"Pan Andrzej? Pójdzie pan z nami". Takiego skandalu w Polsce jeszcze nie było

Dawid Szymczak
Aśka była wszędzie. Grała w czterech klubach piłkarskich, działała charytatywnie, poszła na kurs sędziowski, pracowała w agencji menedżerskiej, pomagała sprowadzać do Polski zawodników z Afryki, ze stażów trenerskich jeździła prosto na branżowe konferencje. Wszędzie robiła zdjęcia, a nowych znajomych kolekcjonowała na Facebooku. Gdy policjanci na jednym z meczów powiedzieli: "Pan Andrzej? Pójdzie pan z nami", znajomi byli w szoku.

24 lutego w Tczewie, podczas sparingu miejscowej Pogoni z Checzą Gdynia, skończyła się jego wieloletnia żonglerka różnymi tożsamościami. Policjanci w końcu przebrnęli przez prawny labirynt, który stworzył, gdy był na zmianę mężczyzną i kobietą. Andrzejem i Joanną. Z nazwiskami doklejanymi w zależności od potrzeb i dokumentami potwierdzającymi kilka tożsamości. Prosto z boiska został doprowadzony do odbywania kary dwóch lat i pół roku więzienia za oszustwa i łamanie praw pracowniczych. On, czyli Andrzej D.-C., bo według prawa podczas zatrzymania był mężczyzną. W świecie kobiecej piłki pojawił się ponad dwa lata wcześniej i przedstawiał jako kobieta.

Zobacz wideo Dziewczyny z Legii: Chłopcy lekceważą, robią sobie żarty. Ale charakter mamy mocniejszy

- Aśka - podawał rękę, a prezesi i trenerzy mieszali się, gdy ich dłoń tonęła w uścisku. Ale już po chwili wyciągał z portfela dowód osobisty: Joanna Radziwiłowa, rocznik 1969. 

Aśka na początku zaczynała opowiadać, że piłka jest jej pasją, odskocznią od stresującego życia prawniczki, za którą się podawała. Zwykle pierwsze spotkanie z nią mnożyło wątpliwości, jednak dokumenty kazały wstrzymać się z pochopną oceną, a polityczna poprawność hamowała chęć zasypania jej pytaniami typu: "Kim jesteś? Kobietą? Osobą transpłciową? Niebinarną?". Byłyby nietaktowne, mogłyby urazić. W kobiecej piłce już niejedno widzieli. W kolejnych tygodniach Aśka robiła wszystko, by wzbudzić zaufanie i sympatię. Rozwiązywała drobne problemy, które zastała w klubach, i nie stwarzała nowych. Z wielu powodów trudno było wpaść na to, że jest ścigana listem gończym.

- Może opowiem o jednym wyjeździe na mecz - proponuje Mateusz Bieszke, prezes Checzy Gdynia, ostatniego klubu Aśki. - Jechaliśmy swoimi samochodami. Aśka kierowała jednym z nich. Złapała gumę. Zatrzymała się w niedozwolonym miejscu. Przyjechała policja, zaczęła z nią rozmawiać i ją wylegitymowała. Dlaczego jej wtedy nie zatrzymali? I jak ona się tym wszystkim nie zestresowała? Zachowywała się naturalnie - twierdzi.

Pod koniec kwietnia portal Trójmiasto.pl poinformował, że Joanna Radziwiłowa, bramkarka gdyńskiego klubu, okazała się 55-letnim Andrzejem D.-C., byłym policjantem, podającym się za światowej klasy prawnika, za którym we wrześniu 2023 r. został wydany list gończy. Do zatrzymania doszło podczas sparingu w Tczewie, a inne portale napisały o sensacyjnych okolicznościach - treningach obserwowanych przez snajperów i kręcących się wokół boiska tajniaków. Czytelnicy komentowali: "To scenariusz dla Netfliksa!". Zatrzymanie odbyło się jednak po cichu, część osób oglądających mecz nawet się nie zorientowała. Ale to wciąż historia odpowiednia na scenariusz. Może nie filmu sensacyjnego, bardziej serialu psychologicznego.

Reakcje na informację o zatrzymaniu były różne. Cała historia Andrzeja/Aśki nie mieści się w głowie. Wiele osób przeraziło się, że 55-letni mężczyzna był w szatni z nastolatkami. Inni żartowali, że w kobiecej piłce jak w polskim kabarecie - "chłop przebrał się za babę". Nas najbardziej zastanawiało, jak to możliwe, że dopiero po ponad dwóch latach ktoś zorientował się, jaka jest prawda. Postanowiliśmy zajrzeć za kulisy funkcjonowania Aśki w kobiecej piłce i dowiedzieć się, w jaki sposób weszła do tego hermetycznego środowiska. Jak była traktowana, jak zachowywała się w szatni, jak prowadziła treningi dla dzieci i czym w ogóle była piłka nożna w jej życiu. Wreszcie: gdzie popełniła błąd i jak wpadła. 

