Miał operować ludzi. Zajął się jednak operowaniem swoim głosem i malowaniem sportowych emocji w kilkunastu dyscyplinach. Część z nich komentował "z przypadku". Został jednym z czołowych komentatorów w Polsce, znów usłyszymy go na mundialu. Wydał przed nim książkę, a Sport.pl opowiada o kulisach swojej pracy i drodze na szczyt.
Jacek Laskowski jest dziennikarzem sportowym od wczesnych lat 90. Oprócz Mateusza Borka, Macieja Iwańskiego i Dariusza Szpakowskiego jest obecnie jednym z głównych komentatorów TVP. Pracuje przy meczach reprezentacji Polski, Lidze Mistrzów i polskich rozgrywkach. Komentuje też siatkówkę i piłkę ręczną. Podczas kariery komentował 13 dyscyplin.
Kacper Sosnowski: Przydają się studia medyczne komentatorowi sportowemu?
Jacek Laskowski: Tak, z dwóch powodów. Pierwszy jest dosyć banalny: medycyna przez trzydzieści parę lat zmieniła się pod względem sposobów leczenia, leków, sposobów operacyjnych, ale organizm i jego funkcjonowanie, podstawy ratowania życia się nie zmieniły – to się przydaje zawsze. Po drugie, medycyna to studia, które wymagają bardzo dobrej organizacji.
Zawsze irytowały mnie narzekania, że to ciężkie studia, na których trzeba potwornie zakuwać, rezygnując z dóbr doczesnych. Ja uważałem, że nie. Medycyna jest taką dziedziną, w której trzeba się uczyć z sensem i dobrze sobie naukę organizować. Ja tę organizację miałem i na studiach sobie bez problemu poradziłem. Miałem czas, żeby jeździć na mecze, chodzić na imprezy, czytać książki niezwiązane z medycyną. To również dzięki studiom jestem dobrze zorganizowany w życiu i pracy. To mi się teraz nieustannie przydaje.
A medycyna czy prawo, gdzie danych jest sporo, a mózg zmuszany i ćwiczony jest do zapamiętywania masy rzeczy, nie pomogła potem w chwytaniu sportowej wiedzy?
– Nie wydaje mi się. Organizacja polega na tym, żeby wiedzieć, co trzeba i kiedy trzeba. Oczywiście, jeżeli jestem specjalistą chirurgiem, pewne rzeczy muszę mieć wyuczone, a nie za każdym razem doczytywać z książki. Poza tym gdzieś ten twardy dysk jest ograniczony. Jeżeli jestem chirurgiem, chirurgię muszę znać perfekcyjnie, ale jeżeli zdarzy mi się pacjent jednocześnie z chorym okiem, to dobrze, bym wiedział, jak spojrzeć na niego przekrojowo, a nie tylko odesłać go do innego lekarza, bo tak najłatwiej.
W karierze komentowałeś kilkanaście dyscyplin. Czujesz się bardziej jak chirurg piłki nożnej albo siatkówki czy internista sportu?
– Ani jedno, ani drugie. Zwariowałbym, gdybym wiedział wszystko na temat każdej dyscypliny. Nie jest to możliwe, muszę sobie to porządkować. Zwracać uwagę, co w najbliższym czasie będę komentował, czemu więcej czasu powinienem poświęcić, a jednocześnie wiedzieć, w którym momencie i do czego sięgnąć. Gdybyśmy zrobili quiz na temat piłki nożnej, hokeja, siatkówki, w którym miałbym się popisywać wiedzą, pewnie bym wypadł słabo. Tylko że nie o to chodzi. Moją pracą jest transmisja, a nie udział w quizie czy publicznym sprawdzaniu mojego zasobu informacji. Mam być przygotowany do transmisji.
A zgadzasz się ze stwierdzeniem, że jak ktoś jest od wszystkiego, to jest do niczego? Laskowski przy futbolu czy siatkówce, a nawet hokeju i piłce ręcznej nie dziwi, ale ty komentowałeś też m.in. snookera, narciarstwo alpejskie, kajakarstwo górskie...
– Jak kiedyś policzyłem, wyszło, że komentowałem 13 dyscyplin, ale oczywiście połowę z doskoku, część z przypadku. To czasami nie były moje wybory, ale raczej jednorazowe występy czy pomoc redakcji, bo nie było komu czegoś tam zrobić. Jak jednak robiłem jazdę po muldach, to się tej dyscypliny wyuczyłem: figur, możliwości punktacji. W 1998 roku, kiedy komentowałem muldy, wiedza nie była dostępna po wpisaniu pytania w komputerze.
Z głównymi dyscyplinami jednak jestem związany, one nie są z przypadku. W piłkę grałem całymi dniami, chłonąłem ją w telewizji, czytałem wszystkie możliwe gazety. Siatkówkę uprawiałem, potem sędziowałem przez wiele lat. Musiałem to sędziowanie przerwać z uwagi na pracę. Hokej to miłość wpojona przez ojca. Ale wychowywałem się przecież w czasach mistrzostw świata w 1976 roku w Spodku. W radzieckiej telewizji oglądałem potem Puchary Świata z najlepszymi drużynami w najlepszych składach, co na igrzyskach nie było możliwe. Miałem to wszystko poopisywane w moim zeszyciku, rok po roku. W piłkę ręczną też grałem. To jedyna dyscyplina, którą uprawiałem rzetelnie przez sześć lat. W latach 90. byłem wśród paru osób, które zakładały Polski Związek Snookera i Bilarda. Byłem nawet wiceprezesem tego związku, dlatego jeździłem na mistrzostwa Polski wręczać medale. Pamiętam, że były wtedy trzy kluby snookerowe w Polsce. Takie były początki. Potwierdziło to moją teorię, że każdy z nas będzie kiedyś jakimś prezesem. Ja to już mam za sobą.
Czyli ty też na antenie Eurosportu zarażałeś miłością do tej dyscypliny. Teraz w Polsce snooker ogląda się fantastycznie.
– Pierwsze mistrzostwa świata, które pokazywał Eurosport, skomentowałem praktycznie sam. Na chwilę włączał się Andrzej Person. Dopiero następne, wygrane przez Marka Williamsa, komentowali też Przemysław Kruk i Rafał Jewtuch. A w następnych latach już komentowali sami.
A propos współkomentatorów - jesteś człowiekiem, który kilka mocnych "dwójek", czyli komentatorów wspomagających, znalazł i wykreował: Grzegorz Mielcarski, Czesław Michniewicz, Robert Podoliński...
– Było ich więcej. W latach 90. szefem redakcji sportowej na Woronicza był Zygmunt Lenkiewicz, on pierwszy wpisał mnie na komentowanie. On mi zaufał. Uznał również, że będę dobrą osobą, by testować przy mnie innych. Dlaczego tak uznał? Myślę, że Andrzej Zydorowicz i Darek Szpakowski mieli już wyrobioną pozycję. Robili ważniejsze, zagraniczne mecze.
Ja oprócz zagranicznych robiłem także krajowe, te słynne relacje z drugich połów meczów polskiej ligi. Właśnie w takich meczach przy mnie debiutowali Janusz Basałaj, Romek Kołtoń, Rafał Nahorny. Jeden mecz komentowałem też z Olafem Lubaszenką. Po tym pierwszym meczu zdjął słuchawki i powiedział, że się do tego nie nadaje.
