Po raz pierwszy w tym sezonie FC Porto przystępowało do meczu po ligowej porażce. Casa Pia dokonała w poprzedniej kolejce ligi portugalskiej czegoś niemal niemożliwego. Jako pierwsi w sezonie strzeliła "Smokom" więcej niż jednego gola w meczu, a co za tym idzie, zafundowała im premierową porażkę. Sensacja i to wielka, ale Porto w ostatnich tygodniach nieco się o to prosiło. Od kilku tygodni wyglądali dość niemrawo. Przeciwko Vitorii Guimaraes (1:0) uratował ich błysk Oskara Pietuszewskiego i wykorzystany po ów błysku rzut karny, a Gil Vicente (3:0) w pełni zdominowali dopiero po czerwonej kartce dla rywali.
Francesco Farioli bezsprzecznie utracił nieco kontroli, pod którą miał jak dotąd wszystko. Tymczasem nadchodził kluczowy w walce o mistrzostwo hit ze Sportingiem Lizbona. Wygrana dawała Porto 7 punktów przewagi nad wiceliderem ze stolicy. Jednak porażka niwelowała ów przewagę tylko do jednego oczka. Włoski szkoleniowiec "Smoków" postanowił wrócić do tego, co tak długo dawało jego defensywie niemalże nietykalność, czyli do duetu Bednarek - Kiwior na środku obrony. Ostatnio Bednarkowi najczęściej partnerował Thiago Silva, a Kiwior grał na lewej stronie. Legendarny Brazylijczyk nie przybył jednak do Portugalii w najwyższej formie, a z Casa Pią strzelił samobója.
Ostrzyliśmy sobie zęby na wielki hicior, ale powiedzieć, że pierwsza połowa rozczarowała, to jak nic nie powiedzieć. Mnóstwo niedokładności, chaosu w grze ofensywnej i to z obu stron. Dość powiedzieć, że przez 45 minut obejrzeliśmy 3 strzały. Żaden z nich nie był celny. Najgoręcej było w dwóch momentach. Najpierw w 16. minucie, gdy Sporting miał szansę na kontrę, ale w ostatniej chwili kapitalnie skasował ją Bednarek, powstrzymując rywala przed wyjściem sam na sam z bramkarzem. Potem w 34. minucie, gdy atmosferę racami podgrzali kibice, przerywając mecz na kilka minut. Pod koniec pierwszej połowy Porto miało rzut wolny ok. 35 metrów przed bramką Sportingu. Gabri Veiga dośrodkował piłkę tak, że piłkarze musieliby mieć z 8 metrów wzrostu, by ją sięgnąć. Idealne podsumowanie słabiutkich 45-ciu minut.
Od początku drugiej połowy mocniej ruszył Sporting. Jednak cały czas w polu karnym Porto rządził Bednarek. Nawet gdy Kiwior zanotował dość głupią stratę na własnego połowie, rodak go uratował. Przy czym gospodarze musieli sobie uzmysłowić, iż choć brak utraty gola gwarantuje ci, że nie przegrasz meczu, to absolutnie nie gwarantuje, że go wygrasz. Do tego trzeba jeszcze coś strzelić, a "Smoki" długo nie wyglądały na zespół zdolny to zrobić.
Nie układał się zbytnio ten mecz gospodarzom, a w dodatku w 63. minucie ponieśli jeszcze stratę. Niestety dotyczyła ona Jakuba Kiwiora. Polak po jednej z akcji usiadł na murawie i z grymasem bólu łapał się za mięsień dwugłowy. Z boiska zszedł na szczęście o własnych siłach, ale musiał zostać zastąpiony przez Thiago Silvę. Oby nie było to nic bardzo poważnego. Choć do barażów o awans na mundial reprezentacji Polski jeszcze ponad 1,5 miesiąca, to zdecydowanie wolelibyśmy uniknąć urazów. Szczególnie kogoś tak dla naszej kadry ważnego.
Wciąż mało było w tym meczu konkretnych akcji ofensywnych. Aż w końcu stało się. Padł gol i był to gol dla Porto! W 77. minucie gospodarze oddali cztery strzały w polu karnym Sportingu w przeciągu kilku sekund. Trzy pierwsze zostały zablokowane przez obrońców. Jednak czwarty, autorstwa debiutującego w Porto Seko Fofany, przełamał ręce interweniującego bramkarza i przy słupku wpadł do siatki! Wcisnęli tę bramkę siłą umysłu.
Ten gol sprawił dwie rzeczy. Po pierwsze przesądził o tym, że na boisko nie wejdzie Oskar Pietuszewski, bo można było zakładać, że trener Farioli wpuści bardziej defensywnego zawodnika (tak się zresztą stało). Po drugie, zmusił Sporting do ruszenia do ataku. To w rzeczy samej zrobili, ale nie potrafili przebić się przez szczelną defensywę Porto. Domagali się karnego po zagraniu ręką Bednarka, lecz na powtórkach było widać, że ów ręka była wręcz przyklejona do ciała Polaka. O jedenastce nie mogło być mowy.
Co innego w siódmej minucie doliczonego czasu gry! Nie zawinił wtedy Polak, a Francisco Moura. Lewy obrońca Porto ręką zblokował dośrodkowanie rywala i tym razem wątpliwości nie było. Powiększył obrys ciała. Do piłki już w 100. minucie podszedł Luis Suarez i... miał mnóstwo szczęścia! Wszak jego pierwszy strzał wybronił Diogo Costa, ale w taki sposób, że piłka wróciła Kolumbijczykowi pod nogi i ten dobił ją do siatki. To był ostatni akt tego spotkania! Porto w ostatniej chwili wypuściło bezcenne zwycięstwo.