Coventry City wycierpiało wiele w ciągu ostatnich 25 lat. Jeszcze niespełna dekadę temu grali w czwartej lidze, bywali bezdomni, a teraz są o krok od Premier League. I to pod wodzą legendarnego Franka Lamparda, który w końcu osiągnął sukces również jako trener.
Jest 38. kolejka sezonu 2000/2001 w Premier League. Niespełna 23-letni Frank Lampard, podstawowy piłkarz West Hamu United, wyłącznie jako kibic obserwuje, jak jego koledzy przegrywają na wyjeździe 1:2 z Middlesbrough (nie zagrał w trzech ostatnich kolejkach przez kontuzję). W tym samym czasie ok. 283 km na południe odbywa się prawdopodobnie najbardziej depresyjne spotkanie w całym sezonie. Coventry City remisuje u siebie 0:0 z Bradford, po czym oba zespoły oficjalnie żegnają się z Premier League. Razem z nimi spada jeszcze Manchester City, oczywiście przed erą saudyjskiego bogactwa. Nikt wówczas nie mógł wiedzieć, że Coventry nie pojawi się na najwyższym poziomie rozgrywkowym przez ćwierć wieku, a gdy już sobie to prawo wywalczy, głównym architektem będzie właśnie Frank Lampard. Już jako trener.
Złudzenie "niezatapialności" kiedyś musiało zniknąć
Spadek drużyny z dziś już nieistniejącego Highfield Road był dużym wydarzeniem. Coventry nie należało do grona ligowych potentatów, jednak najwyższy poziom rozgrywkowy w Anglii bez ich udziału pamiętali już wyłącznie weterani. Wszak zespół ten był na nim obecny nieprzerwanie od 1967 roku, czyli przez 34 lata. Bardzo rzadko pojawiali się w górnej połowie tabeli, raptem siedem razy byli w Top 10, z czego najwyżej na szóstym miejscu, nieraz o włos unikali spadku. Jednak nieustannie trwali w First Division, a od 1992 roku w Premier League, w którą to First Division się przemieniło.
Niestety, jeśli za dużo razy położysz głowę na kursie kolizyjnym z toporem, to on ci ją w końcu zetnie. Coventry się o tym przekonało. W ramach ciekawostki można dodać, że ich trenerem w feralnym spadkowym sezonie był Gordon Strachan, kilka lat później zapamiętany dobrze przez Polaków jako trener Celtiku z Maciejem Żurawskim oraz Arturem Borucem. "Sky Blues" zlecieli z Premier League, a w 2001 r. nie było jeszcze wprowadzonych pięć lat później "parachute payments" dla spadkowiczów. "Płatności spadochronowe" to swego rodzaju poduszka finansowa dla tych, którzy opuszczają Premier League, a co za tym idzie, tracą dostęp do gigantycznych przychodów np. z praw telewizyjnych. Coventry na to liczyć nie mogło, więc zderzenie z drugoligową ziemią było dla nich bolesne i zaczęło ćwierćwiecze problemów.
Spadek oznaczał bezdomność. Ćwierć wieku walki o własny stadion
Na czele z bezdomnością. O stadionowej historii Coventry dałoby się napisać pewnie i książkę, ale ujmiemy to w dużym skrócie. Nigdy nie ma dobrego momentu na spadek, ale dla "Sky Blues" rok 2001 był momentem na to wyjątkowo parszywym. Klub był w trakcie budowy nowego stadionu, ale opuszczenie Premier League odcięło go od ogromnych zasobów pieniężnych. Na sprawne dokończenie projektu nie było pieniędzy i choć Coventry ostatecznie w 2005 roku udało się stadion oddać do użytku, to nie należał on do klubu, a do spółki stworzonej wspólnie przez miejski ratusz oraz lokalną fundację The Alan Edward Higgs Charity.
Coventry mogło grać na stadionie nazwanym Ricoh Arena, ale przez kolejne lata nieraz musieli się stamtąd wyprowadzać, i to na długo. Na przykład w latach 2013-14 Coventry grało domowe mecze w Northampton, gdy po spadku do League One nie stać ich było na płacenie 1,3 mln funtów rocznie za użytkowanie stadionu. Za to w 2019 roku zespół musiał przenieść się na dwa lata do Birmingham, bo zarząd klubu nie potrafił się dogadać z ówczesnym właścicielem obiektu, czyli klubem rugby o nazwie Wasps. Tak mogłoby być i do dziś, gdyby nie to, że Wasps w 2021 roku sami musieli sprzedać stadion z uwagi na kłopoty finansowe (obecnie ten klub już nie funkcjonuje).
