Sport.pl +

Klub Ekstraklasy zastrzegł numer dla papieża. "Kibic numer jeden"

Sebastian Madejski of Cracovia Krakow seen in action during the Polish PKO Ekstraklasa League 2023/2024 football match between Cracovia Krakow and Widzew Lodz at Cracovia Stadium
SOPA Images/Getty Images

Upamiętniają zasłużonych piłkarzy, podkreślają więź z trybunami albo odnoszą się do szczególnych postaci i bywa, że nakładają dodatkową presję. Czasem wiążą się też z konkretnymi rolami na boisku i stają się nośnikami marki osobistej. Numery na koszulkach pojawiły się w futbolu stosunkowo późno, ale dziś żyją już własnym życiem.

Piłkarska branża brzmi czasem, jakby operowała tajnym szyfrem. Wystarczy włączyć transmisję dowolnego meczu, by natychmiast usłyszeć coś o jedynkach, szerokich lub opadających szóstkach albo ruchliwych ósemkach. Dopiero wspomnienie dziewiątek (fałszywych albo klasycznych) oraz typowych dziesiątek rozwiewa wątpliwości, że jednak nie chodzi o stan uzębienia zawodników. Numery na koszulkach tak skleiły się z niektórymi pozycjami boiskowymi, że stały się synonimami ich nazw. Trudno dziś uwierzyć, że przez pierwsze kilkadziesiąt lat istnienia piłki nożnej grało się… bez żadnych numerów.

Zobacz wideo Kosecki o Lewandowskim: Robert powinien zostać w reprezentacji i walczyć

Pierwsze pojawiły się krótko przed II wojną światową. Zawodnikom przydzielano na dany mecz numery od 1 do 22, przy czym gospodarze dostawali pierwszych jedenaście, a goście od 12 do 22.

Obowiązek gry z numerowanymi koszulkami pojawił się w przepisach dopiero po II wojnie światowej i został ściśle powiązany z boiskowymi pozycjami. Do współczesności przetrwały jednak tylko niektóre "powiązania" numerów z rolami piłkarzy na boisku. O ile wyrobieni kibice, słysząc o "dziewiątce", wiedzą, że chodzi o napastnika, o tyle nikt już nie nazwałby prawego obrońcy "klasyczną dwójką".

Jedynka papieża

Do pewnego momentu starano się zachować porządek i zezwalać zawodnikom tylko na niskie numery, przez co regularnie zmieniali je z meczu na mecz. Z czasem zaczęły jednak towarzyszyć piłkarzom przez całe kariery. Jednym z pierwszych takich charakterystycznych i nieoczywistych powiązań była "czternastka" Johana Cruyffa (w początkowych latach kariery grał jednak z "dziewiątką"). Dziś piłkarze tworzą z numerów na koszulkach swoje marki. CR7, czyli Cristiano Ronaldo, albo RL9 – Robert Lewandowski, raczej nie wyobrażaliby już sobie gry z innymi numerami. W dużych klubach, przy naprawdę wielkich gwiazdach, kwestia numeru potrafi prowadzić do napięć w szatni, a poszczególne wybory traktuje się jak kulturowe nawiązania. Kiedy Jude Bellingham po transferze do Realu Madryt zdecydował się na grę z numerem 5, od razu jakby odwoływał się do dziedzictwa Zinedine’a Zidane’a w tym klubie.

Polskim klubom przywiązanie do konkretnych numerów też nie jest obce. Niektórych w danych klubach już nie można używać. Choć tradycyjnie bramkarze rywalizują o bluzę z numerem jeden, ta zasada nie obowiązuje już w Cracovii. Tam od przeszło dwudziestu lat "jedynka" zarezerwowana jest dla Jana Pawła II, symbolicznego kibica numer jeden tego klubu. Sebastian Madejski stoi więc w bramce Pasów z "trzynastką", a rywalizujący z nim Henrich Ravas ma numer 27. Mimo że w pozostałych klubach "jedynka" wciąż jest najpopularniejszym bramkarskim numerem, na koszulce ma go dziś mniej niż połowa stojących w ekstraklasowych bramkach.

