Czy Śląsk Wrocław, przez lata dofinansowywany przez urząd miasta, będzie musiał zwrócić otrzymane pieniądze? Mowa nawet o 200 mln zł. - Droga do tego bardzo daleka. Ale załóżmy, że po wielu latach faktycznie do tego dochodzi, wyrok jest ostateczny i prawomocny i klub musi zwrócić tę pomoc wraz z odsetkami. Kto ją zwróci? Moim zdaniem, na koniec zrobią to podatnicy - mówi Sport.pl Michał Żukowski, radca prawny.
Na początku roku władze Wrocławia przekazały Śląskowi 30 mln zł na dalsze funkcjonowanie. Nie pierwszy raz, bo strumień z ratusza wartko płynie od lat. "Śląsk to jeden z najgorzej zarządzanych klubów w Polsce, który żyje tylko dzięki pieniądzom z miasta. W tym układzie nigdy nie będzie normalnym klubem" - pisał niedawno Konrad Ferszter, dziennikarz Sport.pl. Zasilanie klubowego konta przez miasto nie podoba się także Jarosławowi Królewskiemu, prezesowi Wisły Kraków, który zapowiedział złożenie zawiadomienia do Komisji Europejskiej i do prokuratury.
Jak poważna jest ta sprawa? Jak może przebiegać? Czy miasta dofinansowujące lokalne kluby łamią przepisy? Czy ewentualne ukaranie Śląska może stworzyć precedens, który uderzy w inne miejskie kluby? O to pytamy Michała Żukowskiego, radcę prawnego, byłego głównego akcjonariusza Stomilu Olsztyn, byłego przewodniczącego Komisji ds. Innowacji PZPN, od blisko 20 lat zajmującego się zagadnieniami funduszy europejskich i pomocy publicznej. Patrzymy też szerzej: czy polski sport przetrwałby bez finansowej pomocy z samorządów? Jak taka pomoc powinna wyglądać, by uznać ją za zdrową?
Dawid Szymczak, Sport.pl: Bicie piany czy poważna sprawa?
mec. Michał Żukowski, radca prawny: W tym momencie jeszcze nie wiemy, co to tak naprawdę jest. Mamy zapowiedzi, o których nawet nie wiadomo, czy były poparte analizą prawną, czy bazują głównie na hasłach pojawiających się w debacie publicznej. Podobne sprawy miały już oczywiście miejsce w Europie. Nie są może zbyt częste, ale dotyczyły chociażby klubów holenderskich i hiszpańskich.
I co można o tych procesach powiedzieć?
Na pewno, że były bardzo długie, decyzje Komisji były czasami uchylane, a sama istota sprawy nie była identyczna jak w przypadku Śląska Wrocław, bo chodziło w nich przede wszystkim o nieruchomości czy kwestie podatkowe lub gwarancyjne, a nie dokapitalizowanie spółki.
W przypadku Śląska wydaje mi się, że na razie jest to sprawa przede wszystkim medialna, bo żadna skarga nie została jeszcze złożona. Słyszałem ostatni wywiad Jarosława Królewskiego w "Meczykach", w którym mówił, że celem jest to, by było normalnie, sprawiedliwie i żeby kwestie finansowania przez samorządy zostały uporządkowane. Ale nie wydaje mi się, żeby skarga była właściwą drogą ku temu. Ewentualne postępowanie będzie bowiem trwało bardzo długo, będzie dotyczyło tylko tej incydentalnej sprawy i nie wpłynie na cały system, bo każdy przypadek trzeba rozpatrywać osobno, w zależności od tego, o jakim wsparciu samorządu mówimy.
Załóżmy, że Jarosław Królewski wywiąże się z tej deklaracji i faktycznie złoży zawiadomienie do Komisji Europejskiej. Jakie mogą być tego konsekwencje – dla Śląska i dla innych miast, które działają podobnie jak Wrocław?