Od dna do pukania w bramę raju
Na boisku, czy to w Coventry, czy w Northampton, czy w Birmingham, też nie było dobrze. Wspomnieliśmy już o spadku "Sky Blues" do trzeciej ligi angielskiej w 2012 roku, ale pięć lat później zrobiło się jeszcze gorzej, bo zlecieli do League Two. Na swoje szczęście tylko na rok, szybciutko wrócili z czwartoligowej otchłani (choć lekko nie było, bo zajęli dopiero szóste miejsce w fazie zasadniczej, ale wygrali baraże). Natomiast spędzony w niej sezon 2017/18 stał się symbolem jednego z najsmutniejszych okresów w dziejach klubu. Nie pomagał też fakt, że przez te 25 lat Coventry City miało trzech różnych właścicieli. Do Championship awansowali jeszcze w 2020 roku za rządów funduszu hedgingowego Sisu Capital, jednak tak naprawdę słońce zaświeciło dla nich pod rozpoczętymi w 2022 roku rządami Douga Kinga, lokalnego biznesmena i fana klubu od dziecka.
Niewiele brakowało, a King zacząłby je na dobre już w Premier League. Coventry w sezonie 2022/23 doszło do finału baraży o awans, ale przegrało go w rzutach karnych z Luton Town. Rok później było gorzej, bo finiszowali na dziewiątym miejscu, zaś sezon 2024/25 rozpoczęli słabiutko. Cztery zwycięstwa w czternastu kolejkach, dopiero 17. lokata w tabeli. Kosztowało to posadę trenera Marka Robinsa. To było kontrowersyjne zwolnienie. Robins postawił sobie w Coventry imponujący pomnik. Przejął zespół w marcu 2017 roku. Nie zdołał go ocalić przed spadkiem do League Two, ale od tamtej pory mozolnie krok po kroku budował drużynę, która wydostała się z piekła i była sześć lat później o krok od awansu do Premier League.
Legenda w potrzebie do klubu w potrzebie. Efekt zaskoczył wszystkich
Co więcej, drużynę powierzono Frankowi Lampardowi. Jako piłkarz niekwestionowana legenda, ale trenersko miał już wówczas wpadki na koncie. Jak np. drugą kadencję w Chelsea (śr. 0,45 pkt na mecz w 11 spotkaniach) czy wcześniej bardzo słaby rok 2023 jako trener Evertonu (punkt na mecz w 44 spotkaniach). Co prawda w obu wypadkach nie można było go w pełni winić, bo i "The Blues", i "The Toffees" nie mogli się poszczycić mianem najstabilniejszych oraz najprzyjemniejszych miejsc pracy. Niemniej Lampardowi bliżej było wówczas do miana wielkiego piłkarza, który nie osiągnie podobnego poziomu jako trener.
"Sky Blues" zaryzykowali, ale czas pokazał, że kto nie ryzykuje, ten szampana nie pije. Lampard poprawił wyniki Coventry na tyle mocno, iż klub doczekał się kolejnej szansy gry w barażach o awans do Premier League. Przejął zespół z niedużą przewagą nad strefą spadkową i wyciągnął go na piąte miejsce. Tym jednak razem Coventry City nie pojechało na finał na Wembley. Półfinałowy dwumecz z Sunderlandem zakończył się dla nich w brutalny sposób.
Po porażce 1:2 u siebie w pierwszym spotkaniu, w drugim strzelili na 1:0 i doprowadzili do dogrywki. Wydawało się, że do rzutów karnych też dociągną, ale w 122. minucie strzał głową Dana Ballarda wywołał na Stadium of Light eksplozję radości wśród fanów "Czarnych Kotów" oraz potok łez kibiców Coventry. To jeszcze nie był ich moment, to nie był ich czas. Los zaplanował sobie na zeszły sezon wielki powrót do Premier League, ale przeznaczony dla Sunderlandu (który w finale ograł 2:1 Sheffield United, tym razem po golu w piątej minucie doliczonego czasu drugiej połowy).
Zamiast płakać przez Sunderland, wzięli z niego przykład
Nikt jednak nie zamierzał zwieszać głowy i się poddawać. Sam Lampard na każdym kroku powtarzał, że jest dumny z zespołu, a ta porażka w półfinale to po prostu część gry. Na rynku transferowym nie szaleli. Łącznie w letnim i zimowym okienku wydali według danych portalu transfermarkt.de 13,6 mln funtów. To średni wynik w skali całej ligi. Dorzucili do tego kilka wypożyczeń z klubów Premier League, przy czym o dużym doświadczeniu na najwyższym poziomie rozgrywkowym tu mówić nie można. Przykładowa wyjściowa jedenastka Coventry City z marcowego wyjazdowego meczu ze Swansea (3:0) miała na koncie łącznie 92 występy w Premier League, z czego aż 75 to dzieło jednego piłkarza, wypożyczonego zimą z Brentford Franka Onyeki.
