Jacek Magiera był - nie wierzę, że od piątku 10 kwietnia muszę używać czasu przeszłego - przede wszystkim dobrym człowiekiem. Nade wszystko stawiał rodzinę. Mówił o niej z czułością i miłością.
Pamiętam, gdy w 2023 roku usiedliśmy w gabinecie budynku klubowego przy ul. Oporowskiej. Spotkaliśmy się po tym, jak utrzymał Śląsk Wrocław w Ekstraklasie i przygotowywał się do kolejnego - jak się później okazało - wicemistrzowskiego sezonu. Kilka tygodni wcześniej wrócił do pracy po ponad rocznej przerwie.
- Przez te trzynaście miesięcy nieobecności w piłce - tej zawodowej - mogę powiedzieć, że te nasze więzi jeszcze bardziej się zacieśniły. Powiedziałbym, że się nie zmieniłem. Uważam, że nadal jestem porządnym człowiekiem, dobrym tatą, dobrym mężem, dobrym dzieckiem i tak chcę dalej funkcjonować w świetle mojej prywatności. Ona jest dla mnie ważna, zawsze była dla mnie ważna. Nigdy nie wychodzi na światło dzienne. To jest nasze życie. Dobrze się ze sobą czujemy, lubimy ze sobą spędzać czas - mówił, a kiedy wspominał najbliższych, mogłem dostrzec ten charakterystyczny błysk w jego oku.
- Praktycznie codziennie odwoziłem i odbierałem dzieci ze szkoły, byłem na każdej wywiadówce, poznałem panie wychowawczynie. Byłem jako jeden z opiekunów na wycieczce klasowej. Ten czas wykorzystałem w stu procentach. Ta decyzja o przyjeździe, o powrocie do Śląska bardzo mocno wpłynęła na dzieci. Miały tatę w domu, a nagle się okazało, że taty nie ma i jesteśmy znów na odległość. Jeszcze bardziej te wartości scaliliśmy - tłumaczył mi dlaczego wrócił do Śląska.
Pamiętam nasz ostatni wywiad przeprowadzony we wrześniu 2024 roku. Wybraliśmy się do jednej z restauracji na wrocławskim Borku, a koniec spotkania wyznaczyły obowiązki rodzinne. Jechał odebrać synka Jasia z zajęć dodatkowych.
Nigdy nie traktował z góry i zawsze doceniał drugiego człowieka. Nieważne czy w roli trenera klubowego, czy w roli drugiego trenera reprezentacji - znajdował czas na rozmowę. Bardzo często widywaliśmy się na meczach. Jeszcze nie tak dawno rozmawialiśmy na trybunach stadionu w Lubinie. Zresztą fakt, że bacznie śledzi spotkania Zagłębia, odnotowaliśmy wraz z moim redakcyjnym kolegą Dawidem Szymczakiem, gdy przeprowadzaliśmy wywiad z trenerem Leszkiem Ojrzyńskim.
- Śmiało. Kiedy będziesz miał czas, to dzwoń - rzucał na pożegnanie. Praktycznie zawsze właśnie tymi słowami skierowanymi do mnie kończył rozmowę. Nie mogę uwierzyć, że kolejnej już nie będzie. Tak jak spotkania w Częstochowie, Sosnowcu, Poznaniu, Wrocławiu czy Lubinie.
O śmierci Jacka Magiery dowiedziałem się będąc w pociągu - w drodze na mecz jego Śląska Wrocław z Polonią Warszawa. I choć piłka nożna w takich sytuacjach schodzi na dalszy plan, to cieszę się, że jego byli podopieczni uczcili pamięć o nim w najpiękniejszy możliwy sposób. Dwójka, która zawdzięczała mu naprawdę wiele - Piotr Samiec-Talar i Jehor Macenko - przyczyniła się do wygranej 4:0. Pierwszy zdobył gola, a drugi zanotował asystę.
To było najwyższe zwycięstwo Śląska od maja 2024 roku i wygranej z Cracovią. Jacek Magiera byłby dumny z piłkarzy WKS-u. Na pewno nazwałby ich "kozakami" i powiedział, że "byli gotowi".
Na jego niespodziewane odejście gotowy nie był nikt. Jacku, dobry trenerze, ale jeszcze lepszy człowieku - dziękuję za każdą rozmowę. Nie mogę w to uwierzyć, że nie będzie kolejnych.