Znów: zacznę od tego, że droga do wyciągnięcia konsekwencji będzie bardzo długa. Najpierw Komisja Europejska musi tę skargę przyjąć. Później, być może po dodatkowych pytaniach, zdecydować o wszczęciu postępowania, a następnie przeprowadzić właściwe badanie, by sprawdzić, czy to działanie było rynkowe i czy spełniało wszystkie przesłanki wymienione w traktacie. Już to może potrwać rok, dwa lata lub trzy. Dopiero wtedy może dojść do wydania decyzji, a od decyzji można się odwoływać. Więc tak ta sprawa może w przypadku Śląska wyglądać. Natomiast dla innych klubów nie ma to bezpośredniego znaczenia. Oczywiście, jeśli do wyroku ostatecznego dojdzie, będzie to jakaś forma orzeczenia czy decyzji organu Unii Europejskiej, która może stanowić dla innych klubów wykładnię. Nie będzie to jednak bezpośrednio dotyczyło finansowania tych klubów przez samorządy.
Jak czytam artykuł na stronie "Merytorycznie.com", który powstał na bazie pracy doktorskiej Bartłomieja Gawreckiego, to cała sprawa wygląda niezwykle spektakularnie - miasta wspierają finansowo kluby i łamią przy tym dwanaście różnych przepisów unijnych i krajowych. To jest takie proste, że gdy miasto wspiera finansowo swój lokalny klub, to za każdym razem robi to niezgodnie z prawem?
Absolutnie nie. Nie jest tak. Nie będę przesądzał, jakie przepisy są łamane w poszczególnych przypadkach, bo mnie jako radcę prawnego obowiązują zasady etyki. Nie mogę wprost i kategorycznie powiedzieć, że jakiś przepis jest łamany. Mogę powiedzieć, że istnieje jakieś prawdopodobieństwo i mogę spróbować oszacować jak duże ono jest. Przeczytałem pracę pana dr. Gawreckiego i według mnie jest w niej zbyt wiele jednoznacznych osądów. Doceniam całość tej pracy, na pewno zebranie wszystkich materiałów kosztowało sporo czasu, ale ja przez wiele lat byłem praktykiem pomocy publicznej w zakresie klubów miejskich i wiem, że temat jest znacznie bardziej złożony.
Wydaje mi się, że większość miast podchodzi do tego w formalnie - zaznaczam formalnie - prawidłowy sposób, robiąc jakieś analizy czy przygotowując dokumenty. Abstrahuję teraz od ich jakości. Ale, oczywiście, są też przypadki, przy których możemy się pokusić o stwierdzenie, że prawo faktycznie może być naruszane. Badanie tego jest jednak długie. Nieprzypadkowo Komisja Europejska tak rzadko zajmowała się takimi sprawami. Jest zaledwie kilka przypadków klubów z Hiszpanii i Holandii. I nie w każdym z nich skończyło się to negatywną decyzją dla klubów. Dlatego w moim odczuciu droga do wydania takiej negatywnej decyzji jest w przypadku Śląska daleka, natomiast bardzo dobrze, że rozpoczęliśmy dyskusję w tym aspekcie, bo system wspierania klubów przez samorządy wymaga reformy.
Do tego wrócimy. Interesuje mnie jednak art. 107 ust. 1 Traktatu o Funkcjonowaniu Unii Europejskiej o zakazie nielegalnej pomocy państwa. Zgodnie z nim każda pomoc państwa, która zakłóca konkurencję, jest zakazana. Ten artykuł stał się takim drogowskazem dla dyskutujących o tej sprawie dziennikarzy i kibiców, bo wydaje się, że w przypadku Śląska Wrocław jest łamany.
Nie będę odnosił się do każdej przesłanki, bo w moim odczuciu kluczową przesłanką jest spełnienie tzw. Testu Prywatnego Inwestora, który bada rynkowość danego wsparcia. Takie badanie robi szereg podmiotów, zanim zdecyduje się na udzielenie pomocy publicznej. Jednym słowem - Komisja Europejska twierdzi, że jeśli pomoc ma charakter rynkowy i spełnia pozostałe przesłanki, to jest zgodna ze wspólnym rynkiem. Zróbmy sobie teraz takie ćwiczenie i zastanówmy się, czy pomoc udzielana Śląskowi Wrocław jest zgodna z polskim rynkiem piłkarskim. Czy dokapitalizowanie budżetu 30 mln zł jest pomocą rynkową czy nierynkową?
