Dramat Mbappe na Euro. Polacy ruszyli na ratunek. Fenomen

Kacper Sosnowski
Ma technologię z Formuły 1, "kradnie" dla sportowców czas, to od niej zależy, kiedy na boisko po złamaniu nosa powróci Kylian Mbappe. W produkcji karbonowych masek specjalizuje się polska firma, która już zaproponowała Francuzowi swój produkt. W Polsce taki wynalazek "ratuje" rocznie setki sportowców, po kopnięciach przez konia czy pomyleniu piłki z głową i przełamuje psychiczną barierę.

Dramat Kyliana Mbappe widział cały świat. W poniedziałkowym meczu Euro z Austrią kapitan Francji skacząc do piłki, nadział się twarzą na ramię rywala. Efektem pechowej sytuacji był złamany nos, sporo krwi i koniec meczu dla jednej z największych gwiazd światowej piłki. Kilkanaście lat temu taka sytuacja zapewne oznaczałaby dla Mbappe zakończenie mistrzostw Europy, teraz sztab medyczny może dopuścić napastnika do gry, jeśli ten nie będzie narzekał na ból i założy na twarz ochronną maskę.

Zobacz wideo Piłkarze ruszyli na trening... rowerami!

Kopnięta przez konia i ośmiolatek z podwójnym złamaniem

Taką maskę Mbappe, wykonaną przez jedną z francuskich firm, dostał już w czwartek. Gotowość pomocy wyraziła też jedna z polskich firm, która nawet przygotowała wzór z motywem Żółwia Ninja, bo Francuz ma przydomek "Donatello", ze względu na podobieństwo do jednego z bohaterów kreskówki. Polska wersja maski dla Mbappe będzie raczej lokalną ciekawostką.

Ciekawostką, która jednak kolejny raz pokazuje, jak technologia pomaga w sporcie, a w tym przypadku "kradnie" czas potrzebny na rekonwalescencję i dojście do siebie. Kiedyś przy złamanym nosie trzeba było poczekać na zrośnięcie się kości i nie narażać się na ponowny cios w to miejsce. Teraz przed ewentualnym trafieniem zabezpieczają maski. Popyt na nie jest zresztą spory, co widać choćby w naszym kraju. Kilka lat temu jedyna polska firma produkująca spersonalizowane maski robiła ich ledwie kilka miesięcznie.

- Teraz robimy dwie, trzy maski tygodniowo. To się zmienia w zależności od momentu sezonu, ale rocznie jest to zwykle 100 masek - mówi nam Mateusz Pawlik, inżynier z firmy Cabiomede Sport. Przyznaje, że piłkarskich klientów ma sporo, ale przekrój zgłaszających się do niego sportowców jest spory.

- Mieliśmy jedno zamówienie od zawodniczki, która jeździ konno. Na zawodach została kopnięta w twarz przez konia. Chciała szybko wrócić do rywalizacji i potrzebowała zabezpieczenia twarzy – przekazuje. Na jego liście są też hokeiści, koszykarze, profesjonaliści, amatorzy, panowie i panie, a nawet dzieci.

- Było zamówienie od zawodników rugby, a co ciekawe, jeszcze ani razu nie przyszedł do nas żaden piłkarz ręczny. W piłce nożnej zajmowaliśmy się przypadkiem ośmiolatka. Miał złamany nos i kości policzkowe. Na meczu rywal zamiast piłkę, kopnął jego głowę. Zamówiona maska miała nie tylko chronić jego twarz, ale dawać mu poczucie bezpieczeństwa, spokój psychiczny. To też jest jedna z ich ważnych funkcji, by wracać do rywalizacji bez blokady w głowie - tłumaczy nam Pawlik.

Niegdyś tygodnie i odlew twarzy, teraz 2 dni i aplikacja na telefon

Tych piłkarskich klientów jest też sporo przez osobę Michała Żyry, byłego gracza m.in Legii Warszawa, Wolverhampton, Korony Kielce, Jagiellonii Białystok, a ostatnio Wisły Kraków, kilkukrotnego reprezentanta Polski, który wszedł w biznes i został ambasadorem firmy.

- Kilka lat temu zostałem zaproszony na spotkanie. Wtedy chodziło o ochraniacze piłkarskie, które oni też wykonywali. Zainteresowałem się tym tematem, wszedłem do współpracy. Potem pojawił się temat masek, który okazał się ważną kwestią. W Polsce jesteśmy chyba pierwszym kontaktem dla wielu sportowców szukających ochrony twarzy – przekazuje nam Żyro. Piłkarz, który niemal dekadę temu sam miał złamany nos, widzi, jak technika poszła do przodu.

- Ja na moją maskę czekałem dwa tygodnie. My teraz robimy ją w dwa dni - uśmiecha się. Ten czas był dłuższy, bo polscy sportowcy musieli osobiście udać się na zrobienie odlewu twarzy. Przeważnie jechali do Niemiec. Po godzinnym zabiegu trwało jeszcze kilkugodzinne modelowanie maski. Teraz do stworzenia personalizowanej maski wystarczy... telefon.

- Nasze maski są robione na podstawie skanu 3D twarzy lub tomografii komputerowej. Robimy je bezdotykowo - tłumaczy Pawlik. - Tak, jak w przypadku Przemka Frankowskiego, który potrzebował maski przed mundialem w Katarze. Jego żona zeskanowała mu twarz specjalną aplikacją, wysłała dane do nas i za dwa dni maska leciała do niego do Francji – przekazuje. Żyro dodaje, że reprezentant Polski był zresztą bardzo zadowolony.