Poznajcie Andrzeja, by lepiej zrozumieć Joannę

Historia Andrzeja D. była opisywana tak wiele razy, że w końcu zaczął być w mediach określany "znanym oszustem". Zdemaskowała go już w 2014 r. Mira Suchodolska na łamach "Dziennika Gazety Prawnej", a później cyklicznie, aż do końcówki 2020 r., opisywała jego kolejne prawne fikołki. - Robiłam to z doskoku. Andrzej znikał na kilka miesięcy, później pojawiał się w nowej roli, więc pisałam, co u niego - uśmiecha się. O tym, że w ostatnich latach był bramkarką w Żbiku Nasielsk, Pradze Warszawa, Sportisie Bydgoszcz i Checzy Gdynia, też wiedziała.

Ale po kolei. Andrzej D. urodził się we Wrocławiu, pod koniec lat 80. był milicjantem na Starym Mieście. Po systemowej transformacji pracował w policji i co jakiś czas podpadał swoim szefom. Choćby tym, że na jedną z akcji zabrał detektywa-celebrytę Krzysztofa Rutkowskiego. Został też skazany za przekroczenie uprawnień w pierwszej instancji i uniewinniony w drugiej. "Zadecydował głupi, szkolny błąd prokuratury i sądu pierwszej instancji. Sąd, uniewinniając, sugerował, że powinien być wyrok skazujący, ale prawo nie pozwala poprawić błędów na niekorzyść D. Odszedł z policji" - pisała "DGP".

Suchodolska trafiła na jego trop w 2014 r., gdy występował już pod dwiema tożsamościami. "Andrzej miał być adwokatem, natomiast Joanna - radcą prawnym. Występowali w imieniu międzynarodowej korporacji prawniczej Kancelaria Prawna D. & Partners Law Office, która nigdy nie istniała, i proponowali swoje usługi m.in. osobom oszukanym przez Amber Gold. Pomoc sprowadzała się do tego, że Andrzej inkasował honorarium i znikał. Albo robiła to Joanna. Nawiasem mówiąc, D. nie ma wykształcenia prawniczego, swoje formalne wykształcenie zakończył na technikum. Twierdzi jednak, że studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim, Politechnice Wrocławskiej, Uniwersytecie Wrocławskim, Akademii Prawa Europejskiego w Trewirze i Uniwersytecie w Connecticut" - pisała.

Skąd ten tożsamościowy chaos? D. dwukrotnie zmieniał płeć. W 2006 r. przed Sądem Okręgowym we Wrocławiu stał się kobietą - Joanną D, a w 2013 r. Sąd Okręgowy w Warszawie przywrócił go do bycia mężczyzną z poprzednim imieniem i nazwiskiem, a także świeżo dołączonym drugim, jakże światowo brzmiącym, członem nazwiska - C. Problemem nie jest dwukrotna korekta płci - to prywatna sprawa, ale fakt, że w obu przypadkach nie zwracał starych dokumentów. Suchodolska ustaliła, że D. tłumaczył, że je zgubił. W kolejnych latach działał na zmianę: raz jako kobieta, raz jako mężczyzna. Bywało, że był dwiema postaciami równocześnie. Tworzył kolejne biznesy i fundacje. Marcin Kołodziejczyk z "Polityki" wymienił, czym przez lata zajmowali się Andrzej i Joanna: lobbingiem politycznym, prawem międzynarodowym, hotelarstwem, ozonowaniem pomieszczeń, prowadzeniem szkoleń i wykładów - od biznesowych po antyterrorystyczne. 

D. stanął przed sądem dopiero w 2020 r. Zeznawał, że jest niewinny. Wcześniej przebadali go biegli psychiatrzy. "Wykryli 'specyficzne zaburzenia osobowości', wzięli pod uwagę jego nawracające depresje, myśli samobójcze, transseksualność, na jaką się powołuje, jego wycofanie, brak zainteresowań i długodystansowych celów, a jednocześnie wielką pewność siebie i skłonność do ryzyka. (…) Nie stwierdzono deficytów, które czyniłyby go niezdolnym do logicznej obrony przed sądem" - czytamy w "Polityce". D. usłyszał wyrok dwóch i pół roku więzienia za nieprawidłowości w zatrudnianiu pracowników hotelu w Ostrowcu Świętokrzyskim i naciągnięcie Banku Pekao na blisko 400 tys. zł.