Twierdzę, że nie. Ale też znam pana argument o Wieczystej Kraków, która wydawała mnóstwo pieniędzy w drodze z okręgówki do I ligi i o Widzewie Łódź, który tej zimy bił wszelkie transferowe rekordy.
Dlatego nie przesądzam, czy bardzo wpływa to na rynkowość, ale na pewno definiuje w jakiś sposób nasz rynek. Miliony złotych wydawane pożyczkami lub wpłatami na kapitał właścicieli klubów nie są czymś incydentalnym. Stąd mój wniosek, że wykazanie bardzo nierynkowego działania będzie w przypadku Śląska Wrocław dość trudne. Chciałbym też rozdzielić jedną rzecz: rynkowości samego wsparcia klubu od wydatkowania tych środków w sposób rynkowy przez sam klub. Ale to, ile klub wydaje na agentów czy piłkarzy, jest zagadnieniem gospodarności lub jej braku, a nie legalności pomocy publicznej.
Jak zatem podpowiada panu intuicja - Śląsk będzie musiał zwrócić pieniądze, które w ostatnich latach otrzymał od miasta? Mówmy o kwocie nawet 200 mln zł.
Znów: droga do tego jest bardzo daleka. Ale załóżmy, że po wielu latach faktycznie do tego dochodzi, wyrok jest ostateczny i prawomocny i klub musi zwrócić tę pomoc wraz z odsetkami. Kto ją będzie zwracał? Moim zdaniem, na koniec zrobią to podatnicy.
To zapytam inaczej, bo mam wrażenie, że ludzie, którzy śledzą tę sprawę, mniej zastanawiają się nad tym, czy ona utknie w sądowych labiryntach, jak skomplikowana się okaże i za jaki czas zapadnie w niej ostateczny wyrok, tylko chcą wiedzieć, czy miasto dofinansowując w ten sposób Śląsk może łamać prawo.
Jeżeli miasto przed decyzjami o dokapitalizowaniu klubu nie zrobiło Testu Prywatnego Inwestora, to działało w sposób nierozważny. Powinno przed każdym dokapitalizowaniem taki test robić. Inaczej ryzykuje, że taka pomoc może być zakwestionowana. Trudno mi jednak bez tej informacji i bez dokumentów powiedzieć, że miasto Wrocław łamało prawo. Trudno bez znajomości szczegółów przesądzać w jedną lub drugą stronę. To wymaga dokładnej analizy.
Wspominał pan o podobnych sprawach w klubach z Hiszpanii i Holandii. Na ile można je odnosić wprost do sprawy Śląska? Czytam, że w przypadku klubów holenderskich, m.in. Willem II Tilburg, PSV Eindhoven i NEC Nijmegen, komisja nakazała zwrot nielegalnej pomocy z odsetkami. Stwierdzono bowiem, że finansowanie przez gminy nie przeszło testu prywatnego inwestora i zakłócało konkurencję. W Hiszpanii natomiast Komisja uznała preferencyjne warunki podatkowe za nielegalną pomoc państwa i kluby musiały zwrócić otrzymane korzyści.
Holenderskie sprawy z 2016 r. są często błędnie przywoływane jako przykład zwrotu z odsetkami, podczas gdy Komisja w tym pakiecie zasadniczo nie nakazywała zwrotu. Hiszpania to zupełnie inna kwestia: Komisja poszła w kierunku decyzji zwrotowych, ale część z tych rozstrzygnięć była później podważana w sądach UE. To pokazuje, że pomoc w piłce nie jest automatycznie nielegalna, a kluczowe są szczegóły konstrukcji środka, rynkowość warunków i dokumentacja. Wniosek dla Polski jest prosty: analogie historyczne są użyteczne, ale o losie konkretnego klubu zdecyduje analiza faktów.