- Frankowski dostał też maskę w klubie. Powiedział, że była fatalna. Jak założył naszą, to było dla niego jak przejście z malucha do mercedesa. Rozegrał w niej kilka meczów przed mundialem – przypomina Żyro. Pawlik dodaje, że zmniejszył się też czas po samym urazie, w którym można przystąpić do wykonania skanu twarzy, w którym nie przeszkadza nawet opuchlizna.

- Wykonałem około 300 masek. Jest do przewidzenia, jak opuchlizna będzie wyglądać i jak wykonać maskę. Trzeba wiedzieć, gdzie maska musi być odsunięta, a gdzie ma przylegać do twarzy. Jak złamany jest nos, to maska nosa nie dotyka, jest odsunięta 2,3 milimetry, opiera się na innych częściach twarzy. Przy uderzeniu siłę przyjmą np. policzki i czoło, część kontaktu zamortyzuje pianka pochłaniająca energię uderzeń, ale do nosa maska nie dotknie - tłumaczy. Ta specjalna wyściółka części wewnętrznej, która jest obrabiana laserem, sprawia, że zmniejsza się też problem, który zawodnikom noszącym maski przeszkadzał w dawnych czasach. Teraz pot mniej spływa im do oczu, w czym też pomagają kanaliki wentylacyjne.

Technologia z F1. "Można ją tłuc kijem bejsbolowym"

Technologia użyta przy takiej masce bliska jest choćby w Formule 1 czy astronautyce. Do ich produkcji wykorzystuje się takie samo włókno węglowe. A jak powstaje maska?

- Najpierw projektowana jest forma, potem taka forma jest drukowana na drukarce 3D. Następnie na to nakłada się włókno węglowe, które kompresowane jest z żywicą dedykowaną do kontaktu ze skórą. Nacisk na taką maskę podczas produkcji wynosi wówczas około jednej tony. To dlatego taka maska kompresuje się do grubości 1 milimetra i jest przy tym niezwykle twarda. Można ją tłuc kijem bejsbolowym i nie pęknie - obrazuje Pawlik. Koszt takiej spersonalizowanej maski to średnio 2,5 tys. złotych. Niektórzy do kieszeni sięgać muszą jednak częściej.

- Zdarzają nam się stali klienci, ale z innymi urazami. Był jeden gracz Pogoni Szczecin, który rok po roku zamawiał maski raz na złamany nos, drugi raz na złamany oczodół. Wtedy ta pierwsza maska nie spełniłaby swojej funkcji. W teorii jakby ktoś dwa razy miał np. złamany nos, to ta wykonana za pierwszym razem maska, zabezpieczy go przy drugim urazie. Twarz się nam raczej nie zmienia no, chyba że ktoś bardzo by przytył, lub złamał ten nos w zupełnie inny sposób. O sportowcu, który dwa razy używał tej samej maski, jednak nie słyszałem - przekazuje nam Pawlik.

Jego firma wysyła maski w różne części świata, do Szwecji, Niemiec, Estonii, Litwy, Rumunii. Wśród polskich piłkarzy korzystających z jej usług są choćby obecni, czy byli reprezentanci Polski: Marcin Bułka, Piotr Zieliński, Bartosz Bereszyński, Krystian Bielik, Paweł Wszołek. Nie tylko w kwestii masek, ale też personalizowanych, czyli robionych na wymiar ochraniaczy piszczeli. Na trwającym Euro w takich specjalnych ochraniaczach biega choćby Zieliński. Ma na nich swoje zdjęcie, daty polskich meczów na ME i zdjęcie swoich bliskich.

Ochraniacze dla Zielińskiego na Euro 2024Ochraniacze dla Zielińskiego na Euro 2024 CABIOMEDE Sport

- One też tworzone są na podstawie skanu nogi piłkarza - opowiada Michał Żyro. Chodzi o ich odpowiednie przyleganie i wygodę. Personalny wzór i logotyp jest dodatkiem, choć podczas meczu schowanego pod skarpetą elementu i tak nie widać. Żyro zaznacza, że choć temat ochraniaczy wydaje się banalny, bo ochraniacz, to ochraniacz, to jednak nie zawsze jest tak prosto. Tym bardziej, że to produkt ochrony osobistej i podlega pod pewne przepisy.

- Nasz produkt ma certyfikat. Na rynku często można trafić na ochraniacze, które są sprzedawane jako "nadruki na ochraniacze". Ich producenci zabezpieczają się, że jak się coś stanie, ich produkt pęknie, to oni nie biorą za to odpowiedzialności. To jest już zwykle opisane małym drukiem. Taki ochraniacz dla piszczeli może zrobić więcej złego niż dobrego - kręci głową Żyro.

A wracając do głowy, twarzy i masek - czy Kylianowi Mbappe maska może przeszkadzać? Zmniejszać pole widzenia, deprymować? Pawlik jest zdania, że na te współczesne maski piłkarze nie narzekają, widzą w nich wszystko, muszą się jedynie do nich przyzwyczaić.

- Miałem jednego piłkarza, który po odebraniu maski od razu założył ją sobie na twarz, wsiadł w samochód i pojechał tak z Kielc do Bydgoszczy. Nie tracił czasu na oswojenie się z nią - uśmiecha się nasz rozmówca, który maskę zrobioną dla Francuza zachowa sobie na firmowej półce.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.