- To jest jakaś forma przeżycia męki. Idziesz przez noc, są stacje drogi krzyżowej. To sprawdzenie siebie. Praca i cierpienie uszlachetniają - mówi Leszek Ojrzyński, który przeszedł ekstremalną drogę krzyżową. W długim wywiadzie trener Zagłębia Lubin mówi nam o swojej wierze - jak pomagała mu przetrwać najtrudniejsze chwile, także śmierć najbliższych. Ale mówi też o wierze w siebie - nawet gdy przez dwa i pół roku nie miał pracy.
Powodów, aby przyjechać do Lubina, było wiele. Zagłębie, które w ostatnich latach kojarzyło się głównie z marnowaniem potencjału, dziś jest wiceliderem Ekstraklasy, ma w swoich szeregach jednego z najbardziej utalentowanych polskich piłkarzy, wysyła do młodzieżowych kadr kilku kolejnych, a to wszystko spina postać trenera, który przez dwa i pół roku nie miał pracy. Leszek Ojrzyński, bo o nim mowa, przybył na Dolny Śląsk w marcu 2025 roku z misją ratowania ligowego bytu. W poprzednim sezonie wywalczył utrzymanie, a obecnie zajmuje drugie miejsce. Czy to wystarczy, by zerwał z łatką trenerskiego strażaka?
Ale to przede wszystkim rozmowa o wierze, czyli bardzo ważnej części życia Ojrzyńskiego. Gdy wychodzi na boisko, zawsze wykonuje znak krzyża, prosząc, by nikomu nic się nie stało. Na meczach ma przy sobie różaniec – kiedyś trzymał go w kieszeni, teraz zawiesza na szyi. Rozmawiamy akurat w Wielki Czwartek, w ważnym dla trenera okresie. Od lat pości i odmawia sobie w tym czasie przyjemności. To też dobry moment na refleksje.
Dawid Szymczak i Filip Macuda, Sport.pl: Kiedyś wziął pan udział w ekstremalnej drodze krzyżowej i nocą przeszedł pan 42 kilometry. O co w tym chodzi?
Leszek Ojrzyński, trener Zagłębia Lubin: To jest jakaś forma przeżycia męki. Idziesz przez noc, są stacje drogi krzyżowej. To sprawdzenie siebie. Wyznaję starodawną zasadę, że praca i cierpienie uszlachetniają. Pewne rzeczy musisz przejść i ich samemu doświadczyć. Oczyścić siebie. Przychodzą wtedy różne myśli. Można się zastanawiać. Dla mnie na tamtym etapie było to ważne.
Szedł pan samemu czy w grupie? I dokąd?
Zaczyna się w grupie, ale wiadomo, że w nocy ona się rozbija i tworzą się co najwyżej podgrupki. Czasami jest się samemu. Ja akurat wtedy szedłem wtedy z kumplem i jeszcze jedną owieczką, która się do nas przyczepiła. Szliśmy w trójkę przez wszystkie stacje. Z Krakowa do Kalwarii Zebrzydowskiej. To jest trasa im. Świętego Jana Pawła II. 42 kilometry z kawałkiem. Rano doszliśmy na miejsce. I odcierpieliśmy to – czuliśmy ten dystans w nogach. Stopy też dostały za swoje.
Ale chodzi też o głowę. Na stronie organizatorów czytam, że "ta noc może być najważniejsza w twoim życiu".
Jak idziesz sam, to na pewno. Ale nawet będąc z kimś, można oczyścić umysł, bo zdarzają się momenty wyciszenia. Człowiek, dzięki temu, inaczej później odbiera pewne rzeczy. Przeżyłem jeszcze pielgrzymkę do Santiago de Compostela, gdzie w sześć dni przeszedłem 223 kilometry. Tam dopiero były przeżycia! Ale wracając jeszcze do tej nocnej pielgrzymki – byłem akurat po zwolnieniu z Górnika Zabrze. Ono wydawało mi się wtedy wielką porażką, bo nie dano mi dokończyć pracy. I dlatego też zdecydowałem się na tę drogę krzyżową. Nie wiem, czy to była najważniejsza noc w moim życiu, ale miałem po niej różne przemyślenia i później zdobyłem Puchar Polski z Arką Gdynia. Ktoś mi powie: wymodliłeś ten Puchar Polski.