Później uznaliśmy, że do komentowania trzeba zaangażować ludzi piłki. Tylko że ten rynek nie był i nie jest aż taki szeroki. W Niemczech czy Anglii odbywa się to naturalnie. Nasze poszukiwania na początku XXI wieku były trudniejsze i obarczone jakimś ryzykiem. Cieszę się, że akurat do ekspertów miałem dobrą rękę: Grzegorz Mielcarski, Jacek Bednarz, Czesław Michniewicz, później Michał Probierz, potem też Jerzy Brzęczek. Śmiałem się nawet, że kilku selekcjonerów zaczęło od tego, że podszedłem do nich po jakimś meczu i spytałem, czy nie chcieliby spróbować sił za mikrofonem.
Trenerzy, którzy w przyszłości chcą być selekcjonerami, wiedzą już, od czego trzeba zacząć...
– Dokładnie. Chociaż nigdy nie komentowałem z Janem Urbanem, a przy hiszpańskich meczach pytałem go o to kilka razy. Zawsze jakoś się wymigał.
Szefowie szybko akceptowali twoje propozycje nazwisk?
– Ktoś czasem rzucił, że inni to mają Arsène'a Wengera. Odpowiadałem, by kogoś takiego wskazali w polskiej piłce. Mamy oczywiście pana Andrzeja Strejlaua, który przecież w wielu stacjach telewizyjnych przez wiele lat świetnie funkcjonował, ale dalej? Trzeba było niektórym zaufać. Grzegorz Mielcarski wielkiej kariery piłkarskiej nie zrobił, to nie jest stukrotny reprezentant Polski, podobnie Jacek Bednarz, Kazimierz Węgrzyn, a trenersko Czesław Michniewicz. Tak samo z Robertem Podolińskim. Jak Roberta poznałem, zwróciłem uwagę na jego poczucie humoru, sposób mówienia, wiedzę piłkarską, na jego sposób patrzenia na piłkę. Wydawało mi się, że będzie idealnym kandydatem do tego, żeby z nim komentować. W pewnym momencie musiałem go nawet trochę "przepchać", uprzeć się przy nim, bo pojawiały się obawy, że to trener małego kalibru. Odpowiadałem: nie patrzmy na osiągnięcia, słuchajmy tego, co mówi. Nie zawsze trzeba wygrywać tyle, co Wenger.
Zresztą świetnym przykładem był kolejny człowiek, którego wyciągnąłem przed mikrofon – chodzi o Wojciecha Drzyzgę. To był 2003 rok i zaproszenie do komentowania siatkarskich mistrzostw Europy w Eurosporcie. Naszym nie poszło specjalnie dobrze, ale potem były mistrzostwa kobiet. Poprosiłem go, byśmy znów komentowali razem. Wojtek mówił, że na żeńskiej siatkówce się nie zna, że to inna dyscyplina. W końcu dał się skusić, a drużyna Andrzeja Niemczyka zdobyła w Turcji złoto. Później Wojtek poszedł do Polsatu i jest ceniony do dziś. Bardzo często stawiam go jako wzór współkomentatora z punktu widzenia tego, co mówi, jak mówi, jak dostosowuje się do rytmu tej dyscypliny.
To teraz o trudach pracy w dawnych czasach. Słyszałem historię z lat 90. o pewnym komentatorze hokeja. Nie miał składu juniorskiej drużyny, bodaj Czechów. W transmisji na początku nie było żadnej grafiki. Spisał więc numery hokeistów z koszulek i dopisał do nich nazwiska na kartce, wedle uznania. Też kiedyś musiałeś tworzyć lub kombinować?
– To nie była moja historia, ale pamiętam czasy, kiedy rodził się Eurosport i działał w siedzibie Canal+. Był tam jeden mały pokoik z faksem. Z centrali w Paryżu przychodziły materiały, składy, dane dotyczące danej transmisji. Czasami przychodziło ich dużo, a czasami nie przychodziły w ogóle. Zdarzało się, że czekaliśmy na skład jakiegoś meczu, np. drużyn do lat 17. Przychodził faksem, ale wydruk był poruszony, więc nazwiska nieczytelne.
I co wtedy?
– Wtedy troszeczkę sztukowaliśmy. Patrzyliśmy, czy to raczej będzie Olsson, czy Petersson. Dawaliśmy, co bardziej pasuje.