Suchodolska w "Dzienniku Gazecie Prawnej" punktowała: "Śledczy postawili mu zarzuty m.in. oszustw, kradzieży, łamania praw pracowniczych, utrudniania kontroli PIP. Wśród pokrzywdzonych, prócz osób prywatnych, jest Bank Pekao. Jako osoba, która deptała po piętach oskarżonemu i prowadziła dziennikarskie śledztwo, gromadziła dowody jego "wyczynów", powinnam być zadowolona. Jestem. Gratuluję prokuratorowi, że w rok uwinął się ze śledztwem. Chcę jednak podsunąć mu tropy, które uszły jego uwadze, bo Andrzej D.-C. zasługuje na więcej niż marne sześć zarzutów, które dostał. To nie tylko moje zdanie, sprawę konsultowałam z prawnikami kancelarii AKG Legal".

"Polityka" podsumowała, że Andrzej to tak naprawdę: jedynak, matka szwaczka, ojciec oficer ranny podczas służby policyjnej (dostał kamieniem w głowę, hospitalizacja), rozwiedziony (dorosłe dziecko), bezrobotny rencista ze świadczeniem 1,3 tys. zł na miesiąc.

Andrzej po usłyszeniu wyroku zniknął. Powrócił na przełomie 2021 i 2022 roku i przedstawiał się jako Joanna "Aśka" Radziwiłowa. Zaczął grać w piłkę z kobietami. Od tej pory, by nie czynić tego artykułu trudniejszym w odbiorze, przyjmiemy - tak samo, jak przyjmowali ludzie w klubach - że mamy do czynienia z kobietą. 

Najtrudniejszy pierwszy krok

Zdecydowanym niedopowiedzeniem byłoby stwierdzenie, że Aśka tylko grała w piłkę. - Ona była wszędzie! - powtarza kilkoro naszych rozmówców, a niedowierzanie i niezrozumienie miesza się u nich ze swego rodzaju podziwem.

Broniła bramki w czterech klubach, a przy okazji była w nich "wszechogarniaczką" - oferowała pomoc prawną, mówiła, jak pozyskać dodatkowe pieniądze z różnych grantów czy programów wsparcia, robiła zakupy, rozwieszała plakaty informujące o meczach, pomagała organizować turnieje, proponowała, że przyprowadzi sponsorów albo piłkarkę na nieobsadzoną pozycję, pisała różne wnioski do PZPN. Z doskoku była też trenerką młodych bramkarek. Jeździła na wszelkie kursy i staże - i trenerskie, i sędziowskie. Bywała na konferencjach dotyczących pozycji kobiet w sporcie. Pracowała w agencji menedżerskiej, która sprowadzała zawodników m.in. z Afryki. Brała udział w rozmaitych turniejach: od rozgrywek biznesowych, przez mecze charytatywne, po Etnoligę, czyli mecze dla imigrantów, których nadrzędnym celem jest wzajemna integracja. Grywała z oldbojkami i osobami z mniejszości seksualnych, które w treningach dostrzegały formę terapii. Występowała nawet w reprezentacji polskiej policji. A gdy sama nie grała, to siadała na trybunach na meczach Legii Warszawa i na ławeczkach wokół boisk z okręgówki i A Klasy, by doświadczać futbolowego folkloru z niższych lig. Zagadywała, nawiązywała znajomości, wysyłała zaproszenia na Facebooku i dodawała zdjęcia. Nie kryła się.

Ale najważniejszy był pierwszy krok. Ktoś musiał Aśkę, osobę kompletnie nieznaną w środowisku i niemającą żadnego doświadczenia w bronieniu, wpuścić do tak hermetycznego środowiska. Pierwszy krok był zarazem najtrudniejszy. Rozmówcy z jej ostatnich klubów mówią nam, że ich wątpliwości były mniejsze, gdy widzieli, że Aśka już gdzieś grała i ktoś już wcześniej zgłosił ją do rozgrywek. 

Do kobiecej piłki weszła w marcu 2022 r. w czwartoligowym Żbiku Nasielsk. To w kobiecej piłce niski, amatorski poziom. - Aśka sama się do nas zgłosiła. Zadzwoniła i powiedziała, że chce wziąć udział w testach. Wcześniej testowała się jeszcze w warszawskim AKS Zły i Vulcanie Wólka Mlądzka, ale nie dostała się do tych zespołów. Chciała spróbować u nas. A my mieliśmy wtedy tylko trzynaście zawodniczek, więc byliśmy zainteresowani. Już przez telefon powiedziała, że jest tylko jeden kłopot: ma 53 lata - opowiada nam jeden z pracowników klubu.

- Zdziwiłem się, że ktoś zaczyna grać w piłkę w takim wieku, ale podjechałem po nią na stację kolejową w Nasielsku i zawiozłem na pierwszy trening. Pamiętam pierwsze podanie ręki. Dłoń miała na pewno większą ode mnie. Przeczuwałem, że coś jest nie tak, ale nie chciałem wyjść na homofoba czy transfoba. Dziewczyny na początku też podchodziły do niej ostrożnie. Była taka sytuacja, że w przerwie jednego meczu trener trochę na Aśkę nakrzyczał. Chciał, żeby przy wychodzeniu do piłki krzyczała "moja" i komunikowała się z obrończyniami. Wzięła to sobie do serca. Na początku drugiej połowy wyszła dynamicznie do wrzutki i krzyknęła bardzo głośno. To był taki niski, męski głos. Na co dzień potrafiła tak nim modulować, by był bardziej kobiecy - dodaje. 