I ten ktoś będzie miał rację?
Zobaczcie, po zwolnieniu z Górnika miałem propozycję z NEA Salamina z Cypru. Nie dogadaliśmy się, bo chciałem wziąć ze sobą dwóch asystentów, a oni chcieli mnie samego, bez nich. Nie dostałem tej pracy, więc czekałem dłużej i wtedy zgłosiła się Arka, która straciła dwadzieścia goli w ostatnich pięciu meczach. Przyszedłem, żeby ją ratować, a przy okazji był też bardzo smakowity kąsek: właśnie ten finał Pucharu Polski, do którego Arka miała już wywalczony awans. Skorzystałem z tego. Wygraliśmy. I to są najpiękniejsze dni w karierze trenera. Wywalczenie utrzymania i tworzenie fajnych grup zawodników daje wewnętrzną satysfakcję, ale to puchary są wpisywane do CV i zostają z tobą na całe życie.
Miał pan też w głowie pielgrzymkę drogami świętego Jakuba z Francji do Santiago de Compostela.
No to o tym wspominałem. To są te 223 kilometry.
Czytałem, że one mają nawet 700 km.
No tak, ale byłem wtedy przed trzecim sezonem z Koroną Kielce, miałem sześć dni urlopu, musiałem sobie to dobrze wyliczyć. I wyszło tak, że niby wszystko wyliczyłem, a na miejscu okazało się, że jednak do przejścia jest 223 km. Musiałem przyspieszyć. Przeszedłem to, zdążyłem. Jak wróciłem do domu, to wszyscy mówili, że jestem nie do poznania. Schudłem wtedy siedem kilo, byłem zarośnięty. W klubie też przez dwa tygodnie byłem innym Lechem. Mówili, że jakby wrócił mnich. Tak mnie to oczyściło i wyciszyło. Ale później wiadomo – wszystkie bodźce, obowiązki, działania… I wróciłem do bycia sobą. Zawodowo chyba mi ta pielgrzymka nie wyszła na dobre, bo po trzeciej kolejce mnie zwolnili.
Haha. Ale może dzięki temu lepiej pan to przyjął. Spokojniej.
Na pewno! Cały bunt wtedy wstrzymałem! Kibice byli przecież wściekli, że zostałem zwolniony. Do końca stali za mną. Piłkarze też. Wszyscy. Musiałem uspokoić nastroje. Tłumaczyłem, że taka jest wola zarządu, że zarząd ma do tego prawo. Mówiłem, że ja tę decyzję szanuję i prosiłem, żeby też ją uszanowali, żeby nie robili żadnych dymów. Więc tak, na pewno wtedy ten spokój bardzo mi się przydał.
Takie pielgrzymki to bez telefonu, prawda?
Kilkanaście godzin bez telefonu. Przez cały dzień miałem ten telefon wyłączony i głęboko schowany, bo skupiałem się na tym, po co tam przyjechałem. Telefon wyciągałem tylko wieczorami, jak już byłem w jakimś schronisku albo ośrodku, bo był akurat okres przed startem ligi, więc musiałem dopinać różne sprawy. Ktoś mi zresztą później zarzucił w jakimś wywiadzie kiedyś, że nie było ze mną przez sześć dni kontaktu. Nieprawda. Codziennie wieczorem odpalałem telefon i rozmawialiśmy o transferach.
Na takich pielgrzymkach częściej się prosi czy dziękuje?