A samo zainteresowanie tymi sprawami ze strony Komisji Europejskiej zmieniło w Holandii podejście miast do finansowania klubów? Zniechęciło je do takiej pomocy?
Tak. Miasta bardziej wnikliwie patrzyły na kwestię relacji z klubami, zwłaszcza w zakresie nieruchomościowym i infrastrukturalnym. Dlatego uważam, że jakkolwiek się ta sprawa w Polsce nie skończy, czy skarga na Śląsk zostanie złożona, czy też nie, to dobrze, że została wywołana dyskusja w tym temacie.
Zgoda, jest bardzo potrzebna.
Tak, bo zarówno prezes Królewski, jak i ja, gdy byłem głównym akcjonariuszem Stomilu Olsztyn, mieliśmy relacje z miastami, które były zaangażowane w małym procencie we wsparcie klubów, więc obaj doskonale wiemy, jak ważne jest partnerstwo z samorządem oparte o zdrowe zasady. Jestem ogromnym przeciwnikiem bezmyślnego i beznamiętnego finansowania klubów przez samorządy, które cały czas dosypują środki bez wskazania celów i zadań dla zarządu chociażby w aspekcie przychodów klubu. Z drugiej strony, podobnie jak Wisła, doświadczyłem drugiej strony medalu, czyli zerowego wsparcia samorządu. Czyli nie dość, że nie można było liczyć na jakiekolwiek wsparcie finansowe, to nie mieliśmy nawet infrastruktury, na której w cywilizowany sposób można było oglądać piłkę nożną. Dlatego uważam, że samorządy powinny poczuwać się w jakiś sposób do wspierania sportu profesjonalnego. Kiedyś był taki pomysł, że np. wpływ z tzw. korkowego czy kapslowego, czyli z koncesji alkoholowej, można by w jakiejś części przeznaczać właśnie na sport profesjonalny. Może to była jakaś droga? Ale jestem przeciwnikiem nierówności, którą mamy dziś, że z jednej strony są samorządy, które ogromnymi kwotami wspierają kluby, a z drugiej są takie, które zupełnie z takiego wsparcia rezygnują. Jesteśmy na takim poziomie rozwoju gospodarczego i kultury prawnej, że moglibyśmy stworzyć zasady, które z jednej strony ograniczają to wsparcie samorządów, a z drugiej – zachęcają je do współpracy z prywatnym biznesem.
Już kilka lat temu twierdził pan, że samorządy powinny powiązać finansowanie ze środków publicznych z przychodami komercyjnymi. Czyli, jak rozumiem, docelowo klub mógłby pozyskać z miasta tylko tyle pieniędzy, ile sam zarobi od sponsorów.
Mamy w Polsce kluby, których 80 proc. przychodów to pieniądze miejskie. Powinniśmy ustalić plan zgodnie z którym będziemy schodzić do zdrowszych proporcji, np. 1:1. To całkiem racjonalny model publiczno-prywatny. Klub pokazuje, że przyciąga środki, ma sponsorów, inwestorów, więc miasto może wówczas proporcjonalnie dołożyć drugie tyle do jego funkcjonowania. Mamy wtedy zdrowy organizm – prywatne środki są odpowiednio rozliczane, mamy raporty i kontrolę finansową, co daje samorządom gwarancję, że ich środki także zostaną właściwie wykorzystane. Wydaje mi się, że to jest najlepszy model i nieprzypadkowo tak to działa też w modelu pomocy publicznej i modelu finansowania ze środków europejskich, że mamy w projektach wkłady własne. One są właśnie po to, by przedsiębiorca dokładał do środków publicznych swoje prywatne środki. Wtedy po prostu bardziej o nie dba.
A wyobraża sobie pan w ogóle polski sport kompletnie odłączony od finansowania publicznego?