Żbik Nasielsk był pierwszym klubem, który zgłosił Joannę do rozgrywek i zarejestrował ją w Mazowieckim Związku Piłki Nożnej. Na tym poziomie nie ma żadnych kontraktów. Zawodniczka wypełnia tzw. deklarację gry amatora - trzyzdaniowy dokumencik, w którym podaje się imię i nazwisko, datę urodzenia i nazwę klubu. Na podstawie tych danych zawodniczka jest rejestrowana w systemie. Kluby nawet nie zawsze te dane weryfikują. Praktyka jest taka, że Polaków i Polek raczej się nie sprawdza. Zerka się na dokumenty obcokrajowców, żeby uniknąć pomyłki. Ale akurat w przypadku Aśki klub nie uwierzył na słowo. - Osoba, która była u nas w klubie odpowiedzialna za zgłaszanie piłkarek, widziała dowód osobisty Aśki. Dane z niego zostały podane w deklaracji. Została zgłoszona bez żadnych problemów - słyszymy.

A badania lekarskie? - Nie pamiętam nawet, czy wtedy było potrzebne zaświadczenie, ale nawet jeśli tak, to zawodniczki robiły badania na własną rękę. Nie mieliśmy wspólnych badań w klubie. W ten sposób lekarz przyjeżdżał tylko do naszych juniorskich zespołów. Dziewczyny robiły je same.  

To takie proste? Trenerzy i prezesi z innych klubów potwierdzają - u nich przy zgłaszaniu również nie było żadnych problemów. Mieli oczywiście wątpliwości, ale Aśka wyciągała dowód, a tam czarno na białym: Joanna Radziwiłowa i kobiecy pesel, bo jego przedostatnia cyfra była parzysta. Związki zatwierdzały.

Niecałe pół roku później Aśka pożegnała się z klubem. Powiedziała, że chce posmakować piłki na wyższym poziomie i iść do przodu. Było to o tyle zadziwiające, że Aśka broniła bardzo słabo. Nie miała koordynacji ani technicznych podstaw. Wiek też robił swoje. Trenerzy wykluczają, by w przeszłości - gdy jeszcze była Andrzejem - trenowała piłkę nożną. Jej tożsamość nigdy nie była weryfikowana przez przeciwników, którzy mają do tego prawo, jeśli czują, że pod dziewczynę może podszywać się chłopak. - Jeśli mocniej zbudowana dziewczyna krótko się obetnie, a później wymiata na boisku, to pojawiają się wątpliwości. Prosi się wtedy sędziego, żeby sprawdził, czy taka osoba jest zgłoszona do ligi i ma odpowiednie dokumenty. W tych czasach można się pomylić. Nie tylko w piłce. Niech każdy sam się zastanowi, ile razy na ulicy zastanawiał się, czy minęła go dziewczyna, czy chłopak. Zdarza się, prawda? - pyta jeden z trenerów. 

"Pytaliśmy dziewczyny, czy nie czuły się kiedykolwiek, w jakikolwiek sposób, źle przez tę osobę" 

- Aśka po prostu do nas przyszła - mówi Arkadiusz Roskosz, który wówczas - w 2022 r. - trenował Pragę Warszawa. To już druga liga. Ale większość zespołów wciąż balansuje między poziomem profesjonalnym a amatorskim. W Pradze wszystkie zawodniczki grały - jak w Żbiku - w oparciu o deklarację gry amatora. Aśka wystąpiła tylko w dwóch meczach, resztę przesiedziała na ławce rezerwowych.

- Ktoś pokazuje mi dokument. Autentyczny, prawdziwy. Wynika z niego, że jest 53-letnią kobietą. Nie mam prawa uważać inaczej. Tak, wiek był bardzo zastanawiający. Ale nie widzę problemu w tym, by w takim wieku grać w piłkę. Niezależnie, czy mówimy o kobiecie, czy o mężczyźnie. Gdyby do drużyny A-klasowej przyszedł pięćdziesięcioparolatek i powiedział, że chce grać, również nie widziałbym problemu, by go trenować. Dlaczego nie? Mówimy o amatorskim poziomie - zaznacza Roskosz. Rozmowa z nim jest pozbawiona żartów. Mówi spokojnym, poważnym tonem.