Numery dla legend

Jedynka to ostatni numer ściśle zarezerwowany dla konkretnej pozycji. Pozostałe powiązania istnieją, ale są luźniejsze. "Dziewiątka" to tradycyjny numer napastnika, ale nawet w obecnej Ekstraklasie da się znaleźć kilku piłkarzy ofensywnych grających z "dziewiątkami" na plecach, którzy nie są napastnikami, jak Leandro - skrzydłowy Radomiaka, Stjepan Davidović - ofensywny pomocnik Korony Kielce, czy Tornike Gaprindaszwili - skrzydłowy Arki Gdynia. W GKS Katowice występują dwie dobre "dziewiątki", ale żadna nie może grać z tym numerem. Klub zastrzegł go bowiem ku czci Jana Furtoka, największej klubowej legendy. Ostatnią "dziewiątką" Gieksy był przeszło dwadzieścia lat temu Mariusz Muszalik, prywatnie… siostrzeniec Furtoka.

Zastrzeganie numerów dla uhonorowania zasłużonych zawodników to popularna tradycja w ekstraklasowych klubach. W Legii Warszawa już od dwóch dekad nie ma piłkarzy grających z "dziesiątką", jednym z najbardziej pożądanych numerów, rezerwowanym zwykle dla najbardziej kreatywnych piłkarzy w drużynie. To z tym numerem grał przy Łazienkowskiej Kazimierz Deyna. Ostatnią "dychą" Legii był Marcin Burkhart w sezonie 2005/06. Z "dziesiątką" nie można też grać w Zagłębiu Lubin, co jest formą upamiętnienia Pawła Piotrowskiego, tragicznie zmarłego piłkarza Miedziowych z lat 1996-2002. Kilka lat po zastrzeżeniu jego numeru wybuchła afera, gdy działacze… zapomnieli o tej decyzji i pozwolili Denissowi Rakelsowi wystąpić w dwóch meczach z "dziesiątką" na koszulce. Po protestach kibiców Łotysz zaczął grać z "ósemką".

Zastrzeżone na moment

"Piątka", czyli nie aż tak popularny numer, nie jest od lat przydzielana piłkarzom Pogoni Szczecin i Arki Gdynia, które w ten sposób oddają cześć odpowiednio Ediemu Andradinie i Zbigniewowi Bielińskiemu, zasłużonym w dziejach tych klubów. Portowcy upamiętnili również pamięć Olgierda Moskalewicza, który grał dla nich w koszulce z numerem 78. W Widzewie Łódź nie można z kolei wybierać numeru "jedenaście", kojarzonego z Włodzimierzem Smolarkiem.

Na zastrzeganie numerów decydują się nie tylko największe kluby, z pomnikowymi postaciami w historii polskiej piłki, ale też te, które chcą wynagrodzić kogoś ważnego w skali lokalnej. Gerard Badia dla Ekstraklasy był jednym z wielu dobrych hiszpańskich piłkarzy, ale dla kibiców Piasta Gliwice to największa legenda. Gdy zakończył karierę, jego numer 21 został wycofany. Podobnie jak "trzynastka" Piotra Malinowskiego w Rakowie Częstochowa.

Takie decyzje nie są jednak wyryte w skale i bywają zmieniane. Paweł Sobolewski kiedyś został w ten sposób doceniony przez Jagiellonię Białystok, która zastrzegła jego numer 19. Później jednak wycofała się z tej decyzji i dziś z "dziewiętnastką" można oglądać Mathiasa Nahuela Leivę.

Inna sprawa, że nie wszyscy piłkarze życzą sobie wycofywania ich numerów. W Wiśle Kraków pojawił się pomysł uhonorowania w ten sposób Jakuba Błaszczykowskiego, ale były reprezentant Polski nie był jego entuzjastą. "Szesnastkę" formalnie można więc w Białej Gwieździe wybierać. Inna sprawa, że wszyscy doskonale wiedzą, ile "waży", więc od trzech sezonów i tak nikt się na nią nie zdecydował.

