Ktoś mógłby powiedzieć, że nie można zbudować defensywy, która w siedemnastu ligowych meczach straci tylko cztery gole. Ale to nieprawda. Można, tylko trzeba dobrać odpowiednich zawodników. I mieć trenera, który potrafi ich umiejętnie wykorzystać.
Na tym, jak na razie, polega sukces FC Porto. Portugalski gigant idzie jak burza zarówno przez ligę, jak i Puchar Portugalii. Na krajowym podwórku pokonała ich tylko Vitoria Guimaraes, ale to było w Pucharze Ligi, czyli rozgrywkach, które "Smoki" potraktowały tak poważnie, że na środku obrony grał nominalny pomocnik Pablo Rosario.
Ostatnich sukcesów Porto by nie było, gdyby nie doskonale zorganizowana, skuteczna do bólu obrona. Trener Francesco Farioli stworzył defensywną armię. Jeśli Włocha nazwać jej generałem, to wiadomo, że musi mieć swego najbardziej zaufanego pułkownika. Lidera na placu boju. Nazywa się on Jan Bednarek.
Nasz reprezentant na taki sezon czekał całą karierę. FC Porto oczywiście nie zdobyło jeszcze mistrzostwa Portugalii, doskonałą formę trudniej utrzymać niż ją wypracować. Jednak jeśli to zrobi, dla Bednarka będzie to pierwszy w karierze mistrzowski tytuł, do którego znacząco się przyczyni. Teoretycznie ma na koncie tytuł z Lechem Poznań w sezonie 2014/15, ale wówczas miał tylko 19 lat i rozegrał łącznie 127 ligowych minut w dwóch meczach.
Jego najlepszy sezon w stolicy Wielkopolski, czyli 2016/17, "Kolejorz" - mimo najlepszej defensywy w lidze (29 goli straconych w 37 meczach) - skończył na 3. miejscu. Od tamtej pory Bednarkowi nie zdarzyło się już więcej walczyć o najwyższe cele. Zamiast tego toczył boje nie tylko o utrzymanie, ale też z ogromną krytyką, często przesadzoną.
Historia futbolu zna wielu piłkarzy, których z tego czy innego powodu deprecjonowano o wiele mocniej, niż zasłużyli. W Polsce kimś takim w ostatnich latach był przede wszystkim Arkadiusz Milik. Owszem, nieraz jego skuteczność wołała o pomstę do nieba. Jednak 49 goli w Serie A, 32 w Eredivisie, 16 w Ligue 1, 10 w Lidze Mistrzów i kolejne 17 w reprezentacji Polski samo się nie strzeliło. W dodatku mowa o karierze terroryzowanej wręcz przez kontuzje. Mimo to Milik uchodzi dla wielu za symbol nieskuteczności. Został bohaterem memów i żartów, jak ten o skazańcu, który stojąc przed plutonem egzekucyjnym w ostatnim życzeniu prosi, by strzelał Milik.
Bednarek aż takiego poziomu szydery nigdy nie sięgnął, niemniej trudno było nie odnieść wrażenia, że o jego niepowodzeniach zawsze było głośniej niż po sukcesach. A niepowodzeń nie brakowało. Polak spędził osiem lat w Southampton. Drużynie z - wówczas - Premier League daleko było do potęgi. Zwłaszcza w okresie "bednarkowym" poziom zespołu jako całości spadł. Przed debiutanckim sezonem Polaka (2017/18) "Święci" przez cztery lata z rzędu nie schodzili poniżej 8. miejsca. W rozgrywkach, w których Bednarek debiutował, było już 17. miejsce. Do górnej połowy tabeli Southampton nie wrócił.
Ktoś powie, że nie można tego traktować jako przypadek i Bednarek przyczynił się do spadku jakości "Świętych". Cóż, taka teoria ma w sobie ziarno prawdy. Gdy Polak przychodził do Southampton jako nasz wielki talent na pozycji stopera, marzyliśmy, by pewnego dnia przebił się do klubów pokroju Chelsea, Arsenalu, Liverpoolu czy Manchesteru City. Skoro tego nie zrobił, najwyraźniej nie był dość dobry.