Jedno i drugie. To jest zresztą nie do opisania, nie do opowiedzenia. To trzeba przeżyć, bo naprawdę doświadcza się wspaniałych rzeczy. Szczególnie kiedy idzie się samemu. Bo z kimś to zawsze jest się rozproszonym. Ale do Santiago szedłem sam i doświadczyłem wielu rzeczy. Nie miałem zaklepanych żadnych noclegów, nie miałem zaplanowanych postojów w danej miejscowości, nie miałem żadnego planu na dany dzień. Po prostu wiedziałem, ile jest kilometrów i że mam na to sześć dni, bo już wcześniej kupiłem bilet powrotny do Polski. Codziennie szedłem, dopóki miałem siłę. Codziennie szukałem jakiegoś noclegu. To był kolejny element udręki. Ale tak chciałem. Powiedziałem też sobie, że nie używam żadnych leków i medykamentów. Jak ludzie widzieli, w jakim stanie mam stopy, to mówili, że z tego będzie tężec. Jakieś zastrzały, nie zastrzały. Niczego na to nie brałem, musiałem przetrzymać. Raz tylko miałem w nocy taką trzęsawkę, gorączkowałem. Spałem akurat w jakimś pensjonacie i dostałem tabletkę przeciwbólową. Przyjąłem. Ale poza tym przeszedłem bez niczego.
Jak ten alpinista, który atakuje szczyt bez tlenu.
Ale udało się. Jak się nastawisz, jak zakorzenisz w sobie pewne rzeczy, to nie ma odwrotu. Chociaż szatan kusi. Nie raz miałem tak, że szedłem, a obok mnie przejeżdżał autobus. Albo szedłem i stały piękne dziewczyny, machały, żebym sobie zrobił przerwę. No i co? No i, kurde, masz dylemat. Ale byłem tak zafiksowany, tak cisnąłem, żeby tam dojść, że nie mogłem odpuścić. Przegrałbym z samym sobą.
Pan się kiedyś pogniewał na Boga? Życie pana doświadczało.
Może jak byłem młody. Jak byłem młody, to byłem głupszy. Inaczej podchodziłem do różnych spraw. Brałem życie, jak leci. Z takiej pozycji nieśmiertelności. Ale raczej nie nazwałbym tego gniewem na Boga, po prostu odchodziłem od niego trochę dalej. Miałem więcej rozrywek. Bywało, że nie znajdowałem czasu na niedzielną mszę. Biegałem, ganiałem, więc nie było czasu na modlitwę. Ale żeby się pogniewać? Chyba nie, chociaż miałem momenty – tak, jak mówicie – że nie było mi łatwo. Wtedy jednak wiara pomagała mi przez to przejść. Wiem, że jest drugie życie. W to wierzę. I tak musi być. Ci, którzy odeszli, mają tam lepiej, jeśli sobie na to zapracowali. A ci, którzy zostali, muszą się z tym pogodzić.
No tak, nawiązujemy do śmierci pana żony. Nie pytał pan wtedy: "dlaczego?", "dlaczego mnie to spotkało"?
Zawsze pytasz. Ale w tym wszystkim nie chodzi tylko o ciebie. Masz dzieci. One też na tym cierpią. Jest cała rodzina żony. Trzeba przez to przejść. Wcześniej straciłem też ojca, a jestem jedynakiem. Ja jak ja… Ale mama. O nią się martwiłem, bo nagle została sama, a przecież mieszkali cały czas razem. To było tak, że pracowałem wtedy w Koronie i zostaliśmy liderem. Rano ojciec zadzwonił do mnie z gratulacjami, a dwie godziny później zadzwonił wujek – bo mama nie była w stanie – żeby powiedzieć, że ojciec nie żyje. Co jest? Żart jakiś? Dowcip? Tak się przecież nie żartuje.
