Dla wielu krajów na świecie nie są niepodległym państwem. Za ich terytoria przelano hektolitry krwi, a kadra to potomkowie uchodźców. Reprezentacja Kosowa zaszokowała w półfinale baraży i jest krok od awansu na mundial. I ma szansę pokazać się światu bez tragicznego tła.
Bałkany to od stuleci beczka prochu, nad którą wisiała już niejedna pochodnia, doprowadzając do wybuchu. Kosowo to przykład takiej pochodni. Od 2008 roku to niepodległe państwo, drugie najmłodsze na świecie (po Sudanie Południowym, istniejącym od 2011 roku). Odłączyło się wówczas od Serbii, zadając jej cios prosto w serce. Dosłownie, bo jednym z najpopularniejszych używanych przez nich haseł jest "Kosovo je srce Srbije", czyli "Kosowo to serce Serbii". Nawet w sytuacji, w której ok. 90 proc. mieszkańców tych terenów to z pochodzenia Albańczycy, Serbowie nigdy nie uznali niepodległości Kosowa. Zresztą nie tylko oni, bo wiele jest krajów, które tego nie zrobiły. W Unii Europejskiej jest takich pięć. Na przykład Hiszpania, w której uznanie Kosowa mogłoby wzmocnić ruchy niepodległościowe w Kraju Basków i Katalonii.
Z ziemi szwajcarskiej, niemieckiej, norweskiej, każdej bezpiecznej
Wojny na Bałkanach w latach 90., a przede wszystkim ta w Kosowie w latach 1998-1999 zmusiły mieszkańców do opuszczenia domów i szukania schronienia w innych krajach jako uchodźcy. Efekty widać w kosowskim sporcie. W kadrze tego kraju na baraże aż 13 piłkarzy to wychowankowie klubów zagranicznych. Najczęściej szwajcarskich, bo takich zawodników jest sześciu, ale na liście znajdziemy też Niemcy (3), Chorwację (1) czy Norwegię (1). A przecież kosowskie korzenie mają też np. takie gwiazdy jak Szwajcarzy Xherdan Shaqiri i Granit Xhaka.
Sama piłkarska reprezentacja Kosowa jest jeszcze młodsza od swojego kraju, bo FIFA i UEFA przyjęły ją w swe szeregi dopiero w 2016 roku. Dzieci nie tak dawnych uchodźców lub takie, które urodziły się jeszcze w Kosowie, ale same musiały uciekać, dostały szansę reprezentować kraj, do którego miłość zaszczepili im rodzice i stały się ważnym elementem napędowym tej kadry. O dość przygnębiającej, wymuszonej wojną proweniencji, ale jednak.
Nie było tak, że Kosowo wjechało do europejskiego futbolu i zaczęło rozdawać karty, nic z tych rzeczy. Mimo posiadania w składzie piłkarzy o niezłej marce jak np. Milot Rashica czy Vedat Muriqi, Kosowo długo było słabeuszem. Eliminacje do Euro 2024 skończyli na przedostatnim miejscu, wyprzedzając tylko Andorę. Dwa razy pokonała ich Białoruś. Co prawda aż tak złe wyniki nawet w tym wypadku były niespodzianką, bo Kosowo w eliminacjach do Euro 2020 pokonywało np. Czechy i Czarnogórę, a Anglii strzeliło trzy gole na wyjeździe. Jednak całościowo nic nie zapowiadało odmiany kosowskiego losu na dłużej. Jak to zatem możliwe, że zaraz mogą pojechać na mundial?
Kiedyś rywalizował z Brzęczkiem. Teraz jest zbawcą
Cóż, Kosowo przekonało się, że w piłce nożnej trzeba tylko i aż trafić z trenerem. Franco Foda, tak nazywa się człowiek, którego być może po 31 marca 2026 roku będą nosić na rękach, jak kraj długi i szeroki. Zanim Niemiec zawitał do Kosowa, poznać zdążyli go m.in. Polacy. To on prowadził reprezentację Austrii, z którą kadra Jerzego Brzęczka rywalizowała w eliminacjach do Euro 2020 (wygraliśmy 1:0 na wyjeździe, a u siebie remis 0:0). Po rozstaniu się z Austriakami w marcu 2022 r., w lipcu był już trenerem szwajcarskiego FC Zurich. Tamta przygoda była jednak katastrofą i we wrześniu już go nie było. Ani tam, ani nigdzie indziej, i to przez półtora roku. Dziś w Kosowie mogą dziękować niebiosom, że w Zurychu poszło mu tak źle.