- Aśka wspominała o byciu prawniczką i wcześniejszej pracy w służbach. Pytałem ją wielokrotnie, z czystej ciekawości: "Po co ci ta piłka?". Odpowiedź zawsze była taka sama: to pasja, trzeba się ruszać, chcę pomagać innym. Była osobą barwną. Bardzo aktywną w mediach społecznościowych, gdzie budowała wizerunek zwariowanej starszej koleżanki. W szatni chętnie zabierała głos, dbała o motywację, starała się wspierać drużynę, ale nie przeradzało się to w zbudowanie relacji z pozostałymi dziewczynami. One się od niej dystansowały. Z racji wieku i sporej różnicy. Ale nie oszukujmy się: nie tylko z tego powodu - mówi.

- Niechętnie wchodziła do szatni. Przejeżdżała tuż przed rozpoczęciem treningu i była już przebrana. Ale tak, przed meczami trudniej było tego uniknąć, więc zdarzało się, że była w szatni. To dla mnie skandal. Jako trener wychodzę, gdy dziewczyny zaczynają się przebierać, i wracam, gdy są już gotowe. Dlatego to, co się wydarzyło, jest dla mnie nie do zaakceptowania. Naprawdę... Nie jest przyjemnie usłyszeć, że zawodniczka, którą miałem w zespole, okazała się zawodnikiem. I najmniej tu chodzi o mnie. Myślę przede wszystkim o pozostałych dziewczynach. Mam żal o to, że zostały oszukane. Jestem z zawodniczkami w kontakcie i wiem, że po fakcie jest to dla nich trudne. Źle im z tym, że w szatni był z nimi 53-letni mężczyzna. Gdy z mediów dowiedzieliśmy się o całej sytuacji, pytaliśmy dziewczyny, czy nie czuły się kiedykolwiek, w jakikolwiek sposób, źle przez tę osobę. Czy nie zrobiła ona choćby jednego kroku za daleko w ich stronę. Czy nawet na chwilę nie przekroczyła granicy którejkolwiek piłkarki - mówi.

- I co pan usłyszał? - pytamy.

- Że nie.

"Przebierałyśmy się, chodziłyśmy rozebrane, myłyśmy się... Jak to w szatni"

Rozmawiamy z dwiema piłkarkami, które grały z Aśką. Jedna z nich poprosiła o anonimowość, dlatego zmieniamy jej imię. Nazwa klubu pozostaje prawdziwa. Agnieszka grała z nią w Pradze Warszawa, a Matylda Bujak w Sportisie Bydgoszcz - klubie, do którego Aśka przeniosła się w 2023 roku. 

Matylda: - Trzeba najpierw powiedzieć dwa słowa, jakim środowiskiem jest kobieca piłka. Otóż bardzo tolerancyjnym. Na pewno tolerancja jest wyższa niż w innych środowiskach. Różne przypadki już przerabialiśmy. Widzieliśmy osoby inne od reszty świata, więc trudno nas zaskoczyć. Akceptujemy wiele. Różne rzeczy się już działy. Może nie aż takie jak ta, ale dążę do tego, że różnie dziewczyny i kobiety wyglądają, a my jesteśmy do tego przyzwyczajone. Więc skoro w nas coś wzbudziło tak silne wątpliwości, to znaczy, że musiało być coś mocno nie tak.

Agnieszka: - Dziewczyny zaczęły mi mówić, że jest nowa w drużynie. I że wygląda jak facet. Przyszłam na trening, spojrzałam, pierwsza myśl: no facet. Ale koleżanki mi mówią, że nie, że ma papiery. Spojrzałam na dłonie i tylko się utwierdziłam. Później byłam bardziej czujna niż zawsze. Zauważałam, że Aśka rzadko się przebiera z nami w szatni, a jeśli już, to zdejmuje przy nas tylko górę. Albo że wchodzi pod prysznic dopiero, jak wszyscy już wyjdą z szatni. Zazwyczaj nie rozglądam się i nie zwracam uwagi na takie rzeczy. Niby próbowałam odganiać od siebie tę myśl, bo w papierach wszystko się zgadzało, ale nie dawało mi to spokoju. I wiem, że dziewczyny miały podobnie. Na początku jeszcze myślałyśmy, że Aśka jest osobą transpłciową. Ja do takich osób nic nie mam. Ale do końca nie potrafiłam w to uwierzyć... Nikt Aśki o to nie pytał. Nie dziwię się, bo mi też byłoby niezręcznie. Głupio tak podejść i zapytać: "Ej, jesteś osobą transpłciową?".

Matylda: - Poznałam ją, zanim jeszcze przyszła do Sportisu. Zaczęło się od tego, że w klubie były spore problemy finansowe. Razem z koleżankami z drużyny szukałam pomocy prawników sportowych. Tak trafiłam na Aśkę. Dostałam na nią namiar od znajomego z Warszawy. Powiedział, że jest prawniczką, która działa przy PZPN. Skontaktowałam się i Aśka sporo mi pomogła. Nie pisała żadnych oficjalnych wniosków, ale doradzała mi, co warto z klubem podpisać, na co się powinnam zgodzić, a co odrzucić. Nie chciała ode mnie pieniędzy, choć jej proponowałam. Mieszkała wtedy w Warszawie, więc załatwiałyśmy wszystko przez telefon. Któregoś razu Aśka rzuciła, że przyjdzie grać do nas do Bydgoszczy. Najpierw mnie to zaniepokoiło. Zaczęłam się zastanawiać, z kim mam do czynienia. Ale uznałam, że pewnie to był żart.