Pakujesz się, bierzesz wolne w klubie, organizujesz pogrzeb, w trzy dni wszystko załatwiasz i musisz dać sobie radę. Żyjesz też dla innych. Jest mama, są dzieci. Połykasz takie tragedie. Ale łatwo nie jest. Psychologowie mówią, że żałobę przechodzisz nawet przez dwa-trzy lata. Wszystko zależy od osoby. Musisz to wszystko przejść, przetrawić i jakoś przepracować. W końcu musisz wrócić do życia. Do zawodowego może nie od razu, bo po śmieci żony przeprowadziłem się do Anglii, żeby opiekować się synem, który miał siedemnaście lat i grał tam w piłkę. Córka na tym straciła, bo została sama w Warszawie, a była tylko dziewiętnastoletnią dziewczyną. Stanąłem wtedy na takim rozdrożu, ale musiałem działać. Później dojrzałem do tego, że mogłem wrócić do pracy, bo za coś trzeba było żyć i utrzymać rodzinę. Syn był już pełnoletni, więc wróciłem do Polski, wróciłem do trenerki i życie toczyło się dalej.
A wciąż modli się pan o "zdrowych i mądrych piłkarzy"?
Oczywiście! Zawsze! Łatwiej się pracuje z mądrymi piłkarzami. Jak trener ma świadomą drużynę, to jest mu łatwiej. Czasy się zmieniły. Kiedyś piłkarze byli bardziej rozrywkowi, teraz są bardziej odpowiedzialni, bardziej profesjonalni. Ale są też bardziej zanurzeni w telefonach, co też jest niebezpieczne, więc mądrość jest wskazana. Ale modlę się też o mądrość dla siebie, bo zawsze łatwo się zagubić, popełnić błąd, zacietrzewić. A jako trener musisz być mądrzejszy, bo decydujesz, wyznaczasz kierunki i jesteś liderem. Jak ty funkcjonujesz źle, to odbija się to na całym środowisku wokół. Trzeba się mieć na baczności.
Dobrze się to składa - zaraz Wielkanoc, a my rozmawiamy z trenerem, który zawodowo zmartwychwstał.
Zmartwychwstanie było trzeciego dnia, a u mnie tych dni było jednak trochę więcej, ha-ha. Ale nie, myślę, że nie było ze mną tak źle. Biorąc pod uwagę okres bez pracy, można oczywiście tak na to spojrzeć, ale tak naprawdę nie byłem w zaświatach, tylko rozmawiałem w tym czasie z innymi klubami. Czasami te rozmowy na moją prośbę nie były finalizowane. Miałem w życiu prywatnym ślub, więc miałem czym się zajmować i kim. Poświęciłem też ten okres na samorozwój. Odchodząc z Korony, miałem jeszcze kilka ładnych miesięcy kontraktu. Sytuacja pewnie wyglądałaby inaczej, gdybym nie miał pracy i płacy w tym okresie. A tak to wszystko się skumulowało i pozwoliło mi pewne rzeczy przeciągać i odmawiać. Ale później, w tym ostatnim okresie, półrocznym, gdy mój kontrakt z Koroną się skończył, byłem już chętny do pracy. To chyba było nawet siedem miesięcy. Dostawałem propozycje, ale nie z Ekstraklasy. Czekałem jednak na Ekstraklasę i dobrze się to potoczyło. Ale zmartwychwstaniem bym tego nie nazwał.
Ale co sobie myśli trener, gdy czeka na kolejną pracę tak długo? Pojawiły się jakieś obawy? Czy przeciwnie – była wiara?
Była. Przecież wiadomo, jak życie wygląda. Liczyłem na rzetelność pracy ludzi w klubach, że wezmą pod lupę moje osiągnięcia. Przecież niektóre zespoły musiałem ratować przed degradacją, jak były w tragicznej sytuacji. I to się udawało. Później prezesi tych klubów mówili mi, że to utrzymanie jest dla nich jak mistrzostwo Polski. W Podbeskidziu, w Koronie i w Arce do tej pory największe osiągnięcia były ze mną na ławce. Wiedziałem, że jak ktoś rzetelnie spojrzy na fakty, to prędzej czy później będę miał zapytania o powrót do pracy. Przypięto mi łatkę strażaka, bo wiemy, jak ten świat wygląda – dużo się ogląda, pisze, czyta i łatwo jest kogoś zaszufladkować. Tak jak mnie. No tak, potrafię szybko wchodzić do klubów i poprawiać wyniki. W Stali Mielec i w Wiśle Płock w pierwszych meczach zdobywaliśmy średnio dwa punkty na mecz. Z takim wynikiem u nas w lidze zdobywa się mistrzostwo.
