To, co zrobił Jerzy Dudek, przeszło do historii. "To był jakiś idiota"

To był bezsprzecznie jeden z najbardziej niezwykłych meczów w historii Ligi Mistrzów, a Jerzy Dudek może wracać do niego jako do najważniejszego spotkania swojej kariery. Nieprawdopodobny finał w Stambule przeszedł do legendy, a 20 lat po tych wydarzeniach głos zabrała legenda włoskiej piłki i zarazem uczestnik meczu Alessandro Nesta.
Jerzy Dudek
Fot. Kuba Atys / Agencja Wyborcza.pl

W tym sezonie Ligi Mistrzów na placu boju pozostał już tylko jeden włoski zespół. To Inter Mediolan, który po dziś dzień pozostaje ostatnią drużyną z Italii, która zagrała w finale rozgrywek (2023) i je wygrała (2010). W tym roku mija 20 lat od nieprawdopodobnego starcia z udziałem innej mediolańskiej ekipy.

Zobacz wideo Oto grupa kibiców, która prowadzi doping na Narodowym. Historyczne sceny

Nesta szczerze o finale. "Martwi"

W finale sezonu 2004/2005 AC Milan po 45 minutach prowadził z Liverpoolem 3:0, a Jerzego Dudka kolejno pokonywali Paolo Maldini i dwukrotnie Hernan Crespo. Wydawało się, że tylko kataklizm zabierze Włochom najważniejsze trofeum w europejskiej piłce nożnej i wówczas zdarzyły się rzeczy nieprawdopodobne.

W ciągu sześciu minut - od 54. do 60. - zespół z miasta Beatlesów doprowadził do wyrównania. Bramki zdobywali Steven Gerrard, Vladimir Smicer i Xabi Alonso, który dobił własny strzał z rzutu karnego. Wynik 3:3 utrzymał się do 90. minuty spotkania, więc sędzia Mejuto Gonzalez zarządził dogrywkę.

W niej także nie poznaliśmy rozstrzygnięcia, choć Andrij Szewczenko miał dwie wyborne sytuacje do pokonania Jerzego Dudka. Polski bramkarz dwukrotnie bronił jednak jego strzały z bliska. O wyniku decydowały więc rzuty karne. Je lepiej strzelał Liverpool. Po stronie Milanu pomylił się Serginho, a Dudek obronił dwie jedenastki: wykonywaną przez Andreę Pirlo i tę decydującą strzelaną przez Szewczenkę.

Widzew obsypany złotem! Wyda krocie na transfery

W tym roku od wydarzeń w Stambule minie 20 lat, a jeden z zawodników tamtego starcia - Alessandro Nesta - wrócił pamięcią do czarnej nocy w historii mediolańskiej piłki. W wywiadzie dla "Tuttosport" powiedział, że był to najsilniejszy Milan, jaki pamięta.

"Zaczęliśmy w pierwszej połowie, mówiąc, że ich złamiemy, byliśmy podekscytowani. Było nam zimno. Czy świętowaliśmy w przerwie? Nie. To był jakiś idiota z przeciwnej drużyny, nawet nie wiem jak się nazywał, który mówił takie rzeczy... Rozmawialiśmy też, atmosfera była dość napięta, wiedzieliśmy, że do końca jeszcze daleko. Wiesz, kto podtrzymywał ich na duchu? Gerrard. Był wszędzie, był zwierzęciem" - rozpoczął.

"Przy 3-3 zaczęliśmy od nowa, Dudek rewelacyjnie uratował sytuację, nawet nie wiem jak to zrobił: podniósł rękę, a Szewa strzelił w niego z metra i piłka poszybowała w górę. Potem dochodzimy do rzutów karnych i przegrywamy" - przyznał, wskazując kluczowy moment w tamtym spotkaniu.

"W szatni nikt się nie odzywał, nikt się nie odważył. Byliśmy z naszymi rodzinami, poszliśmy coś zjeść i zapadła cisza... Wszyscy byliśmy martwi. Rino (Gennaro Gattuso - przyp. FM) chciał odejść latem, Galliani go przekonał, ale i tak wszyscy byliśmy przygnębieni. Przez całe letnie miesiące, przez te pół sekundy, kiedy otwierasz oczy po przebudzeniu, mówiłem: To niemożliwe, daj spokój, to nieprawda" - dodał Nesta.

Więcej o: