- Dobra, zaraz pogadamy o piłce, powiedz lepiej, co tam u ciebie. W domu wszystko dobrze, jak w pracy? - tak zazwyczaj zaczynał rozmowy ze mną Jacek Magiera. Rozmawialiśmy sporadycznie, w ostatnich latach może dwa-trzy razy do roku. Ale były też momenty, kiedy widzieliśmy się praktycznie codziennie. To były przede wszystkim lata 2012-15. Magiera był najpierw asystentem Jana Urbana w Legii Warszawa, później trenerem rezerw, a ja wtedy spędzałem przy Łazienkowskiej niemal każdą chwilę.
- Co robiłeś wczoraj o 10:58 - zaczepił mnie pewnego dnia na Legii. - Byłeś na treningu, tak? Na pewno na treningu? - dopytywał, wbijając we mnie wzrok. - Na drugi raz aż tak się nie spiesz. Uważaj, jak przechodzisz przez ulicę. Chcesz chyba dostać mandat albo wcześniej ja cię przejadę - ostrzegał. W kolejnych dniach, gdy tylko mnie widział przy bocznym boisku Legii, dopytywał i pilnował, czy tym razem przechodziłem przez przejście dla pieszych, czy znowu przebiegałem przez Łazienkowską na wysokości kościoła w drodze na trening.
To był człowiek zasad. Przestrzegający ich nie tylko na boisku. Traktujący wszystkich równo, dla każdego znajdujący czas. W szczególności dla młodych, którzy dopiero wchodzili do dorosłego życia i dorosłej piłki. Ale też dla tych, którzy potrzebowali tego czasu najwięcej, znaleźli się w życiu na jakimś zakręcie. - Nie skreślamy go. Musi się leczyć i my jako klub chcemy w tym pomóc. Czeka go najważniejszy mecz - mówił Magiera w kwietniu 2014 roku, gdy próbował w rezerwach Legii odbudować walczącego z chorobą alkoholową Dawida Janczyka.
Przez pierwszy miesiąc Janczyk przychodził na treningi do Magiery, potem przestał. - Jeżdżę za nim po całej Warszawie. Ale on musi chcieć od nas tę pomoc dostać - rozkładał ręce.
Z Janczykiem się nie udało, ale jest wielu takich, którzy z pomocy Magiery skorzystali. I na każdym kroku podkreślali, jak wiele dla nich zrobił, jak dużym był wsparciem też poza boiskiem.
Bo to był przede wszystkim dobry człowiek, z olbrzymią wiedzą, wrażliwością i wrodzoną inteligencją. Szacunek do drugiego człowieka to zawsze było coś, co aż biło od Magiery. Nawet, gdy we wrześniu 2017 roku Dariusz Mioduski zwalniał go z Legii, mimo że przebijał się przez niego żal, bo odchodził z klubu, z którym związany był przez większość swojego życia - kilka miesięcy po zdobyciu mistrzostwa i fantastycznych meczach z Legią w Lidze Mistrzów - nigdy nie usłyszałem przesadnej krytyki w kierunku Mioduskiego. - Taka była decyzja prezesa - kwitował.
Jaka to była decyzja, każdy już wie. Do dziś uważam, że to był zwrotny moment w historii Legii. Moment, który Legii zaszkodził, ale Magierze paradoksalnie pomógł, bo rozwinął go w pracy w innych miejscach.
- Już aż tak bardzo wszystkiego nie biorę do siebie. Jak to mówi młodzież, mam wyje**** - śmiał się kilka lat temu, gdy spotkaliśmy się na obiedzie w niewielkiej restauracji na Saskiej Kępie. To był luty 2024 roku, Magiera pracował wówczas w Śląsku Wrocław, liderze Ekstraklasy. - Mów mi w końcu Jacek - dopraszał się. Ale ja nie miałem odwagi. - Trenerze, mam do pana za dużo szacunku.
Magiera nalegał. Powiedziałem, że możemy spróbować od następnego obiadu. Nie zdążyliśmy. Dla mnie zawsze pozostanie Panem Trenerem.