Lepiej było nie mrugać, żeby niczego nie przegapić. Barcelona najpierw przegrywała z Atletico Madryt 0:2, później prowadziła 4:2, by ostatecznie zremisować 4:4. Nie pomogły apele Wojciecha Szczęsnego, wykrzykującego do swoich kolegów "Calma!". O tym meczu można powiedzieć wszystko, ale nie to, że był spokojny.
Jeszcze przy wyniku 4:3, raptem kilka minut przed końcem meczu, Atletico ruszyło z groźną kontrą i wypuściło swojego napastnika na spotkanie sam na sam ze Szczęsnym. Polak zdołał obronić jego strzał i zaraz po złapaniu piłki błagalnie spojrzał na swoich obrońców. Zaapelował o spokój. I choć podczas jednego z wywiadów zdradzał, że komunikuje się z nimi głównie po angielsku, to tym razem wyraźnie dało się usłyszeć hiszpańskie słowo "calma", czyli "spokój". Polak powtórzył je kilka razy i wzmocnił przekaz jednoznacznymi gestami. Nie wznawiał gry od razu, trzymał piłkę w rękach jak najdłużej, by reszta piłkarzy miała czas się zresetować. Wszystko na nic. W 93. minucie jego obrońcy znów zachowali się nerwowo, Jules Kounde w kluczowym momencie się poślizgnął, a rywale rozegrali niemal bliźniaczą akcję jak wcześniej. Tym razem Alexander Sorloth już się nie pomylił. Szczęsny, pozostawiony sam przeciwko trzem rywalom, zdołał delikatnie trącić piłkę, ale nie wypchnął jej poza światło bramki. Tablica z wynikiem wyglądała jak podczas przedmeczowych testów, gdy wyświetla się wszystkie cyfry: 4:4.
Każdy, kto oglądał ten mecz, przez półtorej godziny zachwycał się tempem gry, zwrotami akcji, kunsztem Lamine Yamala, stałymi fragmentami Barcelony i kontratakami Atletico. Ale hiszpańscy dziennikarze, którzy byli na stadionie Monjuic, piszą o czymś więcej - o zbiorowym transie, w którym znaleźli się i piłkarze, i kibice. Piszą o meczu bez chwili pauzy. Przyznają się do ścisku żołądka, który dotychczas kojarzyli nie z futbolem, a z przejażdżką na karuzeli. Bezskutecznie starają się też diagnozować emocje wychodzących ze stadionu kibiców - czy doceniają ten remis, skoro już w 6. minucie przegrywali 0:2, czy jednak są nim rozczarowani, bo na sześć minut przed końcem prowadzili 4:2. To plątanina uczuć dziesiątek tysięcy ludzi. Wspólne jest chyba tylko przekonanie, że obejrzeli historyczne spotkanie.
Co za mecz! Barcelona wstała z kolan i znów upadła
Hansi Flick nie toleruje spóźnień - w tym sezonie ukarał już za to m.in. Inakiego Penę i Julesa Kounde, sadzając ich na ławce rezerwowych. Tym razem musiałaby zastosować karę zbiorową, bo na pierwszy mecz półfinału Pucharu Króla z Atletico Madryt spóźnili się wszyscy jego obrońcy. Już w pierwszej akcji rywale byli blisko strzelenia gola, ale Barcelonę uratował Szczęsny, z trudem odbijając uderzenie Antoine’a Griezmanna. Chwilę później, po dośrodkowaniu do Juliana Alvareza, był już bezradny. Co więcej - kolejna kontra Atletico przyniosła kolejnego gola i już w 6. minucie było 2:0. Nigdy w historii Barcelona tak szybko nie straciła dwóch bramek! Na stadionie panowała absolutna cisza, Hansi Flick wściekał się przy linii, a goście z Madrytu dalej biegali jak nakręceni. Diego Simeone zdradził na pomeczowej konferencji, że w tym momencie - wbrew wszystkiemu, co działo się na boisku - pomyślał sobie, że Barcelonie nie można uwierzyć, że będzie tak grała przez cały wieczór. - To niemożliwe. Czułem, że jeszcze możemy mieć kłopoty - mówił.