Drażni pana to nazywanie pana strażakiem?
Nieee… Żartuję z tego. Tak wygląda ta praca. Zobaczcie – byliśmy rewelacją w pierwszej rundzie, a później wyciąga nam się Leonardo Rochę – najlepszego snajpera, wyciąga nam się Kajetana Szymyta, do tej pory nie mamy kontuzjowanego Aleksa Ławniczaka, tracimy Mateusza Wdowiaka, który może nie grał u mnie za dużo, bo postawiłem na Marcela Regułę, ale był zawodnikiem wchodzącym. To są goście, którzy w tej lidze coś mogą zrobić. My ich już nie mamy. Jeśli ktoś rzetelnie na to spojrzy, to będzie się dziwił, że my jeszcze jesteśmy tam, gdzie jesteśmy. Wyznaję taką zasadę i w nią wierzę, że praca zawsze się obroni. I tego wymagam. Nie potrafię udawać, że nie widzę pewnych rzeczy. Nie pozwolę na nierzetelne podejście do pracy. Mówimy przecież o najwyższym poziomie w Polsce. Czasami pewnych rzeczy nie wiecie ani wy, dziennikarze, ani kibice. W jednym klubie postawiłem kiedyś warunek, że od następnego dnia nie chcę widzieć trzech zawodników. Zarząd wybrał, że lepiej zostawić tę trójkę, a zwolnić trenera. To się nie przebiło do mediów. Poszedł komunikat o rozstaniu i tyle.
Gdzie to było?
Nie powiem wam. Opowiadam o tym, by pokazać, że czasami można przymknąć oko i przedłużyć swoje trenerskie życie w danym miejscu. Ale to nie byłoby zgodne z moimi zasadami. Czasami trzeba spojrzeć w lustro i zapytać siebie, czy możesz akceptować takie rzeczy. I jak stawiasz sprawę na ostrzu noża, to czasami przegrywasz.
Zawsze pan tak miał. Jak dyrektorka szkoły, w której pan uczył, powiedziała, że ma pan na lekcji WF wziąć klasę i zbierać z nią śmieci, powiedział pan, że nie ma szans.
Bo WF jest od innych rzeczy niż zbieranie śmieci.
Cały czas jest pan takim szeryfem, który wpada do miasteczka i próbuje wszystkich poustawiać?
To już mi minęło. Kiedyś byłem taki, że chciałem spojrzeć w każdą działkę, bo widziałem w nich luki – od marketingu, przez akademię, po inne rzeczy. Czasami chciałem podchodzić idealistyczne i dotykać wszystkiego, zmieniać różne rzeczy. Ale już mi to przeszło. Jak tak robisz, to narażasz się w strukturach. Robisz sobie wrogów: trenerów, rodziców. Nakręca się cała spirala. Do czego ci to potrzebne? Funkcjonujemy w takim świecie, gdzie jest dużo do poprawy, ale w niektórych środowiskach ciężko coś zmienić. Tym bardziej jak jesteś sam. Bywało tak, że mówiłem dyrektorowi, prezesowi: "Idziemy razem do prezydenta miasta. Mówimy jednym głosem". Bo też większość klubów, w których pracowałem, to były kluby miejskie. Zarządzał nimi prezydent i jeden telefon wystarczał, żeby zbombardować wszystko. Ale było podejście, że lepiej tego nie robić, bo nie ma sensu.
Czy z takim doświadczeniem łatwiej było panu przetrawić sprawę z Leonardo Rochą?