Agnieszka: - Bardzo dużo gadała. Zagadywała, szukała kontaktu. Brałyśmy ją z dystansem. Powiedziała nam kiedyś, że jest prawniczką w PZPN. I jeśli mamy sprawy stricte prawne, to może nam pomóc. Ale nie przyszło mi wtedy do głowy, żeby to sprawdzać. Dwa lata temu zmarł mój tata. Zaproponowała mi wtedy, że jeśli będę potrzebowała jakichś usług prawnych, to mi pomoże. Ale nie skorzystałam. 

Matylda: - W końcu rzeczywiście za jakiś czas do nas trafiła. Połapałam się wtedy, że to ona. Pamiętam, że dziewczyny miały sceptyczne podejście. Wiadomo - pierwsze wrażenie jest ważne. Ale to nie tak, że działo się coś złego. Później na pewno pomogło to, że Aśka była bardzo wygadana. Nie było dnia, żeby nie powiedziała swojego zdania, do kogoś nie zagadała czy nie pożartowała. Gdy jest się nową w drużynie, trzeba mieć sporo odwagi i pewności siebie, żeby tak szybko zacząć się odzywać i być wręcz głosem przewodnim w szatni. Szybko złapała też kontakt z trenerami. Mogę mówić za siebie: nie miałam z nią problemu. Jak do mnie zagadała, to z nią porozmawiałam. Z czystej kultury. Ale to tyle. Zwykła znajomość z pracy, nic więcej.

Matylda: - Szatnia ma swój klimat. Dziewczyny czasami żartowały i jej dogryzły, ale tak, żeby nie urazić. Niektóre nie kryły się z tym, że na własne oczy chciałby się upewnić, co i jak... Wiadomo, o czym mówię. Najczęściej przychodziła już przebrana, ale zdarzały się wyjątki i wtedy wzrok dziewczyn - chcąc nie chcąc - kierował się na obszary, co do których miały wątpliwości. Nic tych wątpliwości nie potwierdzało.

Agnieszka: - Któregoś dnia, już długo po tym, jak Aśka odeszła, koleżanka wysłała na naszą grupę artykuł z 2023 r. Podpisała: "To o naszej Aśce". Tak się dowiedziałyśmy. To już było praktycznie w nocy, a i tak pisałyśmy jeszcze bardzo długo. Nie dowierzałyśmy. Najbardziej pamiętam, że ona chodziła i mówiła, że jest "zła Aśka". Nie wiedziałyśmy, o co chodzi. To od początku było dziwne. Dopiero gdy ta sprawa wyszła, to wywnioskowałyśmy to sobie z dziewczynami, że może dlatego zła, że podszywała się pod kogoś, kim nie jest. Może "zła", bo robiła wcześniej te wszystkie przekręty. Nie wiem, ale zawsze mówiła o sobie, że jest "zła Aśka". I my zastanawiałyśmy się, o co jej chodzi. 

Matylda: - Jak cała sprawa już wyszła, to pisałyśmy sobie z dziewczynami, że on był wtedy po pięćdziesiątce, a niektóre dziewczyny w drużynie miały wtedy 16 i 17 lat. Przebierałyśmy się, chodziłyśmy rozebrane, myłyśmy się... Jak to w szatni. Coś takiego jest dla mnie niedopuszczalne. Jedyny plus jest taki, że ona nigdy się do żadnej z dziewczyn nie dobierała. Nic takiego, z tego, co wiem, się na szczęście nie wydarzyło.

- Później się zaśmiałam, że myślałam, że każdy facet ma koordynację ruchową na jakimś poziomie - dodaje Matylda. - Wydawało mi się, że każdy facet jako tako będzie bronił. Ale okazało się, że nie. Z Aśką naprawdę było ciężko... Ale to kolejny dowód na to, jak tolerancyjna jest kobieca piłka. Gdy widziałam ją w akcji, myślałam, że to super, że jest po pięćdziesiątce, a mimo wszystko się rusza i próbuje. A że nie idzie? Liczą się chęci, nie?

Aśka idzie do ekstraligi. Ludzie nie mogą uwierzyć 

Aśka to fenomen. Nie umiała bronić, a w lutym 2023 r. przeszła do ekstraligowego klubu - Sportisu Bydgoszcz. Ludzie pracujący z nią wcześniej nie mogli w to uwierzyć. W trzeciej lidze siedziała na ławce, a szła do pierwszej. Przyjmowali ją, bo albo wierzyli w slogan "piłka dla wszystkich", albo mieli problemy kadrowe, albo nie mogli przejść obojętnie obok kogoś, kto obiecał załatwić wszystko. Ale w ekstralidze? Jak? Po co?