Jest to niemożliwe w obecnym stanie. Nie można nagle dokonać chirurgicznego cięcia i odciąć wszystkie kluby od samorządowego wsparcia. Myślę zwłaszcza o mniejszych klubach, drużynach z niższych lig i akademiach piłkarskich, które opierają swoje funkcjonowanie o pieniądze miejskie. Ale już racjonalne ograniczanie i ubranie tego wsparcia w odpowiednie ramy, a także zachęcanie zarządów klubów do podnoszenia przychodów komercyjnych, jest jak najbardziej potrzebne.
Jarosław Królewski skrytykował pański artykuł napisany dla TVP Sport, zarzucając panu pół-prawdy i stworzenie przepisu na kolejne dwadzieścia lat status quo.
Pamiętam nasze spotkanie w 2019 r. na Wiśle, gdy przyjechaliśmy z Michałem Brańskim na wygrany mecz z Koroną Kielce. Widziałem w Jarosławie Królewskim człowieka zdeterminowanego i emocjonalnie zaangażowanego w swój ukochany klub. Jak widać to się nie zmieniło, ale czasem emocje przysłaniają nam właściwy osąd rzeczywistości. My prawnicy staramy się nie reprezentować w sądzie członków naszej najbliższej rodziny, tak jak lekarze stronią od operowania najbliższych. Mówię to dlatego, że przecież ja wprost powiedziałem o tym, że nie akceptuję systemu takim, jaki jest, przedstawiłem szereg propozycji możliwych zmian prawnych i wprost napisałem, że w pełni rozumiem jego frustrację. Natomiast rzeczywiście uważam, że droga skargi do Komisji Europejskiej jest chybiona i bez zmian prawnych w Polsce i być może również na poziomie federacji, jest przepisem na wiele lat status quo. A co do prawdy, nieprawdy czy pół-prawdy - my prawnicy na potrzeby opinii otrzymujemy określony stan faktyczny i zakładamy, że jest prawdziwy. Moim uprawnieniem jako radcy prawnego jest wydanie opinii i wykładnia danych przepisów w oparciu o określony stan faktyczny. Każdy ma prawo do swojej opinii i poglądów, akurat radca lub adwokat ma w tym zakresie uprawnienia szczególne i mam tylko nadzieję, że zarzut ten wynikał z tego błędu pojęciowego, a nie stanowił zarzutu mojego nieetycznego działania.
Potrafi pan wskazać w Polsce przykład współpracy klubu z miastem, który zbliża się do modelowego? Albo przynajmniej jest zdrowa i rozsądna.
Trudne pytanie, ale spójrzmy na chociażby Lublin – tam środki publiczne idą za środkami prywatnymi Zbigniewa Jakubasa i jego spółek. Dalej… zaryzykuję: Łódź. Mamy tam dwa duże kluby z prywatnymi właścicielami, które otrzymały ogromne wsparcie infrastrukturalne w postaci dwóch stadionów wybudowanych ze środków publicznych. Dostają też oni pewne wsparcie na szkolenie dzieci i młodzieży. Z tego co wiem nie narzekają obecnie na warunki wynajmu stadionów, choć nie przypominam sobie jakiegoś dużego zastrzyku promocyjnego skierowanego w ich stronę. Można dyskutować, jak duże powinno być procentowo wsparcie miasta, ale kierunek tych samorządów wydaje mi się słuszny.
Tak się złożyło, że jest pan akurat na kongresie samorządowym w Mikołajkach, na którym jest też mnóstwo przedstawicieli władz samorządowych. Dyskutujecie o tym przypadku Wisły i Śląska?
Tak, ta sprawa jest bardzo ciekawa dla wielu samorządowców. Wielu jest ciekawych, jak się zakończy, bo wszyscy z nich, choć w różny sposób, mają do czynienia z finansowaniem sportu.
Obleciał ich strach?
Wydaje mi się, że nie. Jest w tym wszystkim dużo spokoju. Samorządowcy mają świadomość, że procedury stosowane do tej pory, były wielokrotnie audytowane przez urzędy skarbowe, urząd zamówień publicznych, NIK czy przez podmioty finansujące. Obaw wielkich nie ma, ale ostrożność pewnie będzie teraz jeszcze większa.