Bez tego zapewne nigdy nie przekonaliby go, by został ich selekcjonerem. Foda zabrał się do pracy, a efekty przerosły oczekiwania. Pierwszy sukces? Awans do Dywizji B Ligi Narodów. Kosowo było jesienią 2024 roku jeszcze zbyt słabe, by zagrozić Rumunii, która zlała ich dwukrotnie (4:0 i 3:0), jednak Litwie oraz Cyprowi nastrzelali łącznie dziesięć goli, tracąc ledwie jednego. Drugie miejsce w grupie i gra w barażu o awans z Islandią. W nim zaś niespodzianka, bo Kosowianie rozjechali w dwumeczu wyspiarzy 5:2 i weszli do Dywizji B. Potem niewiele zabrakło, a trafiliby w niej na Polskę, ale komputer błędnie przydzielił ich do jednej grupy z Bośnią i Hercegowiną, czego z przyczyn politycznych UEFA zabroniła. Tym samym my jesienią tego roku zamiast nich zagramy ze Szwecją.
Drużyna Franco Fody natrafiła na Szwecję w grupie, w której były też Szwajcaria i Słowenia. Na papierze mogło być o wiele gorzej, bo choć Szwajcarzy wydawali się poza zasięgiem, to Słoweńcy oraz mający od lat duże problemy Szwedzi już niekoniecznie. Choć o żadnym byciu faworytem nie dało się mówić. Zwłaszcza po porażce 0:4 z Helwetami na dzień dobry.
Kosowo zagrało jednak tak słabo w tych eliminacjach dwa razy - pierwszy i ostatni. Szwedów ograli dwukrotnie, nie tracąc ani jednego gola (2:0, 1:0). Schemat w obu przypadkach był ten sam. Skandynawowie mieli piłkę (68 proc. posiadania na wyjeździe i 67 proc. u siebie), a Kosowianie pomysł, co z nią zrobić, by wpadła do siatki. Oraz ludzi zdolnych do tego, by futbolówkę w siatce umieścić, bo akurat napastników mają nie byle jakich.
Lewandowski - Milik po kosowsku i szaleństwo premiera
Fisnik Asllani i Vedat Muriqi to na papierze oczywiście nie Alexander Isak oraz Viktor Gyokeres. Natomiast swoje potrafią. Muriqi to już żywa legenda kosowskiej kadry. Zamienił Albanię na Kosowo już w 2017 roku, rozgrywając od tamtej pory 71 spotkań w reprezentacji. Strzelił dla niej już 33 gole, co jest oczywiście rekordem. Za to bieżący sezon ma najlepszy w karierze, bo już teraz dla hiszpańskiej Mallorki strzelił 18 goli w 28 meczach. Asllani za to jest zarówno teraźniejszością, jak i przyszłością. Młodzieżowy reprezentant Niemiec, który dwa lata temu przyjął obywatelstwo kraju swych rodziców (uciekli z Kosowa przed wojną). Od tamtej pory 23-latek strzelił już cztery gole dla "nowej" ojczyzny, a w karierze klubowej przeżył rozkwit, bo ten sezon to osiem goli i pięć asyst dla Hoffenheim w Bundeslidze.
Kosowo do sześciu punktów zdobytych ze Szwecją dorzuciło jeszcze pięć w dwóch meczach ze Słowenią oraz rewanżu ze Szwajcarami. Efektem było sensacyjne drugie miejsce w grupie. Już samo to wywołało w narodzie taką radość, że premier Albin Kurti obiecał piłkarzom 1,5 mln euro premii do podziału za awans na mundial. Przy czym wiadomo było, iż poziom trudności jeszcze wzrośnie. Szczególnie że wylosowali półfinał na wyjeździe ze Słowacją.