- W mediach rozeszło się, że wzięliśmy do ekstraligi bramkarkę po pięćdziesiątce. To nieprawda. Zimą odeszła od nas Natalia Piątek, więc przesunęliśmy nasze młode bramkarki z rezerw do pierwszej drużyny. W rezerwach zrobiła się luka, więc rozglądaliśmy się na rynku, ale to nie był priorytet. Podkreślam: szukaliśmy bramkarki do trzecioligowego zespołu na wypadek, gdyby któraś z naszych juniorek musiała akurat zagrać w pierwszej drużynie albo byłaby potrzebna w meczu Centralnej Ligi Juniorów - tłumaczy trener Maciej Gościniak.

Jak mówi: Aśka się trafiła, zadzwoniła sama. Zapytała: "Widziałam, że Piątek od was odeszła. Może szukacie rezerwowej bramkarki?". Gościniak rozpytywał o nią w środowisku.

- Ludzie, którzy ją znali, byli zgodni. Mówili, że nie będziemy mieli żadnych problemów. Przedstawiali ją jako sympatyczną, bezkonfliktową. I muszę to potwierdzić. To może wydać się teraz dziwne, po ukazaniu się tych wszystkich artykułów, ale my z Aśką nie mieliśmy pół problemu. Czytałem komentarze pod artykułami: "Jak to możliwe, że wpuścili chłopa starego do szatni?!". Trzeba zrozumieć, jak wewnątrz wygląda kobieca piłka i jakie niesie za sobą wartości. Pracuję w tym środowisku od dwunastu lat i przerobiłem dużo sytuacji związanych z różnymi problemami dziewczyn dotyczącymi kwestii tożsamościowych czy społecznych. Nie oceniam nikogo po wyglądzie, po kolorze skóry, po wyznaniu, po orientacji. Po prostu mnie to nie interesuje. Patrzę tylko na to, kto jakim jest człowiekiem i jak spisuje się na boisku. Zawsze dobrze na tym wychodziłem. Dopiero teraz się przejechałem - ciężko wzdycha trener Sportisu.

- Dużo osób pyta mnie: "Dlaczego uwierzyliście?! Nie widzieliście męskich rysów twarzy?". Takie rzeczy przecież się zdarzają. A co by było, gdyby się okazało, że to faktycznie kobieta, a ja nie pozwalam jej grać? Że jestem transfobem, że dyskryminuję za wygląd, że jestem nietolerancyjny, że jestem ze średniowiecza. To dopiero byłby skandal - mówi Gościniak. 

- Przyjęliśmy do siebie zawodniczkę, która już była w kilku innych klubach, była zgłaszana do rozgrywek PZPN i funkcjonowała w tym środowisku. Ta weryfikacja następowała rok po roku. Miała historię. Miała dokumenty. Wszystko się zgadzało. Jakie my jeszcze mieliśmy narzędzia, żeby to zweryfikować? Jak możemy sprawdzić jej płeć? Wyciąganie wniosków na podstawie wyglądu, umówmy się, jest średnim sposobem. Może byłbym ostrożniejszy, gdybyśmy mieli być dla Aśki pierwszym klubem. Zaufaliśmy, chcieliśmy dać szansę. Domyślaliśmy się, że może być osobą po korekcie płci, więc chcieliśmy jej stworzyć fajne warunki do treningów i realizowania się. Chcieliśmy zrobić coś dobrego dla osoby, która - jak się domyślaliśmy - mogła być w trudnej sytuacji, mieć za sobą poważne życiowe wybory, a oberwaliśmy. Dość boleśnie - zaznacza.

- W tej sytuacji jako klub czujemy się poniekąd ofiarami tego wszystkiego. Sami zastanawiamy się, jak to możliwe, że organy przez tak długi czas nie mogły tej osoby namierzyć. To trudna sytuacja, gdy dowiadujesz się, że miałeś w kobiecej szatni mężczyznę po pięćdziesiątce z jakimiś zaburzeniami. Były tam też piłkarki nieletnie. To przecież nie jest normalna sytuacja. Jak to możliwe, że ta osoba tak długo ukrywała się przed policją? Słowo "ukrywała" jest zresztą nietrafione, bo jej aktywność w mediach społecznościowych była bardzo duża - dodaje Gościniak. 

