"W jednym domu pili, w innym ćpali, w kolejnym bili". Takiej drogi nie przebył nikt

Dawid Szymczak
Łukasz Tomczyk
screen YouTube

Zdjęcie Łukasza Tomczyka w dresie Rakowa mogłoby wisieć tuż obok cytatu z Walta Disneya, który mija każdy, kto idzie do gabinetu Andrzeja Ujmy, pracującego przez wiele lat w domu dziecka w Kłobucku. "Jeśli potrafisz o czymś marzyć, potrafisz także tego dokonać". Tomczyk marzył, mimo że z domu dziecka do czołowego polskiego klubu było bardzo daleko.

- Miło… Za chwilę… Przepraszam… - Andrzej Ujma cedzi kolejne słowa, a do oczu napływają mu łzy. Przykłada dłoń do ust, zaciska pięść, ale głos i tak się łamie. Po chwili, gdy rozprostowuje dłoń i odsuwa ją od twarzy, dostrzegam jego uśmiech. Znów chce coś powiedzieć, ale rezygnuje. Wychodzi z gabinetu.

Zobacz wideo Kosecki tłumaczy się ze swoich słów: Posypuję głowę popiołem, jest mi głupio

Wraca po trzech minutach. Siada na krześle i przesuwa rozrzucone na stole zdjęcia, by nieco je uporządkować. - Miło się robi. W takich chwilach czuję, że misja się udała, że moja praca nie poszła na marne. Wie pan, przez te przeszło trzydzieści lat pracy w domu dziecka, miałem około trzystu wychowanków. Jak zapraszają mnie teraz na śluby i wesela, to jeżdżę. Lubię patrzeć, jak są szczęśliwi, jak się rozwijają, jak zakładają rodziny. I tutaj z Łukaszem jest podobnie. On zawsze marzył, by być trenerem, a teraz te marzenia spełnia.

Zobacz wideo Czy trener Widzewa poukłada drużynę? Kałucki: Nie widzę tego, nie wiem co on wykombinuje

Łukasz Tomczyk udowadnia, że Walt Disney miał rację

Andrzej Ujma wzrusza się, gdy cytuję mu wypowiedź Łukasza Tomczyka z dnia, w którym został trenerem Rakowa Częstochowa. Rozmawiamy wtedy już blisko od godziny. Wystarczająco długo, bym rozumiał to jego wzruszenie. Na konferencji prasowej Tomczyk został zapytany, jak ważną rolę w jego życiu odegrał Ujma. Odpowiedział bez zastanowienia, że olbrzymią. Powtórzył to słowo nawet dwukrotnie. - Wskazanie drogi, jeśli jesteś w takim momencie, w takiej sytuacji, jest bardzo potrzebne - stwierdził.

I właśnie o tę drogę chodzi. Wychowawcy w domach dziecka wskazują ją wszystkim podopiecznym. Dla każdego szukają tej najwłaściwszej, która powinna zaprowadzić go w życiu do szczęścia. Ale nie każdy podopieczny trzyma się mapy. Wielu chce zmienić swój los, ale wciąż zbacza i błądzi. Część zaraz po skończeniu pełnoletności wychodzi z domu dziecka i wraca prosto do rodzinnego domu. Wsiąka w środowisko, z którego kiedyś została zabrana. Nie widzi dla siebie innej przyszłości i powiela patologiczne schematy. Przepuszcza odłożone pieniądze, gubi się. I nigdy nie zaprasza na wesele.

Idąc do gabinetu Ujmy, mijam namalowany na ścianie cytat z Walta Disneya: "Jeśli potrafisz o czymś marzyć, potrafisz także tego dokonać". Za drzwiami każdej takiej placówki toczy się bowiem nieustanna walka, by dzieci przestały rozpamiętywać przeszłość i spojrzały naprzód. By uwierzyły. W siebie, w swoją wartość, w sens życia. W marzenia właśnie. Ale mało który wychowanek domu dziecka potrafi to zrobić.