Nijak nie przeszkodziło im to w solidnym zapracowaniu na szansę gry w elicie. Coventry przez dokładnie pół sezonu, czyli 23 kolejki, przegrało tylko dwa razy. Potem przegrywali już nieco częściej, ale wciąż mówimy o ledwie siedmiu porażkach w 42 dotychczasowych meczach. Odkąd w połowie października zeszłego roku usiedli na fotelu lidera Championship, to zrobiło im się na nim tak wygodnie, że zeszli tylko na chwilę w lutym, ale akurat tydzień później zmierzyli się z Middlesbrough, które im zabrało to pierwsze miejsce i sprali je 3:1, wracając tam, gdzie czuli się najlepiej.
Angielska liga, amerykański strzelec, mały polski akcent. Lampard stworzył maszynę
Lampard znalazł sposób, by Coventry zarówno sporo strzelało (84 gole, najwięcej w lidze), jak i bardzo wiele nie traciło (42 gole, najmniej w lidze ex aequo z Ipswich i Middlesbrough). Ich futbol jest niezwykle bezpośredni oraz konkretny, choć wcale niekoniecznie nastawiony na dominację i posiadanie piłki. Tego mają śr. 54 proc. na mecz (szósty wynik w lidze). Najważniejsze, że wiedzą, co z tą futbolówką zrobić, bo oddają zdecydowanie najwięcej strzałów w całej Championship (prawie 60 więcej od drugiego pod tym kątem Southampton) oraz najwięcej celnych strzałów (235 przez 42 kolejki).
Główną bronią Lamparda jest napastnik Haji Wright. Amerykanin trafił jak dotąd do siatki 16 razy w tym sezonie ligowym. 10 goli ma też inny napastnik Ellis Sims. To zawodnik, który mógłby reprezentować... Polskę. - Polska to dobry kraj do gry. Muszę o tym pomyśleć. Mogę grać dla Jamajki, Polski i Anglii. Dobrze by było najpierw mieć polski paszport - mówił w styczniu tego roku na kanale Huberto News na YouTube. Z naszego kraju pochodzi babcia 25-latka.
Matematyka mówi "jednego brakuje". Rzeczywistość już otworzyła drzwi do Premier League
Czy Simsowi będzie dane kiedyś zagrać z orzełkiem na piersi? Tego nie wiemy. Wiemy już za to, że jako ważny dla Lamparda piłkarz najpewniej dostanie okazję gry w Premier League. Zarówno on, jak i całe Coventry. Na cztery kolejki przed końcem sezonu zasadniczego brakuje im co prawda matematycznie jednego punktu. Natomiast gdyby nawet mieli przegrać wszystkie pozostałe mecze, to ich brak awansu jest realnie niemożliwy. Trzecie Milwall traci do nich 12 punktów, więc mogą się z Coventry co najwyżej zrównać. Wówczas musieliby mieć lepszy bilans bramkowy, by ich wyprzedzić. Obecnie mają +9, a drużyna Franka Lamparda... +42. "Sky Blues" mogliby więc nawet oddać te cztery mecze walkowerem (zostałoby +30), a i tak na 99,9 proc. awansowaliby bezpośrednio.
Zatem można to już ogłosić bez cienia wątpliwości. Coventry City zagra w przyszłym sezonie w Premier League. Powrócą po ćwierćwiecznej nieobecności, problemach finansowych, bezdomności i spadku nawet do League Two. Co więcej, uczynią to już na własnym stadionie. W pełni własnym, bo już w sierpniu 2025 roku Coventry kupiło wreszcie swój stadion, który nosi obecnie nazwę Coventry Building Society Arena. Stało się to równo 20 lat po oddaniu go do użytku. Koniec z pożyczaniem boiska od Birmingham czy Northampton.
Czy "piłka nożna wróci do domu"? Przekonamy się podczas mundialu, natomiast Coventry City może wreszcie w pełni uczciwie powiedzieć, że w domu jest. Już w sierpniu zaś będą mogli tenże dom pokazać całemu światu. Ostateczny stempel na awansie mogą postawić w piątek 17 kwietnia, gdy o 21:00 zagrają na wyjeździe z walczącym o utrzymanie Blackburn. Szampany są już zmrożone i gotowe do wystrzału.