Na to - może i nie. Ale na samą grę w najlepszej lidze świata już owszem.
Przy czym pamiętajmy: rozegrał 184 mecze w angielskiej ekstraklasie. Jeśli chodzi o polskich zawodników z pola jest absolutnym rekordzistą.
Matty'ego Casha (dotychczas 164 występy) nie można tu porównywać, bo on do 2021 roku był Anglikiem, więc drugim nie-bramkarzem z największą liczbą występów w Premier League jest Mateusz Klich, ale on nie ma nawet w połowie takiego dorobku jak Bednarek (82 mecze).
Dodajmy jeszcze, że nasz stoper jest także drugi na liście najlepszych polskich strzelców w Premier League. Jego 9 goli to dorobek gorszy tylko od Casha (10), czyli znów - wśród piłkarzy ukształtowanych nad Wisłą nie ma on sobie równych.
Zresztą nawet w ostatnim sezonie w barwach "Świętych" było widać, że Bednarek powinien szybciej stamtąd odejść na dobre. Trudno nawet nazwać to, czym w sezonie 2024/25 w Premier League był Southampton. Zbieranina? Zlepek piłkarzy? Jakkolwiek by ich określić, grali koszmarnie. Nie popisali się też włodarze klubu, którzy w grudniu uznali, że sezon uratuje Ivan Jurić, którego nieco wcześniej po dwóch miesiącach wyrzuciła AS Roma, po serii fatalnych wyników.
Ku zaskoczeniu... nikogo, Chorwat poprowadził drużynę na totalne dno, osiągając 0,44 pkt na mecz w szesnastu spotkaniach. O tak kiepski wynik naprawdę trzeba się postarać, nawet w Premier League. "Święci" prawie zluzowali Derby County, który to klub od 2008 roku dzierży miano najgorszego spadkowicza w dziejach angielskiej ekstraklasy. Zdobył wówczas 11 punktów. Southampton zrobił wiele, by to przebić, ale nie udało się. Wywalczył 12 punktów. W całym sezonie drużyna straciła aż 86 goli, czyli średnio 2,26 na spotkanie.
Jan Bednarek był niestety jej częścią, choć nie można nie zauważyć, że ze wszystkich obrońców to jemu zarzucano zazwyczaj najmniej. Ot, jego kariera w Premier League w pigułce. Kolejni trenerzy, gdy zmieniali skład, nie ruszali Polaka (cztery sezony z minimum 30 meczami).
W reprezentacji Polski Bednarek ma trochę więcej za uszami. O naszej defensywie w ostatnich latach można było wiele powiedzieć, ale głównie złego.
Bednarek od razu wsiadł na wysokiego konia, bo jego mecze nr 4, 5 i 6 w reprezentacji to mundial 2018. Już wtedy narobił bigosu, bo w pamiętnym (niestety) meczu z Senegalem (1:2) nie porozumiał się z Wojciechem Szczęsnym, przez co rywale strzelili drugą bramkę. Pierwsza poważna rysa pojawiła się więc szybko.
Bednarek wszedł na dobre do kadry w trudnym dla siebie momencie. Spóźnił się na najlepszy czas naszej reprezentacji w XXI wieku pod wodzą Adama Nawałki (Euro 2016), a buty musiał włożyć duże. Najpierw zastąpić Michała Pazdana w roli partnera Kamila Glika, a potem samego Glika. Przez lata nie było to najbardziej dopasowane obuwie, a Bednarka uczyniono twarzą niepowodzeń reprezentacji. Często słusznie, ale słabe występy przykrywały też te obiektywnie dobre.
Poza tym zdarzały mu się niefortunne wypowiedzi w pomeczowych wywiadach. Jak np. po niesławnej porażce 2:3 z Mołdawią w czerwcu 2023 roku, gdy stwierdził, że nasi kadrowicze w przerwie meczu, przy prowadzeniu 2:0, myśleli już o wakacjach. Lub w zeszłym roku po przegranej w Helsinkach z Finami 1:2, gdy zabawił się w socjologa i zaczął mówić o podziałach w społeczeństwie oraz politycznej polaryzacji. Warto tu jednak dodać, że nigdy nie można było mu odmówić odwagi, bo on akurat stawał przed kamerami nawet po największych wpadkach.
