Znów to samo - przychodzi mecz z rywalem z wyższej półki i Lech Poznań brutalnie zderza się z jakością. Znów nie znajduje odpowiedzi. Nie ma planu "anty" - nie ogranicza więc największych atutów rywala i nie dostosowuje się do jego gry, ale jednocześnie nie potrafi rozgrać meczu na własnych zasadach. Rywal rośnie z każdą minutą i zaczyna Lecha punktować. Wykorzystuje jego błędy, a sam niewiele ich popełnia. Może i Lecha nie deklasuje, chwilami nawet roztacza przed nim iluzję wyrównanej rywalizacji, ale ostatecznie trafia go kilka razy i zasłużenie pokonuje. Widzieliśmy to przecież już w eliminacjach Ligi Mistrzów w meczu z Crveną Zvezdą (1:3) i w eliminacjach Ligi Europy z Genk (1:5). Na porażkę z Szachtarem w Lidze Konferencji Europy też trudno się obrażać.
Idealnym podsumowaniem tego meczu - niestety - był strzelony przewrotką gol Isaque’a Silvy. W wielu akcjach indywidualna jakość, talent i świetna technika przemawiały na korzyść Szachtara, ale w żadnej innej nie było to aż tak widoczne. 19-letni Brazylijczyk, kupiony latem z Fluminense za 10 mln euro, dopadł do piłki w polu karnym i podbił ją głową z taką gracją i tak umiejętnie, że już po chwili mógł uderzyć ją przewrotką. Trafił idealnie, w dolny narożnik bramki. Stworzył arcydzieło. Wynik 3:1 znacznie lepiej oddawał skalę przewagi, jaką miał jego zespół.
Ale nie wszystko można tłumaczyć wysoką jakością rywali. Piłkarzy Lecha - przede wszystkim Ishaka, Pereirę, Palmę, Gholizadeha i Kozubala - stać na znacznie więcej. Cześć z nich od dłuższego czasu jest jednak w słabej formie, a część, jak Irańczyk i Polak, akurat z Szachtarem zagrała poniżej swojego poziomu. Dość powiedzieć, że aż do 66. minuty trzeba było czekać na pierwszy celny strzał Lecha w tym meczu. W dodatku ten strzał Pablo Rodrigueza był tak delikatny, że można go było pomylić z nieudanym dośrodkowaniem. O dziwo jednak coś zmienił - na chwilę obudził Lecha, przy wyniku 0:2 w końcu dodał mu wiary i pociągnął za sobą dwie kolejne akcje. Obie bardzo groźne. Pierwszej nie wykorzystał Taofeek Ismaheel, mimo że główkował z idealnej pozycji - ustawiony na wprost bramki, raptem cztery metry od niej. Ale druga przyniosła już kontaktowego gola. Ironia losu polegała na tym, że strzelił go Ishak, asystował mu Pereira, a obaj do tego momentu byli jednymi z najsłabszych zawodników na boisku.
Kilka następnych minut dało nawet wiarę, że Lech zdoła odrobić straty i wyjdzie z pierwszego meczu z Szachtarem z wynikiem lepszym niż ten, na który zasługiwał. Remis zdecydowanie byłby takim wynikiem. Lech grał bowiem słabo - nie stwarzał groźnych okazji w ataku, był opieszały i niechlujny, zdecydowanie za często niweczył swoje akcje niedokładnymi podaniami i nieudanymi przyjęciami piłki. A jego największy problem polegał na tym, że kompletnie nie był na te straty przygotowany. Wyglądało to podobnie, jak na początku sezonu. Znów więc po stracie piłki jego piłkarze byli rozproszeni po całym boisku i znów rywale mieli mnóstwo miejsca w drodze do jego bramki. Problemy, które udało się wyeliminować w końcówce rundy jesiennej i które nie powróciły od razu na początku wiosny, akurat tego wieczoru zostały dodatkowo uwypuklone przez zawansowanych technicznie zawodników Szachtara.
Pułapką było zakładanie, że skoro z Szachtarem wygrali w tej edycji Ligi Konferencji nawet pogrążeni w kryzysie piłkarze Legii Warszawa, to tym bardziej zrobi to będący w znacznie lepszej formie Lech. Szachtar z marca niewiele ma bowiem wspólnego z Szachtarem z października. Grając z Legia, nie dość, że był w najgorszym momencie sezonu, to jeszcze wystawił wielu rezerwowych. To w tamtym okresie przytrafiły się Szachtarowi wszystkie trzy porażki w tym sezonie - w lidze z Czekasami (1:4), w Pucharze Ukrainy z Dynamem Kijów (1:2) i z Legią właśnie. Od tamtej pory Szachtar nie przegrał ani razu. Do meczu z Lechem podchodził jako lider ligi ukraińskiej z serią trzynastu meczów bez porażki we wszystkich rozgrywkach. Co więcej, w ostatnich siedmiu meczach zachowywał czyste konto. Na boisku miał też swoich najgroźniejszych zawodników - Kauę Eliasa, Pedrinho i Alissona, którzy w spotkaniu z Legią nie zagrali ani minuty.
I tę różnicę w samym Szachtarze było widać gołym okiem. Był lepszy od Lecha i zasłużenie go pokonał. Strzelony przez Ishaka gol przynajmniej daje szanse na odrobienie strat w rewanżu, który zostanie rozegrany w Krakowie, na stadionie Wisły, na którym Szachtar występuje w tym sezonie europejskich pucharów.
Nie ma jednak przypadku w tym, że Lech, któremu zdarza się błyszczeć w Ekstraklasie i górować nad rywalami dzięki indywidualnym umiejętnościom swoich największych gwiazd, nie potrafił pokonać żadnego z mocnych rywali, na których trafił w Europie. Gdy naprzeciw stają równie utalentowani piłkarze – albo lepsi – o wyniku najczęściej decyduje plan na mecz i przyjęta przez trenera taktyka. I w tym aspekcie Lech również odstawał od Genku, Crveny czy Rayo. Od Szachtara również.