Dlatego, gdy Ujma widzi Tomczyka - którego wychowywał i wprowadzał w dorosłe życie, któremu oddawał do prowadzenia reprezentację dzieci z domów dziecka, by mógł pierwszy raz zasmakować bycia trenerem, któremu podsuwał książki o piłce nożnej i trenowaniu, którego później pchał na studia na AWF i z którym poszedł na pierwszy trenerski kurs - w dresie z herbem ekstraklasowego Rakowa, nie może powstrzymać wzruszenia. Tomczyk najpierw potrafił marzyć, a później te marzenia spełnić. Teraz jego zdjęcie mogłoby wisieć obok cytatu z Disneya.

"Zawał. I to ja musiałem zadzwonić po karetkę"

Jadę do Krzepic, oddalonych od Częstochowy o 35 km, bo chcę lepiej zrozumieć drogę, którą Tomczyk musiał przejść, by znaleźć się w czołowym klubie Ekstraklasy. Wiem, jak trudny miał początek. - O tym nie chciałbym rozmawiać. Nie chciałbym mówić o jego rodzinie - zastrzega Andrzej Ujma już kilka dni wcześniej, gdy umawiamy się na spotkanie. Ale ja nawet nie zamierzam pytać. Tomczyk sam opowiedział w "Przeglądzie Sportowym", co działo się, zanim trafił do domu dziecka. Powiedział tyle, ile chciał. Słowami, które uznał za właściwe.

- Wywodzę się z takich miejsc, że musiałem o wszystko walczyć. Nawet o światło w domu, tak było biednie. Ja praktycznie od startu nie miałem rodziców. Jestem wychowankiem domu dziecka. Jak mama do pewnego momentu była, wyglądało to katastrofalnie. W domu była taka sytuacja - alkohol, pobicia, partnerzy. Różne takie trudne sytuacje, ale głównie alkohol. Alkohol to spowodował (…) Wywodzę się z takich środowisk, że mogłeś dostać cegłówką na podwórku. Mama nie miała praw rodzicielskich, opiekowała się nami babcia. Ojciec nie uznał ojcostwa. Był czas, że go śledziłem, szukałem, ale ostatecznie nie poznałem. Z moich informacji wynika, że nie żyje. (…) Babcia dawała ciepło, zapewniała jakieś takie, kurczę, podstawowe rzeczy. Wstawałeś, szedłeś do szkoły. I nagle jest uderzenie, to wszystko odchodzi. Któregoś dnia wstałem rano i zobaczyłem, że babcia umarła. Zawał. I to ja musiałem zadzwonić po karetkę. Przyjechała też policja, zabrała nas do pogotowia opiekuńczego. Stamtąd kolejne przenosiny, już do domu dziecka - opowiadał rok temu Łukaszowi Olkowiczowi z "Przeglądu Sportowego".

Dom dziecka, w którym dorastał Tomczyk, był w Kłobucku, między Częstochową a Krzepicami, w których to spotykam się z Ujmą.

"Gabinet dyrektora" - piąte drzwi po lewej stronie długiego korytarza. U progu wita mnie mężczyzna z siwymi włosami zaczesanymi na bok i starannie wyprasowaną koszulą wpuszczoną w dżinsy. Gdy podajemy sobie ręce, czuję, jakbym włożył ją w imadło. Mówi energicznie, jedną ręką szuka w torbie notatek, które przygotował na spotkanie, a drugą już zdejmuje z półki segregator z dokumentami potrzebnymi do naprawy windy. Zepsuła się rano, tuż przed moim przyjściem.

- Udało się wjechać? Aż dziwne, że się nie zacięła - mówi Ujma. Naprawić trzeba ją od razu, jak najszybciej. Ujma od sześciu lat nie pracuje już w domu dziecka. Teraz jest dyrektorem Środowiskowego Domu Samopomocy, w którym codziennie przebywa ponad dwadzieścia osób z różnym stopniem niepełnosprawności, również tym najcięższym.