To wtedy było nieweryfikowalne.
– Dokładnie. Zresztą kiedyś tych zaskoczeń było więcej. Pamiętam, jak moi koledzy, Edek Durda i Andrzej Twarowski, dawno temu przystąpili do komentowania piłki nożnej plażowej. "Robili" mecz Brazylia – Jugosławia. Pierwsza "połowa", potem druga, 6:4 dla Brazylii. Oznajmili zatem, że wygrała Brazylia. Oni podsumowują spotkanie, a tu zaczyna się... trzecia część meczu. Komentują zatem trzecią, nie mając pewności, co będzie dalej. Tę część zakończyli więc delikatnie, nie stawiając kropki, że to koniec meczu. Zrobili to dopiero, gdy drużyny zeszły z boiska.
Romantyczne czasy, teraz zdobycie potrzebnych informacji to kwestia kilku sekund.
– W latach 90., zwłaszcza w ich pierwszej połowie, proces zdobywania jakichkolwiek informacji i ciekawostek był mocno ograniczony. Ja prenumerowałem "World Soccer", który przychodził z bardzo dużym opóźnieniem. Czasami za pieniądze, które się płaciło, dostawałeś informacje albo wywiady, których kompletnie się nie dało użyć. Przypomnę, że wtedy jeszcze komentowało się samemu, trzeba było rzeczywistość ubarwiać i narrację prowadzić inaczej.
W twojej książce "Dawno temu na mundialu, czyli jak odkrywałem Amerykę" jest sugestia, że lubiłeś solowe komentowanie.
– Coś w tym jest. Tylko że teraz to już się w ogóle nie zdarza. W ostatnich paru latach może raz czy dwa mój współkomentator zapomniał o meczu albo pomylił dni i komentowałem sam z Warszawy, ale nie odczuwałem z tego powodu dyskomfortu. Spokojnie sobie radziłem, oczywiście nie starając się całkowicie meczu zagadać. Wtedy to ja dyktuję rytm i mam wpływ na wszystko. Jak się z kimś pracuje, trzeba się troszeczkę dostosowywać. Narracja wygląda inaczej i współpraca musi być dogadana, to nie może być puszczone na żywioł. Czasami, gdy słucham innych duetów, mam wrażenie, że nie pogadali przed meczem. Poza tym ja też wiem, czego oczekuję od współkomentatora-fachowca. Wiem, w których momentach i o czym on powinien powiedzieć. Jak z kimś komentuję pierwszy, drugi raz, najpierw z nim rozmawiam, tłumaczę spokojnie, jak to ma wyglądać.
Twoje wejście do telewizji poszło sprawnie, choć było absurdalne. Zadzwoniłeś do sekretariatu sportu TVP, powiedziałeś, że jesteś po medycynie i chętnie im pomożesz. Pani odpowiedziała: "To zapraszamy jutro". I co się wydarzyło "jutro"?
– To, że się przeziębiłem i w takim stanie pojechałem na Woronicza. Tam pani sekretarka, Jola Mazurek, powiedziała Włodkowi Szaranowiczowi, że czekam w recepcji. A Włodek akurat zszedł po mnie z Dariuszem Szpakowskim. Pogadaliśmy chwilę i wzięli mnie do studia. Musiałem przeczytać serwis sportowy z dnia poprzedniego, a potem sam opowiedzieć coś o meczach polskich drużyn w europejskich pucharach. Opowiedziałem. Chwilę się naradzili i przekazali, bym jutro przyszedł do pracy. "Tylko proszę trochę schudnąć, bo takich misiów w sporcie nie potrzebujemy" – usłyszałem od Włodka. No, byłem wtedy trochę zaokrąglony.
I co robił młody redaktor Laskowski w pierwszych miesiącach pracy w wielkiej TVP?