Słowacja przegrała z rywalem, który jej zdaniem nie istnieje
Z potencjalnych rywali Kosowo nie trafiło może najgorzej, ale w Bratysławie Słowacy w grupie ograli 2:0 Niemców i ogólnie wywalczyli komplet punktów. W dodatku trzeba sobie było poradzić bez kontuzjowanego lidera obrony Amira Rrahmaniego z Napoli. Defensywa w rzeczy samej mocno ucierpiała na tej stracie, bo Kosowo, które w sześciu meczach grupowych straciło pięć goli, wszystkie ze Szwajcarią, tym razem dało sobie wbić trzy w jednym spotkaniu. Nasi południowi sąsiedzi zapewne ucieszyliby się z takiej skuteczności. Gdyby nie fakt, że sami cztery razy wyciągali piłkę z siatki.
Kosowo do przerwy przegrywało 1:2, ale po niej w niecałe pół godziny uciszyli stadion Slovana Bratysława. Trzy gole doprowadziły Słowaków do łez. Gol na 3:4, którego w 94. minucie strzelił David Strelec, był już jedynie chusteczką, by te łzy wytrzeć. Goście za to zaczęli szaleć z radości. Podbiegli do sektora ze swoimi kibicami i wznieśli dwie flagi: kosowską oraz albańską. Albańczycy zresztą bardzo się ucieszyli z awansu Kosowa. Sami co prawda w tym samym czasie odpadli z Polską (1:2), ale w tamtejszych mediach po meczu dało się znaleźć równie wiele wzmianek o kosowskim triumfie.
Tym sposobem Kosowo dotarło do historycznej szansy, by zagrać na nosie wszystkim nieuznającym ich niepodległości. Z Serbią na czele, bo Serbowie odpadli już w grupie. Dla nich te eliminacje to pod kątem honoru koszmar, bo nie dość, że zajęli trzecie miejsce tuż za Albanią, to jeszcze zaraz Kosowo może im wysłać pocztówkę z mundialu. Drużyna Franco Fody została swoją drogą chyba pierwszą kadrą w dziejach baraży ze zwycięstwem nad krajem, dla którego ich pogromcy oficjalnie nie istnieją. Wszak Słowacja to jeden z krajów stojących po serbskiej stronie w tym konflikcie.
Prisztina widziała morze krwi. Teraz chce ujrzeć sukces
W finale tego nie powtórzą, bo Turcja akurat była jednym z pierwszych państw, które w 2008 roku wsparły Kosowian. Na boisku oczywiście żadnej przyjaźni nie będzie. Turcy na awans na mistrzostwa świata czekają od 2002 roku, czyli czasów sprzed kosowskiej niepodległości. W swoim półfinale ograli u siebie 1:0 Rumunię. Teraz będą faworytem, ale wcale nie takim wielkim. Przede wszystkim mecz odbędzie się w Kosowie, a tamtejsi fani już buzują. Zresztą nie tylko oni.
- Nie da się nie zauważyć ogromnej wagi tego spotkania. Nigdy wcześniej nie widziałem tu tylu dziennikarzy. Gramy o mundial. Dla wielu to szansa, która zdarza się tylko raz. To dobrze, że panuje euforia, natomiast my musimy zachować spokój. Szanse są 50 na 50. Zrobimy wszystko, by wygrać. Jeśli trzeba będzie niemożliwego, spróbujemy dokonać niemożliwego - powiedział na konferencji przedmeczowej selekcjoner Franco Foda, cytowany przez kosowski portal koha.net.
Losy marzeń Kosowa o mistrzostwach świata rozstrzygną się 31 marca o 20:45 na stadionie w Prisztinie. To miasto widziało wiele strasznych rzeczy. Wojny, zbiorowe masakry, bombardowania NATO w 1999 roku. Teraz może zobaczyć wielki triumf, który ponownie zwróci uwagę świata na Kosowo. Tym razem bez krwawych powodów. Jeśli zaś awansują, to trafią na mundialu do grupy z Australią, Paragwajem i samymi gospodarzami, czyli USA.