- Nasza placówka działa po to, żeby rodzice osób niepełnosprawnych mogli je rano do nas przywieźć, zostawić na kilka godzin i w tym czasie pozałatwiać swoje sprawy. Posprzątać w spokoju dom, zrobić zakupy, pójść do fryzjera albo odpocząć. U nas w tym czasie prowadzone są rehabilitacje i różne zajęcia terapeutyczne. Pracujemy z osobami dorosłymi. Najmłodszy podopieczny ma 27 lat, a najstarszy 64 - mówi Ujma.

Wcześniej - od lat 80. - pracował w domu dziecka jako wychowawca, pedagog i terapeuta. Trafił tam prosto z letnich kolonii, na których był opiekunem, by dorobić do studiów. Skończył AWF, nauczanie początkowe, pedagogikę i zarządzanie. Na wyjeździe inni opiekunowie od razu zauważali, że ma dobre podejście do dzieci i przydałby się w domu dziecka. Zawsze brakowało tam mężczyzn.

- Czyli pan całe życie w służbie innym - zagaduję, a dyrektor tylko się uśmiecha i proponuje kawę. Zaprasza do stołu, na którym stoją puchary i zdjęcia z piłkarskich turniejów. Na niektórych są obaj z Łukaszem. Znają się, odkąd ten miał dwanaście lat i trafił do Kłobucka wraz z młodszym bratem.

Łukasz? Zawsze z ołówkiem i notesem

- To był fajny dzieciak. Zgrywus straszny! Teraz zrobił się taki bardzo poważny. A wtedy? Żarty, wkrętki, bardzo często się śmiał. Ale co ważne, wiedział, kiedy jest na to czas. Zawsze też umiał odróżnić dobro od zła, a to jest chyba w życiu najważniejsze. Wie pan, niektórych podopiecznych trzeba tego nauczyć. Zaczyna się od samych podstaw - mówi.

- Zawsze mam Łukasza przed oczami, jak stoi z notesem i coś sobie zapisuje. Już wtedy miał trenerskie zacięcie. Jeździliśmy na zawody. Najpierw w regionie, później ogólnopolskie. Była nawet reprezentacja Polski dla dzieci z domów dziecka, która grała w mistrzostwach świata. W Polsce zawsze liczyły się natomiast trzy domy dziecka: z Gdańska, z Kołaczkowa i nasz. Na zawodach było wiadomo, że w końcu i tak się spotkamy i podzielimy między sobą medale. Dlatego zawsze z Łukaszem od początku turniejów chodziliśmy na ich mecze i sobie notowaliśmy, że tego pomocnika trzeba będzie pilnować; że ich prawy obrońca gorzej sobie radzi, więc zaatakujemy jego stroną; że tamten skrzydłowy jest lewonożny, więc kiwa do środka. Łukasz to wszystko miał w tym swoim notatniku. Rozrysowywał sobie formacje, schematy akcji. Pamiętam, że kiedyś nawet nie skończyły się jedne mistrzostwa, a on już planował skład na następne - uśmiecha się Ujma.

- Żył tym. Emocjonował się każdym meczem. Nie mógł się doczekać turniejów. I bardzo dobrze, bo o to zawsze chodziło, żeby podopieczni nie myśleli już o tym, co było. Musieli myśleć do przodu, perspektywicznie. Nam się łatwo o tym mówi, ale w domu dziecka trudno do tego doprowadzić, jak każdy przywozi ze sobą jakieś traumy - tłumaczy.

- Dlatego, jak zaczynałem pracować w domu dziecka, to od razu założyłem, że będę wykorzystywał sport jako jedno z narzędzi wychowawczych. Bo sport świetnie dyscyplinuje, uczy obowiązkowości i do czegoś mobilizuje. Daje ten cel. Żeby być w drużynie, trzeba było się zachowywać, trenować, być sumiennym, mieć dobrą frekwencję w szkole. Wielu chłopców miało nabyte nerwowe zachowania, napady złości, wyżywanie się na innych. Przez to, że tak mieli w domach, to sami też się tak zachowywali. Czasem nie znali innych mechanizmów. Nam, wychowawcom, chodziło o to, by takie emocje wyciszać. A gdzie się wyżyć, jak nie na boisku?

- Najważniejsze było nakierowanie energii na coś pozytywnego. Dzięki piłce chłopcy mogli pojechać w nowe miejsca, poznać inspirujących ludzi. Jeździliśmy na mecze reprezentacji, mieliśmy spotkania z piłkarzami. Nawet w Dortmundzie byliśmy, bo przez lata współpracowałem z Kubą Błaszczykowskim. Łukasz był w niego wpatrzony. Ale dla wszystkich chłopaków możliwość poznania takich sportowców i wzięcia autografu była bardzo mobilizująca. A jak wygrali turniej, to dostawali piękne nagrody. Czuli się docenieni. Pamiętam, jak wracaliśmy z turnieju i mieliśmy samochód wypchany różnymi prezentami i upominkami po sam dach. I chłopcy dzielili: to będzie dla brata, to dam siostrze, to zostawię dla mamy. Łukasz zawsze myślał o Mateuszu.

Kilkanaście lat temu, dzięki sukcesom odnoszonym z domem w Kłobucku, Ujma dostał propozycję bycia selekcjonerem reprezentacji Polski dzieci z domów dziecka. - Zgodziłem się, choć miałem wątpliwości, bo wiedziałem, jak ogromna to odpowiedzialność. Powołanie do reprezentacji było dla tych dzieci czymś niezwykłym. Kiedy na stadionie Legii Warszawa przed meczem z Holandią zabrzmiał hymn, sam nie potrafiłem powstrzymać wzruszenia. Jednocześnie mogłem zabrać na turniej jedynie dziesięciu zawodników, a pozostałym musiałem odmówić - w taki sposób, aby ich nie zniechęcić - tłumaczy Ujma.

- Łukasz bardzo mi w tym pomagał. Obserwował mecze i podpowiadał, na kogo warto zwrócić uwagę. Przygotowałem specjalną tabelę ocen, aby nikogo nie faworyzować. Braliśmy pod uwagę nie tylko umiejętności sportowe, ale również zachowanie, dyscyplinę i zaangażowanie. Co ważne, zawodnicy oceniali także siebie nawzajem oraz samych siebie. Dzięki temu uczyli się odpowiedzialności i refleksji nad własnym postępowaniem. Ten system sprawdził się na tyle dobrze, że jedna z uczelni zaproponowała mi napisanie na jego podstawie doktoratu. Uznałem jednak, że tytuł naukowy nie jest mi potrzebny w codziennej pracy z dziećmi - mówi.

"W jednym domu pili, w innym ćpali, a w kolejnym bili"

Kiedy masz kilka-kilkanaście lat, a sąd decyduje, że powinieneś dorastać w domu dziecka, czujesz, jakby wyrywali cię z korzeniami. Boisz się. Nie wiesz, dokąd trafisz. Jak tam będzie. Brata wyślą z tobą czy skierują gdzie indziej? Co z matką? Nie ufasz nikomu. Dorosłym szczególnie. Po co w ogóle to wszystko? Nie zgadzasz się. Czujesz się skrzywdzony. Zły.

Dom dziecka w Kłobucku był głównym na rejon Śląska. Mieszkało w nim około sześćdziesięcioro dzieci. Każde ze swoją niełatwą historią. - To była szkoła życia. Trafiasz do obcego środowiska. Do chłopaków, z którymi różne rzeczy się dzieją. Bo w jednym domu pili, w innym ćpali, a w kolejnym bili. I on z tymi problemami przyjeżdża, a jesteś w zamkniętym ośrodku. Ktoś uciekł, ktoś kogoś pobił, ktoś z czymś się nie zgodził. Inny się upił. Różne rzeczy się działy - wspominał Tomczyk w "Przeglądzie Sportowym".