– Ja tam byłem jedynym młodym, ale trafiłem dobrze, bo miałem bardzo różnorodną pracę. Po pierwsze, przy "Sportowej Sobocie" i "Sportowej Niedzieli", serwisach informacyjnych. Ściągałem informacje z Reutersa, z PAP. Pomagałem też Darkowi Szpakowskiemu przygotowywać i redagować Eurogol, czyli kilka minut skrótów z dostępnymi bramkami z Europy. W dni powszednie byłem zaangażowany w "Sport w 10 minut". Ten program się później przekształcił w "Sport telegram".
Pamiętam, taki sportowy "Teleexpress".
– Za to odpowiedzialny był głównie Karol Stopa, znakomity dziennikarz, z którym w pokoju parę lat spędziłem, siedząc i ucząc się pisania tekstów. Do tego programu były one bardzo specyficzne, bo trwały po piętnaście sekund. Trzeba było zawrzeć sedno sprawy, czasem zażartować, czasem o coś zahaczyć. No więc pisałem, a potem zawsze skracałem, bo na początku synteza szła opornie. Pomagał mi też Waldemar Heflich.
Do tego wszystkiego dostałem szansę debiutu antenowego w programie "Studio Siedem proponuje". Rola o tyle niewdzięczna, że rzadko na antenie planowano akurat coś ze sportu. Trzeba było raczej opowiadać, co będzie za parę dni. I ja u boku czy to pani Krystyny Loski, pani Anny Wandy Głębockiej, czy Bogumiły Wander w tym programie debiutowałem. To było dla mnie wielkie wydarzenie. A potem, od stycznia 1992 roku, pozwolono mi występować w "Wiadomościach".
A pierwszy skomentowany mecz?
– W tamtych dawnych czasach było tak, że krajowe piłkarskie imprezy nakładały się na imprezy zagraniczne. Czyli finał Pucharu Polski był w czasie Euro 1992 i komentatorzy, tacy jak Andrzej Zydorowicz i Darek Szpakowski, pojechali na mistrzostwa Europy, a dwaj młodzi, czyli Laskowski i Durda, zostali na krajowy puchar.
Ale mieliście wcześniej próby komentarza w studiu czy tylko życzenia powodzenia od szefa?
– Ówczesny szef redakcji z nami porozmawiał, ale komentowanie nie było dla nas czymś nowym. Byliśmy z Edkiem takimi osobami, które się wychowały, komentując sport w domu. Jako dzieciak z kanapy prowadziłem przecież alternatywne komentarze wszystkich meczów piłkarskich i hokejowych, dużą część informacji sobie zapisywałem, robiłem notatki. Kiedyś, jak poznałem Piotrka Chłystka, wówczas młodego dziennikarza, teraz współpracującego z "Przeglądem Sportowym", to zobaczyłem siebie sprzed kilkudziesięciu lat. On też robił sobie gazety hokejowe, opisywał mecze.
Jesteś takim komentatorem, który nie wywołuje pożarów. W piłce nożnej niektórzy oberwali za różne rzeczy po uszach. Niektórzy nawet stracili pracę.
– Zdaję sobie jednak sprawę, że ktoś mojego komentarza może nie lubić, bo taka ocena jest subiektywna. Ktoś może lubić inny temperament, inne składanie słów, inne używanie przenośni, inne poczucie humoru, inny procent statystyk czy ciekawostek. Jeśli chodzi o niewywoływanie pożarów, ważna jest odpowiedzialność za słowo. Mój tata mnie nauczył, że sport to dobre emocje. Nigdy nie zrozumiem, że można nienawidzić kogoś przez sport. Nigdy nie rozumiem niechęci do innego człowieka, bo ten kibicuje komuś innemu czy gra dla innego klubu. Dla mnie to są rzeczy abstrakcyjne. Miałem kiedyś grę "piłkarzyki" – takie małe, w walizeczce. Wycinałem z gazety i naklejałem im nazwiska na plecy. U mnie grali wszyscy razem. W jednej drużynie byli piłkarze Legii, Wisły, Górnika, Ruchu Chorzów. Dla mnie jest ważna sama zabawa. Mówimy przecież o grze, w której w krótkich gaciach biega się za kawałkiem skóry. Podchodzę do transmisji jako do czegoś, co ma być przyjemnością, zabawą.
