Robert Lewandowski po czterech latach gry w barwach FC Barcelony został pożegnany w wyjątkowy sposób. Przez cały mecz kibice skandowali jego nazwisko, a sam napastnik wyszedł na murawę jako kapitan drużyny. Po końcowym gwizdku Polak przemówił do fanów ze środka boiska, dziękując za wsparcie i wspólne lata. Chwilę później odebrał także specjalną pamiątkową nagrodę z rąk prezydenta klubu - Joana Laporty.
Choć Lewandowski nie zdołał wpisać się na listę strzelców, trudno było oprzeć się wrażeniu, że tego wieczoru wynik miał drugorzędne znaczenie. Najważniejsze były emocje, wdzięczność i relacja, jaką przez cztery lata Polak zbudował z kibicami Barcelony.
W tym czasie napastnik zdobył z klubem siedem trofeów, w tym trzy mistrzostwa Hiszpanii, oraz strzelił 119 goli. To sprawia, że jest blisko czołowej dziesiątki najlepszych strzelców w historii Barcelony.
To jednak, co wydarzyło się po meczu przy wyjeździe Lewandowskiego z Camp Nou, przeszło wszelkie oczekiwania. Jak poinformował dziennikarz Sport.pl Dominik Wardzichowski, pod stadionem zgromadziły się prawdziwe tłumy kibiców. Ludzi było tak dużo, że policja zdołała zabezpieczyć jedynie początek ogromnego "szpaleru" utworzonego przez fanów. Im dalej od stadionu, tym sytuacja robiła się bardziej chaotyczna.
Kibice otaczali samochód Polaka, skandowali jego nazwisko i próbowali zatrzymać auto choćby na chwilę, by jeszcze raz zobaczyć swojego idola. Nagrania z Barcelony pokazują skalę uwielbienia i szacunku, jakim Lewandowski cieszy się w stolicy Katalonii.
Takie sceny nie zdarzają się często nawet największym gwiazdom światowego futbolu. Barcelona pokazała, że potrafi żegnać wielkich piłkarzy z prawdziwą klasą. A Robert Lewandowski bez wątpienia zapracował sobie na status jednej z najważniejszych postaci ostatnich lat w klubie.