mecz aktualnych mistrzów Europy z Egiptem odbył się na stadionie Espanyolu, wcześniejszy, z Serbią, na obiekcie Villarrealu. Od jakiegoś czasu stadionem reprezentacyjnym jest La Cartuja w Sewilli, gdzie podczas Euro 2020 Hiszpanie zremisowali z Polską (1:1). La Roja tylko od wielkiego święta gra na Santiago Bernabéu w Madrycie, a już w ogóle – na Camp Nou w Barcelonie. A przecież Duma Katalonii oddaje do kadry Hiszpanii najwięcej piłkarzy.
Tak czy siak, teoria, że piłkarze hiszpańscy przedkładają sukcesy klubowe nad reprezentacyjne, przetrwała próbę czasu do Euro 2008, przed którym selekcjoner Luis Aragonés pozbył się z drużyny gwiazdora Realu Madryt Raúla Gonzáleza. Wywołało to ogromne kontrowersje, bo związany z Atlético Madryt trener oparł kadrę na graczach Barcelony. Posądzano go o prywatną niechęć do królewskiego klubu, ale Aragonés obronił swoje racje. W ćwierćfinale turnieju w Austrii i Szwajcarii Hiszpania trafiła na Włochy i wreszcie dokonała przełomu. Po bezbramkowym spotkaniu z dogrywką gracze La Roja skuteczniej strzelali rzuty karne. Decydującego wykonał wychowanek Barcelony Cesc Fàbregas, grający wtedy w Arsenalu. Jak mówiono, Hiszpania doczekała nowej generacji graczy, wychowanych bez kompleksów i odpornych mentalnie. W finale, po bramce Fernando Torresa z Liverpoolu, Hiszpanie pokonali Niemców 1:0.
Po tamtym sukcesie krytykowany Aragonés zrezygnował z pracy. Zastąpił go były piłkarz i trener Realu Madryt Vicente del Bosque. Udoskonalił drużynę narodową, która w RPA w 2010 roku sięgnęła po tytuł mistrzów świata. W finale z Holandią w podstawowej jedenastce Del Bosque wystawił siedmiu graczy Barcelony, trzech Realu i jednego z Villarrealu.
Po zwycięskim golu pomocnika Barcelony Andresa Iniesty komentujący mecz o złoto były obrońca i trener Realu Madryt José Antonio Camacho wykrzyczał: "To Iniesta mojego życia!". Zjednoczona wielkim sukcesem Hiszpania wyleczyła swój piłkarski kompleks. W Madrycie na nowych mistrzów czekały dziesiątki tysięcy fanów. Wreszcie reprezentacja wyszła z cienia Realu i Barcelony.
W tamtym czasie klub z Katalonii prowadzony przez trenera Pepa Guardiolę był najlepszy w Europie. Guardiola zrewolucjonizował futbol, większość trenerów na świecie próbowała go naśladować. I do dziś wielu naśladuje.
Nagroda za zgodę dla piłkarzy Realu i Barcelony
W 2010 roku na czele Realu stanął Portugalczyk José Mourinho, który wypowiedział Katalończykom futbolową wojnę. Po każdym klasyku, gdy brutalność sięgała zenitu, Del Busque musiał godzić rozpalonych emocjami graczy Realu i Barcelony. Dla selekcjonera Hiszpanii Mourinho był wrogiem publicznym numer 1. W czasie jednego z dramatycznych klasyków Real – Barca o Superpuchar Hiszpanii portugalski szkoleniowiec Madrytczyków w trakcie awantury wsadził palec do oka asystenta Guardioli. Tito Vilanovy.
Rywalizacja między dwoma największymi klubami w kraju wciąż była zacięta, ale udało się zapanować nad złością i niechęcią piłkarzy. Symbolem jedności i sukcesu narodowej drużyny byli pomocnik Xavi Hernández z Barcelony i bramkarz Iker Casillas z Realu. W 2012 roku obaj dostali za to prestiżową Nagrodę Księcia Asturii.
Kadra Hiszpanii stała się dumą tamtejszej piłki. Jak w bajce Andersena z brzydkiego kaczątka wyrósł piękny łabędź. Euro w Polsce i Ukrainie było apogeum zespołu Vicente Del Bosque. W finale w Kijowie Hiszpanie rozbili Włochów 4:0. Ich kapitan Iker Casillas prosił arbitra, by zakończył mecz bez dodatkowych minut, skracając męki i upokorzenie czterokrotnych mistrzów świata.
Po raz pierwszy jakakolwiek drużyna narodowa wygrała trzy kolejne wielkie turnieje (2008, 2010, 2012). Koniec nastąpił na mundialu w Brazylii, gdzie Hiszpanie przepadli w grupie. Turniej wygrali Niemcy kopiujący kombinacyjny sposób gry La Roja. Ich selekcjoner Joachim Löw nie krył podziwu dla reprezentacji Hiszpanii i dla Barcelony.
W następnych latach hiszpańska kadra utkwiła w przeciętności. Trzeba było poczekać na nowe pokolenie wybitnych piłkarzy. Na mundialach w Rosji w 2018 roku i w Katarze w 2022 roku wróciły upiory przeszłości. La Roja przegrywała w 1/8 finału – z Rosją i Marokiem, w obu przypadkach po seriach rzutów karnych.
Cztery lata temu w Katarze selekcjonerem La Roja był Luis Enrique. Po traumatycznej porażce z Marokiem, gdy jego piłkarze zmarnowali wszystkie trzy "jedenastki", natychmiast podał się do dymisji. Wydawało się, że to koniec kariery trenera, który w 2015 roku poprowadził Barcelonę do potrójnej korony, w tym piątego i ostatniego jak dotąd triumfu w Champions League. Odrodził się jednak w Paryżu, by spełnić marzenie PSG o tytule najlepszej drużyny Europy.
Odrodziła się też reprezentacja Hiszpanii. W 2024 r. odzyskała tytuł mistrzów Europy, pokonując w berlińskim finale Anglików 2:1. Ale wszystko się zmienia. Na mundial w USA, Kanadzie i Meksyku selekcjoner… nie zabrał ani jednego gracza Realu Madryt.