"Jest takie zwierzątko, które nazywa się baraż. Żyje na bagnistym terenie, na którym łatwo mu dopaść swoje ofiary. Wyglądem nie przypomina żadnego innego zwierzęcia, żywi się głównie naszymi emocjami. Są tacy, którzy nigdy go nie widzieli, bo zawsze przelatują wysoko nad terenem zamieszkałym przez baraże. Też należeliśmy do tego grona, ale ostatnio niestety regularnie mamy z barażem do czynienia". To początek twego wstępu do meczu ze Szwecją. Ile trwa budowanie takiej piłkarskiej inwokacji?
– Trwa 59 lat. Taki wstęp dla mnie jest tworem całego życia, każdego doświadczenia. Od "Dzieci z Bullerbyn" przeczytanych w dzieciństwie po film obejrzany wczoraj. To są ludzie, spotkania, ciekawostki z nimi związane, język, z którym miałem do czynienia czy to przez literaturę, czy przez teatr lub kino. Podam przykład pierwszego meczu reprezentacji Polski za Paulo Sousy: Węgry – Polska w Budapeszcie. Czasy COVID-u, dużo siedziało się w domu. Zobaczyłem, że jest wyprzedaż Zeszytów Literackich. Zamówiłem sporo, przyszły dwie paczki. Traf chciał, że akurat tydzień przed meczem wpadł mi w ręce zeszyt poświęcony Budapesztowi, opisywanemu wiosną przez wybitnych węgierskich pisarzy. Tak wszystko pasowało, że ja, nie będąc w tym Budapeszcie, siedząc na Woronicza, myślę, że żal z tych słów nie skorzystać. Musiałem to tylko ładnie połączyć z piłką, z nowym trenerem reprezentacji, nowym początkiem. W głowie, jak w wierszu Kazimierza Wierzyńskiego, wszystko zaszumiało i zrodził się wstęp.
Już samo konstruowanie wstępu to minuty, godziny, dni?
– Nie ma reguły. Dwa razy zdarzyło mi się usiąść do meczu bez wstępu i on powstał w ostatniej chwili, pod wpływem jakiegoś impulsu. Zdarzają mi się mecze, że wiem już trzy miesiące wcześniej, co bym chciał powiedzieć. Raz coś wymyśliłem, ale potem uznałem, że to nie ma sensu. Już na stadionie wyrzuciłem przygotowaną kartkę. Rozmawiałem z Marcinem Żewłakowem i coś mnie naszło. Wziąłem czystą kartkę i spisałem kilka zdań. Czasami nie chcę też na siebie wywierać presji. Jeżeli się zdarzy mecz, w którym powiem: "Witam serdecznie, dzisiaj reprezentacja Polski zmierzy się z...", to znaczy, że po prostu nie chciałem specjalnego wstępu robić na siłę.
Najważniejsza rada komentatorska, jaką dostałeś?
– Nigdy nie dostawałem za dużo rad. Jestem samoukiem. Oczywiście, pewne wskazówki otrzymałem, np. od Karola Stopy, ale to były sugestie czysto dziennikarskie: by dbać o język, o swoją identyfikację, styl, nie papugować innych. Z komentatorami czasem jest tak, że słychać u nich wpływ innych. Jak to mówił ostatnio o gwiazdach estrady Jan Borysewicz: kiedyś każdy zespół miał swoją identyfikację, a teraz jest Dawid Podsiadło, a potem jest Podsiadło 2, Podsiadło 3, Podsiadło 4.
A rady dla kogoś? Często młodzi ludzie cię o nie podpytują?