Atletico zrobiło krok wstecz. Scenariusz wydawał się wręcz wymarzony: dwubramkowa przewaga, mnóstwo czasu do końca i rozchwiana Barcelona naprzeciwko. Nic, tylko zaryglować dostęp do własnej bramki i nękać rywali kolejnymi kontratakami. Łatwo było przecież wyobrazić sobie Barcelonę, która w takim momencie się załamuje, śpieszy i popełnia błędy. Ale nie, ona skondensowała wszystko to, co w tym sezonie robi najlepiej: dopadała do rywali wysokim pressingiem, narzuciła nieludzką intensywność, ryzykowała, szukała prostopadłych zagrań, polegała na kunszcie Lamine Yamala i wykorzystała stałe fragmenty gry. Między 19. a 41. minutą strzeliła trzy gole i odwróciła wynik. Najpierw trafił Pedri, później po dwóch dośrodkowaniach spod chorągiewki gole strzelali środkowi obrońcy - Pau Cubarsi (pierwsza bramka w karierze) i Inigo Martinez. Był to jeden z najlepszych fragmentów gry Barcelony w tym sezonie. Atletico zupełnie nie mogło za nią nadążyć. Jeszcze przed przerwą mogła zdobyć kolejne bramki, ale dwie doskonałe okazje zaprzepaścił Ferran Torres, który zajął miejsce Roberta Lewandowskiego. Mimo wszystko Flick będzie z niego zadowolony. Zdecydował się bowiem na ciekawą koncepcję z Torresem i Danim Olmo, którzy nieustanie zamieniali się pozycjami, wprowadzając do obrony Atletico jeszcze więcej chaosu. Poza tym pomogli zwiększyć intensywność pressingu, naciskając na środkowych obrońców rywali. A ponoć to na przećwiczenie tego elementu gry Hansi Flick poświęcił najwięcej czasu na ostatnich treningach.
W drugiej połowie gra była bardziej wyrównana, a kluczowi okazali się zmiennicy. Już sześć minut po wejściu na boisko gola na 4:2 strzelił Lewandowski. Choć, żeby oddać przebieg tej akcji, należałoby napisać, że to Yamal strzelił gola Lewandowskim. Była to bowiem jedna z wielu doskonałych akcji nastolatka, który podczas tego wieczoru wykończył dwóch lewych obrońców Atletico - w pierwszej połowie tak bezlitośnie mijał Javiego Galana, że ten w końcu nie wytrzymał i za ostry atak obejrzał żółtą kartkę, a po przerwie ośmieszał jego zmiennika, czyli Reinildo. I tak samo było przy bramkowej akcji z 74. minuty - najpierw Yamal okiwał Reinildo, a po chwili zagrał piłkę między nogami Clementa Lengleta, wykładając ją tuż przed pustą bramkę. Lewandowski musiał tylko dołożyć stopę. Tak zdobył swoją 33. bramkę i już teraz - tuż za półmetkiem - wyrównał wynik z całego poprzedniego sezonu. Dwubramkowe prowadzenie Barcelony utrzymało się jednak raptem przez dziesięć minut. W końcówce meczu do głosu doszli rezerwowi Atletico - Angel Correa zaliczył asystę przy trafieniu Marcosa Llorente, a Samuel Lino dograł do Sorlotha.
Wojciech Szczęsny wpuścił cztery bramki, ale może spać spokojnie
Jakże inny był to mecz z perspektywy Wojciecha Szczęsnego niż równie szalone spotkanie z Benfiką w Lidze Mistrzów (5:4). Wtedy stracił cztery bramki, popełnił kilka kuriozalnych błędów, ale jego zespół ostatecznie zdołał zwyciężyć. Tym razem nie zawinił przy żadnym ze straconych goli, po drodze miał wręcz kilka świetnych interwencji, którymi uratował zespół, jednak remis 4:4 pozostawił Barcelonę z niedosytem. - Zobaczcie, jak graliśmy po stracie dwóch bramek. Stworzyliśmy wiele okazji, dlatego jestem rozczarowany tym wynikiem - mówił na konferencji prasowej Hansi Flick. O ile zazwyczaj podczas spotkań z dziennikarzami jest bardzo spokojny, niemal flegmatyczny, o tyle tym razem nie potrafił ukryć swojej frustracji. - Zagraliśmy świetny mecz z piłką przy nodze. Mieliśmy wszystko, żeby wygrać. Powinniśmy kończyć ze zwycięstwem, ale cóż, mamy młody zespół, który wciąż musi się poprawiać. Mam nadzieję, że uda nam się naprawić te błędy - stwierdził. - To problemy z koncentracją - doprecyzował Pau Cubarsi.
Barcelona zachowała się, jak artysta, który na koniec kilkoma zbędnymi ruchami pędzla niszczy własne dzieło. Jej reakcja na stratę dwóch bramek była wzorowa, nadawała się do oprawienia w ramkę. Zabrakło jej spokoju, wyrachowania w końcówce. Tego, o co tak głośno apelował Szczęsny. Przed rewanżem, na który trzeba poczekać aż do 2 kwietnia, wszystko jest możliwe. Oby był to równie emocjonujący spektakl.