- Na początku zawsze pojawia się bunt. Dzieci są bardzo zdenerwowane. Winią dom dziecka, winią nauczycieli, wychowawców. Winią wszystkich, że tutaj trafili, tylko nie swoich rodziców. Wyżywają się na wychowawcach. Myślą, że jak będą się tak zachowywać i robić wszystkim na złość, to w końcu zostaną odesłane do domu. To jest bardzo trudny moment. Zwykle trwa pół roku. Jest psycholog, jest pedagog. Dużo się rozmawia. Ale nie jest łatwo. Dopiero później dziecko zauważa, że ma ciepło, może się w spokoju wyspać, ma co zjeść, nikt dorosły na nie krzyczy, nie ma awantur, czuje się w końcu bezpiecznie. Może iść do szkoły, odrobić lekcje i pójść na trening - wymienia Ujma.

- U Łukasza kluczowe było to, że miał jeszcze brata. I tym bratem się zajmował. O nim myślał. Jak gdzieś szliśmy, Łukasz zaraz się obracał: "Gdzie Mateusz?". Opiekował się nim i o niego dbał - wspomina wychowawca.

- Zaczynałem pracę w latach osiemdziesiątych. To były trudne czasy. Ośmioosobowe pokoje, bardzo skromne warunki. Zasady trochę jak w wojsku. Wszyscy razem wstawali, razem schodzili na stołówkę na śniadanie, później ubierali się i jechali do szkoły. Wracali i jedli obiad. Później tzw. odrabianki, czyli czas na odrobienie lekcji. O równej kolacja. Później mieliśmy reformę i wprowadziliśmy "rodzinki", żeby dzieci uczyły się odpowiedzialności, samodzielności i były lepiej przygotowane do życia po opuszczeniu placówki. "Rodzinka" liczyła 10-12 osób. Każda taka grupka miała swoją kuchnię i łazienkę. Każdy sam decydował, o której wstanie, o której zje śniadanie. Robili także sami zakupy. Co sobie przygotowali, to zjedli. Pokoje najczęściej były już wtedy dwuosobowe, chociaż bywało - jeśli np. mieliśmy rodzeństwo - że mieszkali w trójkę, żeby ich nie rozdzielać. Z kolei teraz dzieci mają już dużo lepsze warunki i wygody, na które zasługują - tłumaczy Ujma.

Ale niezależnie czy w "rodzince", czy jak w wojsku, czy w trzyosobowym, czy ośmioosobowym pokoju, w domu dziecka zawsze masz wokół siebie innych. Nie wszystkich lubisz, ale musisz się dogadać. Poznajesz różne charaktery, wyłapujesz schematy zachowań, uczysz się czytać drugą osobę. Budujesz swoją pozycję w grupie, czasem musisz o nią powalczyć. Czasem się pokłócisz, czasem się pobijesz, czasami się obrazisz, ale później musisz dalej z tą osobą żyć.

Myślę o tym, gdy pytam o Tomczyka w jego pierwszych klubach i w Polonii Bytom, w której pracował przed odejściem do Rakowa. Kilku rozmówców zwraca uwagę na jego zdolności interpersonalne - umiejętność skrócenia dystansu, wypracowania autorytetu, dobrania przekazu do rozmówcy. "Umie w ludzi" - słyszę.

- Jaki był wtedy? - pytam Ujmę. - Lubiany przez rówieśników. Z czasem naturalnie wyrósł na lidera. Był komunikatywny, odpowiedzialny i potrafił współpracować z innymi. Nie dominował, ale umiał zorganizować grupę i zmotywować ją do działania. Koledzy go słuchali.