– Wrócę jeszcze raz do Piotrka Chłystka. Przypomniał mi sytuację z 2012 roku, kiedy w TVP były dni otwarte. Oprowadzaliśmy wycieczki, opowiadaliśmy o swojej pracy, kto chciał, robił sobie zdjęcie. Z reguły nikt o nic nie pytał, ale jeden młody człowiek – miał wtedy 14 lat – podszedł i powiedział: "Dzień dobry, panie Jacku, ja będę komentatorem sportowym, chciałem zapytać, jaka jest pana podstawowa rada". To był właśnie Piotrek, który teraz komentuje m.in. hokej w Eurosporcie. Niedawno mi tę sytuację przypomniał.
Pamiętasz, co mu wtedy powiedziałeś?
– Bardzo dobrze. Powiedziałem, żeby czytać! To jest moja podstawowa rada dla przyszłych komentatorów, dla ludzi, którzy w jakikolwiek sposób operują słowem. Czytać jak najwięcej, ale niekoniecznie książki sportowe, nie biografie piłkarzy i historię klubów. Czytać literaturę powszechną, nie ma lepszej metody.
A twoją książkę, głównie o mundialu w 1994 w USA, dobrze ci się czytało?
– Ja ją pisałem i czytałem od razu. Stwierdziłem, że historie opowiadane w towarzystwie, w rodzinie czy u znajomych za każdym razem wywołują czy to rozbawienie, czy zainteresowanie, nawet po trzydziestu latach. Pomyślałem, że skoro tak jest, to może warto by je zebrać i zostawić potomnym. Połowa lat 90. była przełomowa, zarówno dla mnie prywatnie, dla piłki nożnej, jak i rozwoju cywilizacji. To były ostatnie analogowe mistrzostwa. Ostatni mundial bez komórki, przynajmniej w moim przypadku, bez internetu, bez GPS. To był mundial z atlasem w dłoni, bez kontaktu w dowolnej chwili z każdą osobą.
Dużo w tej książce jest detali, pamiątek, ilustracji: od twojej mapy Dallas, przez amerykańską kartę telefoniczną, po bilet na mecz. Dużo masz takich rekwizytów z dziennikarskiej kariery?
– Jestem śmieciarzem, mam piwniczne archiwum. Tam jest sporo rzeczy nawet z czasów podstawówki, choć nie wiem po co. Leży to w kartonach i za każdym razem szkoda wyrzucić. Sporo rzeczy mam też z wyjazdów, więc "amerykański" karton przy pisaniu książki się przydał.
A zdjęć z piłkarzami czy ich autografów masz sporo? Czy raczej nie byłeś typem, który korzystał z okazji na "fotografie życia"?
– Jakoś niespecjalnie mnie do tego ciągnęło, ale się zdarzało. Mieszkałem kiedyś z Juventusem w jednym hotelu, szedł Gianluca Vialli. Siedziałem akurat z kliszowym aparatem, więc stwierdziłem, że zapytam. Ktoś nam zrobił zdjęcie, a Vialli mówi: "Wiesz co, zrób sobie lepiej z tym młodym, to będziesz miał pamiątkę na przyszłość". Szedł taki młody, kudłaty, to zrobiłem. No i mam zdjęcie z Alessandro Del Piero. Bardziej lubię jednak takie historie niż same zdjęcia. Tak jak przy moim debiucie z naszą reprezentacją w 1992 roku. Rozmawiałem wtedy z prezesem Fińskiego Związku Piłki Nożnej. Pytam go o ich pierwszy skład, na kogo zwrócić uwagę. Prezes mówi: "Na tych nie patrz, patrz na tego młodego, on zwykle wchodzi z ławki. To będzie przyszła gwiazda fińskiej piłki". To był Jari Litmanen.