Oczywiście. Kiedyś bym lamentował. Kiedyś bym ostro pewnie mówił, że tak nie może być, bo jesteśmy ambitni itd. Teraz biorę też inne aspekty pod uwagę. Bardziej ufam ludziom, z którymi jestem w klubie. Zajmuję się swoją działką. Rynek też jest trudniejszy. Kiedyś trener był bossem, który mógł sobie na więcej pozwolić. Dziś jak byśmy obliczyli, to pewnie jest dziesięciu trenerów na jedno miejsce w Ekstraklasie. Chociaż nie! O czym ja mówię?! Na pewno jest ich więcej. Pewnie z UEFA Pro mamy już 400 trenerów w Polsce, a do tego dochodzą trenerzy z zagranicy. Ciężko o pracę. Skupiam się więc na rzeczach, na które mam wpływ – na szatni i na drużynie. Opiniuję transfery, jak ktoś mnie o coś pyta, to mogę doradzić. Ale te tematy załatwia dyrektor, a zarząd i rada nadzorcza je zatwierdzają.
Chciałbym jeszcze raz spytać o te dwa i pół roku bez pracy. Z kim nie rozmawiam i kogo nie pytam, wszyscy odpowiadają: Leszek Ojrzyński się zmienił. Miał pan wtedy czas, żeby spojrzeć na siebie. To był ten czas na refleksję?
Pod jakim kątem się zmieniłem? Zależy, kogo pan pytał, skąd ta osoba mnie zna.
Podobno jest pan spokojniejszy.
Jestem. Kiedyś byłem furiatem – tak niektórzy mówili.
Czyli już pan nie łamie kijów na odprawach?
Nie.
Wślizgów też pan nie robi?
Wślizgi robię, ale nie na odprawach.
Zaraz, zaraz. Po co robił pan wślizgi na odprawach? I gdzie robi je pan teraz?
Zrobiłem raz wślizg na odprawie, żeby pokazać piłkarzowi, że on ma na boisku miękką i rozgrzaną murawę i nie chce zrobić wślizgu, a ja, starszy gościu, przejadę dupskiem dziesięć metrów po twardym i żadna krzywda mi się nie stanie. To jest charakter. Różne są metody. Zawodnik zapamięta to na całe życie, bo nikt wcześniej tego przy nim nie zrobił.
Po czym pan sunął? To były jakieś płytki?
Nie wiem, nie brałem pod uwagę nawierzchni. Albo jesteś fighterem, albo nie.
A w Lubinie zdarzyło się już jechać wślizgiem?
Zdarzyło, ale nie w szatni, tylko na rozruchu. Piłka była w grze, a ja byłem w środku, w dużym dziadku. Wtedy jest ostro i trzeba się uciekać do takich rzeczy. Były różne historie – i śmieszne, i nieśmieszne. Tak się funkcjonuje wśród młodych. Mam swoje lata, ale dalej chcę być blisko nich, a nie się oddalać. Kiedy trzeba zachować się bardziej rozrywkowo i kiedy trzeba coś pokazać, to od tego nie stronię. Cieszę się z tego, że mam do tego zdrowie.
Jedna osoba powiedziała mi, że był pan autorytarny.
Autorytarny? Jak najbardziej. Jak się bierze odpowiedzialność za grupę, to trzeba wyczuć, czego potrzebuje. Czasami zawodnicy potrzebują lidera i to ty musisz nim być. Kiedyś byłem w zespole, w którym nie było lidera, więc postanowiłem zaburzyć hierarchię w szatni. Znalazłem sobie wolną szafkę i byłem jak jeden z zawodników. Siedziałem z nimi, przebierałem się. Zawodnicy szybko zrozumieli, że jak będą się przebierać z trenerem, to już w ogóle nie będą mieli dobrych tematów do rozmów. W końcu wzięli sprawy w swoje ręce i mnie wygonili do mojego pokoju. Są różne sposoby na dotarcie do zawodników.
Właśnie się pan roześmiał. Często się pan uśmiecha? Na co dzień widzimy raczej kamienną twarz tego fightera.