Dwunasty zawodnik

Coraz częściej zastrzeżenie numerów kluby wykorzystują dla podkreślenia więzi z kibicami, nazywanymi czasem "12 zawodnikiem". Idąc tym tropem, "dwunastkę" wycofali z obiegu w Górniku Zabrze, Widzewie, Lechu Poznań i Lechii Gdańsk. Zamiast tego umieszczają ją na klubowych maskotkach czy kibicowskich gadżetach. Z tego powodu piłkarze muszą czasem zmieniać przyzwyczajenia. Dusan Kuciak przez lata grał z dwunastką w Legii czy w Hull City, ale po transferze do Gdańska wybrał tradycyjną dla bramkarzy "jedynkę". Po transferze do Rakowa, gdzie takich ograniczeń nie było, wrócił do "dwunastki".

Mimo lokalnych obostrzeń dotyczących numerów na koszulkach, piłkarze mają dziś w czym wybierać. Po ekstraklasowych boiskach biegają zawodnicy z 67 numerami, co oznacza, że niemal jedna trzecia z od 1 do 99 pozostaje nieobsadzona. Najbardziej oblegane są naturalnie numery najniższe, ale reguły nie ma, bo aż jedenastu piłkarzy ma na koszulce numer 99. Najniższy, z którym w tym sezonie Ekstraklasy nikt jeszcze nie wystąpił, to 34. Nie jest jednak tak, że odleglejsze numery co do zasady przypadają mniej znaczącym piłkarzom. O tytuł króla strzelców walczy Tomas Bobcek z Lechii, grający z rzadkim na boiskach numerem 89. Oprócz niego ma go jeszcze tylko Otto Hindrich, bramkarz Legii. To swoją drogą paradoks, że Lechia, której rasowych napastników zazdrości pół ligi, nie ma nikogo grającego z numerem "dziewięć". Bohdan Wjunnyk grał z tym numerem w poprzednim sezonie, ale w obecnym zmienił na "siódemkę".

Fałszywe numery

Choć aktualnie nie ma w polskiej lidze przypadków aż tak kłujących w oczy piłkarskich tradycjonalistów, jak przed laty Sandro Wagnera, zmiennika Lewandowskiego w Bayernie Monachium, który biegał w ataku w koszulce z "dwójką", to jednak wiązanie numerów z tradycyjnymi rolami na boisku może prowadzić na manowce. Patryk Dziczek gra w Piaście z "dziesiątką", choć pozycyjnie trzeba by go określić jako „szóstkę", czyli defensywnego pomocnika. Do Rafała Augustyniaka, stopera Legii, nie pasuje dziś "ósemka", choć w przeszłości można by tak opisać jego boiskową rolę. "Szóstkę" z kolei najczęściej wybierają najbardziej cofnięci ze środkowych pomocników, ale akurat w Bruk-Becie Termalice Nieciecza gra z nią wahadłowy Maciej Wolski. Afimico Pululu, "dziewiątka" Jagiellonii, biega po boisku z numerem 10, który bardziej by pasował do roli odgrywanej przez Jesusa Imaza, występującego z kolei z "jedenastką".

Koszulkowe numery już dawno zaczęły więc żyć swoim życiem. Choć zachowały się pewne świętości, jest ich coraz mniej i niczego już nie można być pewnym. Kilka lat temu, podczas jednego z meczów, komentator zżymał się na słabe zagranie piłkarza, retorycznie pytając współkomentującego, czy widział kiedyś dobrego piłkarza z numerem 47. Nadział się na zaskakującą odpowiedź: "Phil Foden". W przeszłości bowiem być może wystarczało znaleźć na boisku "dziesiątkę", by wiedzieć, kto jest najlepszym piłkarzem danej drużyny. Dziś numery mogą znaczyć wszystko i nic.

Artykuły Powiązane

Wczytywanie kolejnego artykułu...