Biorąc to wszystko pod uwagę, trudno nie cieszyć się, że ten sezon wygląda w jego wykonaniu, jak wygląda. Po latach spędzonych w słabnącym zespole, z którym dwa razy spadał z Premier League, Bednarek trafił do piłkarskiego środowiska, w którym może naprawdę pokazać, na co go stać. Ma młodego trenera, który wie, jak zadbać o grę defensywną (o Francesco Fariolim pisaliśmy więcej na Sport.pl TUTAJ). Nie musi użerać się z "fachowcami" pokroju Ivana Juricia.
Owszem, wszystko to w dużo słabszej lidze niż angielska. Nie byłoby nawet przesadą stwierdzenie, że połowa ligi portugalskiej miałaby spore kłopoty w Championship, o Premier League nie mówiąc. Z drugiej strony: w Sportingu i Benfice Lizbona byle kto nie gra. Jakości jest tam naprawdę wiele, a defensywa dowodzona przed Bednarka straciła jak dotąd w trzech meczach z tymi zespołami łącznie jednego gola, w dodatku samobójczego.
Oczywiście, nie deprecjonujemy tu formy Jakuba Kiwiora, drugiego Polaka w obronie FC Porto. Ale to Bednarka trenerzy w Liga Portugal wybierali obrońcą miesiąca cztery razy z rzędu (od września do grudnia). Fanowskie konto na portalu X poświęcone Porto, "O Tribuna do Dragao", zauważyło, że w poprzednich czterech sezonach taka nagroda wędrowała w ręce jednego z defensorów "Smoków" łącznie cztery razy.
Los w końcu pomógł naszemu reprezentantowi. Trafił we właściwe miejsce, we właściwym czasie. Obok siebie ma kolegę z kadry (Kiwior), a ostatnio, w ćwierćfinale Pucharu Portugalii z Benficą Lizbona, także legendarnego Thiago Silvę (z Brazylijczykiem tworzyli parę stoperów, Kiwior grał na lewej stronie obrony). Zwycięski gol, którego Bednarek strzelił w tamtym meczu, był doskonałym stemplem na najlepszej połowie sezonu w jego karierze.
To trafienie zresztą dobrze definiuje postawę Polaka w tym sezonie. Bednarek zupełnie nie przejął się rywalem, który wręcz się na nim uwiesił i poszedł jak czołg "na piłkę", umieszczając ją w siatce po precyzyjnym uderzeniu głową. Pewny siebie, zdecydowany, przy okazji wreszcie doceniony. Portugalskie media po meczu z Benficą wychwalały go z pasją. W mediach społecznościowych "Smoków" pojawiły się wpisy po polsku. Pod wrażeniem był też trener Farioli, który podkreślał, że Bednarek, a także Kiwior, będą w Porto jak starsi bracia dla najnowszego nabytku "Smoków" - Oskara Pietuszewskiego (Polak zaliczył rewelacyjny debiut). A sam 17-latek po transferze przyznawał, że to właśnie Bednarek odegrał dużą rolę w przekonaniu go do tego transferu.
Wszystko to z pewnością mocno cieszy też Jana Urbana. Bednarek wyglądał bardzo pewnie w dotychczasowych spotkaniach kadry za kadencji 63-latka i wygląda na to, że jego pewność siebie wciąż rośnie. Wojciechowi Szczęsnemu udało się w ostatnich latach zerwać z wizerunkiem wiecznego rozczarowania w reprezentacji. Miał swoje mistrzostwa świata w Katarze, gdzie był bohaterem. Oby Bednarkowi też się taki turniej przytrafił. Może już tegoroczny mundial, jeśli się na niego dostaniemy?
To, co robi teraz w Porto jest jasnym sygnałem: Jan Bednarek chce wreszcie regularnie być tym, kim do tej pory tylko bywał. Zwycięzcą.