Tak, ten uśmiech gości. Kiedyś byłem bardziej napięty i zero-jedynkowy. Może też za mało empatyczny. Teraz do pewnych rzeczy podchodzę z dystansem. Ale też świat się zmienił. Kiedyś inny był język w szatni, można było zebrać wszystkich do jednego kotła. Przez ten okres bez pracy też się edukowałem i jestem mądrzejszy o pewne aspekty psychologiczno-socjologiczne. Wiem, że moje jedno zdanie może być odebrane na cztery różne sposoby, więc muszę być ostrożny.
Skończył pan kurs w szkole Pawła Frelika, który jest trenerem mentalnym. 100 godzin zajęć, 20 analiz, 12 dni zjazdowych, testy, praca zaliczeniowa. Pan to skomentował na Instagramie zdaniem: "Zmienione postrzeganie siebie i innych". To czego się pan o sobie dowiedział?
Ja nie lubię siebie oceniać. Niech mnie oceniają ci, którzy mnie znają.
Na dyplomie z tego kursu ma pan napisane "Lech Ojrzyński". Woli pan tę formę imienia? Bardziej do pana pasuje?
Nie, kumple tak na mnie mówią. Jestem oczywiście Leszek, ale tyle osób do mnie mówi "Lechu", że się przyzwyczaiłem.
Wracając do piłki i Zagłębia, to mawia pan, że trudności są błogosławieństwem w przebraniu. Macie zatem bardzo błogosławiony czas. Wyliczał pan te wszystkie odejścia, kontuzje, problemy.
Są trudności i są "trudności". Każdy problem jest inny, ale życie polega na tym, żeby dać sobie radę. Choć oczywiście są granice, jest pewien zasób, który w końcu może się wyczerpać. Nie każdego da się od razu zastąpić. Sprowadzisz kogoś innego na tę samą pozycję, ale on nie wskoczy od razu na ten sam poziom. Nie zawsze wyciągniesz młodego z akademii, bo już dwóch-trzech juniorów stamtąd wziąłeś. Oni muszą dojrzeć i być gotowi. Ale tak, wierzę, że trudności powodują, że kombinujesz, wyciągasz wnioski i jesteś mądrzejszy. Z sukcesami jest nie jest łatwo, bo sukcesom towarzyszy dość powszechna choroba: samozadowolenie. Trzeba na to uważać. Trzeba cały czas cisnąć. Powtarzam chłopakom, że najtrudniej jest utrzymać się na szczycie. Wejść jest łatwo. Ale wtedy się zaczyna: telefony, wywiady… Siedzą, rozmawiają i mogą uwierzyć, jacy to są wielcy. Menedżerowie, propozycje, oferty, inne kluby… I tu też potrzebna jest mądrość, żeby się w tym nie zgubić.
Ale tyle tych trudności was spotyka, a wciąż jesteście na górze, na drugim miejscu.
Ale różnice są bardzo małe. Tabela jest tak spłaszczona, że wystarczy się zagapić na trzy-cztery kolejki i obudzisz się w innej rzeczywistości. Już nie na górze, tylko w środku tabeli. I w drugą stronę: jesteś na dole, ale wygrasz dwa-trzy mecze z rzędu, odbijesz się, już jesteś w środku, więc zaczynasz patrzeć, że masz tylko cztery punkty straty do miejsc pucharowych. Tak to przecież w tym sezonie wygląda.
Ale nie uwierzymy, że nie jest pan zadowolony z tej rzeczywistości wokół pana. O Zagłębiu mówi się dobrze, jest drugie miejsce, Reguła był łączony z pierwszą reprezentacją, ostatecznie wylądował w młodzieżówce. Tam gra też Filip Kocaba.