Duża sala z balkonem

W domu dziecka najgorsze zawsze są święta. W Kłobucku była duża sala z balkonem, która dawała widok na bramę wjazdową, więc już kilka dni przed Wigilią dzieci zbierały się tam, by wypatrywać swoich rodziców. Ubywało ich z każdym dniem, a tym, którzy wciąż tam stali, ubywało nadziei.

- Przed świętami każdy z nas patrzył, czy dostanie przepustkę. No i ja też patrzyłem. Tego zabierają, tamtego, teraz tego. A naszej mamy nie ma. Wtedy nie mieliśmy telefonów - wspominał Tomczyk w "Przeglądzie Sportowym".

- Święta były zawsze szczególnym czasem. Dzieci do ostatniej chwili czekały na rodziców. Jeśli nikt się nie zgłosił, należało podchodzić do nich z dużą delikatnością. Gdy Łukasz się usamodzielnił i był już starszy, przyjeżdżał do mnie na święta. Zawsze bardzo lubił karpia i moje kiszone ogórki, które - jak żartowałem - miały mu pomagać radzić sobie ze stresem, bo w jego pracy stresu nie brakuje. Teraz też mam dla niego kilka słoików odłożonych na kolejne spotkanie - śmieje się Ujma.

Wciąż są w kontakcie. Ostatnio rzadziej, bo im trener pracuje w wyższej lidze, tym zwykle ma mniej czasu. Niedawno Ujma, wciąż aktywny trener w Maratonie Walęczów, gdzie prowadzi treningi dla najmłodszych - jak sam o nich mówi: "moich orliczków" i "moich żaczków" - wybrał się na staż do Polonii Bytom, by podejrzeć treningi Łukasza. - Uczeń przerósł mistrza - komentuje.

To Ujma zachęcał Tomczyka, by został trenerem. Na pierwszy kurs poszli pod rękę. Później Tomczyk zdobywał kolejne uprawnienia i właśnie został przyjęty na kurs UEFA Pro, a Ujma został z UEFA B. - Łukasz mnie namawiał, żeby robić kolejne kursy, ale ja mu mówiłem, że i tak zostanę tu w okolicy i wielkich licencji mi nie trzeba, żeby dzieciakom pomagać. To on miał iść w świat - mówi Ujma. - W jego przypadku kluczowe było to, żeby wciąż podnosił swoje kompetencje. Sport pozwolił mu zbudować pewność siebie, odpowiedzialność i umiejętność pracy w grupie. Dlatego bardzo go namawiałem, żeby poszedł do liceum, a później na AWF. W młodszych klasach trochę się buntował i rozrabiał, ale w tym wieku to normalne. Gdy był już w liceum to przyłożył się do nauki, żeby dobrze zdać maturę. W międzyczasie podrzucałem mu książki o trenowaniu i o sporcie w ogóle. I dostał się na ten AWF! - mówi Ujma.

Ujma dał mu też do prowadzenia pierwszą drużynę. - Byłem wtedy trenerem reprezentacji i miałem pod sobą dwie grupy, więc jedną oddałem Łukaszowi. "Teraz ty za nich odpowiadasz, więc niczego mi tutaj nie spal!". Miał wtedy 18 lat i świetnie sobie poradził. Lepiej prowadził tych chłopaków ode mnie. Słuchali go, bo był od nich trochę starszy i miał autorytet. Zajęli wtedy na mistrzostwach drugie miejsce. Jak on się z tego cieszył! Pamiętam, że mu mówiłem: to dopiero początek, będziesz miał kolejne sukcesy - wspomina wychowawca.

Tomczyk miał wtedy powiedzieć, że kiedyś chciałby zostać selekcjonerem reprezentacji Polski. - I wie pan co? Wiem, że mu się uda.

Artykuły Powiązane

Wczytywanie kolejnego artykułu...