Lubię takie historie, bo buduję sobie z nich mozaikę ludzi, których gdzieś miałem okazję zobaczyć, zanim stali się sławni. Podobnie było zresztą, gdy podczas mojego urlopu w Szwecji ktoś polecił mi zobaczyć mecz Halmstad – Litex Łowecz. Tam akurat wyróżniał się Fredrik Ljungberg, a za chwilę już był w Arsenalu. Co do zdjęć, to najbardziej ceniłem te z bohaterami swojego dzieciństwa i młodości, ludźmi z mojej krainy czarów: śp. Ireną Szewińską, Jerzym Kulejem, Ryszardem Szurkowskim, potem siatkarzami, piłkarzami, szczypiornistami, hokeistami.
A najważniejszy albo najbardziej emocjonalny mecz? Z książki o mundialu w USA wynika, że tam: Hiszpania – Korea Płd. A tak w ogóle?
– Trudno powiedzieć. Szczególnym wydarzeniem był dla mnie finał olimpijski siatkarzy 2024. Oczywiście, że chciałbym, żeby zdobyli złoto, ale już sam moment tego finału był dla mnie wielkim przeżyciem. 40 lat po tym, jak z ojcem i z wujkiem oglądałem po nocy finał w Montrealu, a później poznałem jego bohaterów osobiście, teraz sam miałem okazję skomentować finał igrzysk. To było dla mnie takie najbardziej emocjonalne wydarzenie.
Głos zadrżał?
– Tutaj miałem akurat emocjonalne podejście do całej transmisji. Głos zachybotał mi się raz, jak komentowałem mecz z Niemcami, w którym Kuba Błaszczykowski kończył karierę i schodził z boiska. W pewnym momencie spociło mi się oko, w gardle ścisnęło. Ale spokojnie, może jeszcze wydarzy się coś bardziej wzruszającego.
Z kim przez 35 lat w dziennikarstwie masz najlepsze relacje? Z kim się przyjaźnisz "z branży"?
– Jak masz zbyt dużo przyjaciół, to znaczy, że nie potrafisz określać ludzi. Ja przyjaciół mam niewielu. Jest Leszek Orłowski z "Piłki Nożnej", jest Julek Kowalski z Eleven Sports. Łączy nas sporo poza pracą.
A komentatorskie marzenie?
– Moim marzeniem jest zrobić jak najlepiej każdy mecz, który jest przede mną. Niezależnie, czy to będzie pojedynek Wieczystej z Miedzią, czy półfinał mistrzostw świata. Tak zostałem nauczony, z tego mam największą satysfakcję.
Ludzie w serwisach społecznościowych przed rozmową z tobą przekazywali mi jedno pytanie w różnych konfiguracjach: o co chodzi w konflikcie z Tomaszem Smokowskim i czy podajesz mu rękę?
– To było wiele lat temu, nie chcę do tego wracać. Podchodzę do spraw tak, że się z niczego nie tłumaczę, nie mam z czego się tłumaczyć. Z Tomkiem się czasem spotykamy, bo razem nagrywamy, pracujemy, choćby od paru lat przy grze FIFA.
Od 14 lat jesteś w TVP - czy chciałbyś wrócić do Canal+, który pokazuje twoją ulubioną ligę hiszpańską i ekstraklasę? Były propozycje zmiany barw klubowych? To też pytanie od czytelników.
– Ja się odnajdę przy każdym produkcie. Pracuję w telewizji, która łączy oferty różnych nadawców. Mieliśmy sublicencję na Ligę Mistrzów od Canal+, mamy mecze ekstraklasy, I i II ligi. Robię reprezentację, przez kilka sezonów robiliśmy Puchar Hiszpanii, teraz jest Puchar Portugalii i Puchar Anglii. Była siatkówka dzięki umowie z Polsatem. A wracając do twojego pytania: z jedną telewizją nawet byłem już dogadany, ale później ktoś przestał się tym interesować, więc machnąłem ręką. Gdyby komuś zależało, toby ze mną rozmawiał.