Z tego jestem bardzo zadowolony! Jestem w Zagłębiu niemal równo rok, bo zacząłem pracę 13 marca i to jest na razie mój największy sukces. Mieliśmy trzech debiutantów w Ekstraklasie. Reguła gra od pierwszej minuty, Kocaba wcześniej miał epizody, ale teraz jest podstawowym zawodnikiem, Mateusz Dziewiatowski też gra w podstawie, a wcześniej wchodził na epizody z ławki. Wielkie brawa dla akademii, bo to wszystko jej wychowankowie. Trzeba się cieszyć, że tyle udało się zrobić. A to, co robią Reguła i Kocaba w U-21, no to już jest coś pięknego. Cieszymy się, że mamy młodych zawodników, którzy u nas dojrzewają, wychowują się i dalej grają na bardzo wysokim poziomie. Są teraz naszą wizytówką, ale też się liczymy z tym, że latem może ich nie być i trzeba będzie szukać nowych rozwiązań.
Myśli pan, że Reguła może dostać powołanie do kadry już w czerwcu? To piłkarz, który jest już na to gotowy?
Jest bardzo dojrzały. To człowiek, który da sobie radę w każdej lidze, więc tym bardziej poradzi sobie w polskich warunkach. Jeśli dostanie szansę w pierwszej reprezentacji, to będzie robił wszystko na bezczelności, na dużej agresji, a to jest zawodnik ofensywny. Tacy piłkarze jak on zawsze są nieprzyjemni dla przeciwników. Wchodzi w starcia. Na zgrupowanie wyjeżdżał z dwiema rysami na obu piszczelach po korkach przeciwnika. Obolałe miał te piszczele, a i tak zagrał w kadrze. U niego charakter jest na pierwszym miejscu. Umiejętności oczywiście też. Ale podkreślam to, bo jest wielu zawodników, którzy mają umiejętności, ale brakuje im charakteru. A tutaj chłopak nie dość, że praktycznie biega najwięcej w tej kadrze, to jeszcze ma współudział przy bardzo dużej liczbie bramek. I o to chodzi, bo na tej pozycji – czy jako napastnik, czy dziesiątka, czy skrzydłowy – musisz mieć liczby. On sobie poradzi na każdej z tych pozycji, które wymieniłem. A pamiętajmy, że to jest jego pierwszy sezon w Ekstraklasie. On do tego sufitu ma jeszcze daleko. O ile po drodze się nie zagubi.
To najbardziej utalentowany piłkarz, z którym pan pracował?
Trudne pytanie. Wiecie przecież, że miałem Roberta Lewandowskiego w Zniczu Pruszków.
Dlatego pytamy. Szukamy dobrego zdania do tytułu. "Tylko u nas: jest piłkarz zdolniejszy od Lewandowskiego".
Ha-ha. Ich obu miałem w okresie, gdy zdawali matury. Ale piłkarsko byli na trochę innym etapie, bo "Lewego" miałem w III i II lidze, bo zrobiliśmy awans, a Marcela w Ekstraklasie. Obaj też byli po kontuzjach. Reguła na pewno jest twardszy, bardziej agresywny. "Lewy" był snajperem, skupiał się na atakowaniu piłki w polu karnym. Mają inne charakterystyki, Marcel nie jest typową dziewiątką, ale na pewno ma mega talent.
Już teraz plotkowało się, że może dostać powołanie. Dzwonił do pana Jan Urban?
Nie.
Ale prawie na wszystkich waszych meczach jest Jacek Magiera. Mieszka we Wrocławiu, więc ma blisko, ale też stworzył pan zespół, w którym selekcjonerzy mają kogo oglądać.
No i dobrze. Muszą oglądać, penetrować rynek. Ale na razie mieli baraże, więc byli im potrzebni sprawdzeni ludzie. Nie można przesadzić z nowymi, więc dołączył tylko Oskar Pietuszewski. Ale wiecie, Jasiu Urban dzięki nam, dzięki naszej pracy w Zagłębiu, został selekcjonerem. To my go zwolniliśmy z Górnika Zabrze! Jakby z nami wygrali, to pewnie dzisiaj by nie był selekcjonerem!
Pańskie zasługi dla polskiej piłki są wręcz niesamowicie rozległe!
Prawda? Wszystko dla dobra polskiej piłki!