Pozostałe przygody Aśki, czyli staż w Rakowie Częstochowa i praca w agencji managerskiej 

Aśka była na Facebooku tą znajomą, o której wiesz prawie wszystko, mimo że w życiu zamieniłeś z nią dwa słowa. Gdzie jest, co robi, co zjadła na obiad, jaki miała dzień i co sądzi o bieżących politycznych sprawach. Dodawała sporo zdjęć, oznaczała lokalizacje i znajomych. Dziewczyny z drużyny śmiały się, że już przed południem wiedziały, że Aśki zabraknie na wieczornym treningu. Nie musiała zgłaszać nieobecności. I tak w klubie wiedzieli, gdzie jest tym razem. Warszawa, Wrocław, Trójmiasto, Podhale - jeździła po całym kraju. Żyła tak, że niemal codziennie miała skąd dodać zdjęcie. 

W ten sposób - przyznają to rozmówcy - też budowała swoją wiarygodność. Jeśli mówiła, że ma rozległe znajomości, to na Facebooku to pokazywała. Jeśli mówiła, że jest obrotna, to też było to widać na Facebooku. Dotychczas wspominaliśmy o klubach, w których Aśka grała. Były też takie, w których miała spełniać się w innych rolach.

Do sieci dodawała zdjęcia z korytarzy Ursusa Warszawa. Z dużą troską pisała o klubie, który był wówczas na zakręcie. "Jestem dumna, iż jestem Waszą częścią" - deklarowała pod zdjęciami dodanymi z klubowej wigilii. Bardziej konkretna była w rozmowach ze znajomymi, którym mówiła, że została w klubie koordynatorką odpowiedzialną za kobiecą piłkę. Pytamy o to prezesa Krzysztofa Kosmalskiego.

- Nigdy nie była zatrudniona w naszym klubie na żadnym stanowisku. Nigdy nie dostała od nas pieniędzy za pracę, bo też ani o nic jej nie prosiliśmy, ani nic dla nas nie zrobiła - mówi. Dopytujemy zatem, w jakim charakterze Aśka pojawiała się klubie. - Na pewno nieformalnym. Kręciła się wokół Ursusa. Oferowała nam swoją pomoc od strony prawnej. Ale przecież wystarczyła chwila rozmowy, by wiedzieć, że ta osoba nie jest prawnikiem. Aśka pojawiała się jako przyjaciółka klubu. Na przykład dzwoniła do kogoś z klubu, że jest w Warszawie i wpadnie na kawkę. Wigilia, z której dodała zdjęcia, była otwarta dla wszystkich. Nie trzeba było mieć żadnego zaproszenia. Podaliśmy w internecie, że spotykamy się przed świętami i każdy jest mile widziany: pracownicy, rodzice naszych zawodników, kibice - wyjaśnia. 

Usłyszeliśmy też plotkę, że Aśka była trenerką bramkarek w Piastovii Piastów. Zdziwiliśmy się - sama za bardzo nie umiała bronić, a uczyła innych? - Przede wszystkim: to była koleżeńska pomoc, nie była trenerką bramkarek na stałe - mówią w klubie. - Prowadziła treningi z doskoku, w dużych czasowych odstępach. W sumie trzy, może cztery razy. Chodziło o dziesięcioletnie, dwunastoletnie dziewczynki, które nie potrzebowały wielkich porad i technicznych wskazówek. Ważniejsza była dobra atmosfera, zabawa i takie przeprowadzenie treningu, żeby dzieci były zadowolone - tłumaczą. - Polecił ją jeden z trenerów. Nie zawiedliśmy się. Była w tym świetna. Miała podejście. Dzieci ani rodzice nie zgłaszali żadnych skarg. U nas odszedł też problem przebierania się w szatni. Aśka wpadała już przebrana, prosto na boisko - dodają. 

Staż w Rakowie Częstochowa? Aśka nie miała żadnej licencji trenerskiej, chociaż rozpuszczała w środowisku informacje, że jakiś klub widzi ją jako swoją trenerkę. Staż, o którym było głośno na platformie X, był płatny i odbywał się w akademii Rakowa. Nie był częścią żadnego kursu trenerskiego. Każda chętna osoba mogła wysłać swoje CV. To opcja dla młodych trenerów, jeszcze studiujących i dopiero zdobywających pierwszą licencję, by zacząć zbierać doświadczenie. Czasem byli piłkarze przychodzą na takie staże, by sprawdzić, czy bycie trenerem to droga dla nich. Raków nie podaje, ile kosztował ten staż, ale w innych polskich klubach cena zazwyczaj wynosi kilkaset złotych. W 2022 r. Legia Warszawa organizowała podobny staż za 699 zł, a w 2018 r. w Pogoni Szczecin kosztował 400 zł. Aśka w ramach stażu przeprowadziła kilka treningów jako asystentka trenerki w zespole dziewcząt. - Dzieci rozmawiały między sobą: "Powiedziałam do niej 'trenerko'!". "A ja powiedziałam 'trenerze'". Były tym przejęte. Większość z nich spotkała się pierwszy raz z taką sytuacją. Ale nie miały negatywnych wrażeń. Przedstawiła im się jako Joanna. My z rodzicami staliśmy z boku i jedna z mam powiedziała, że w sumie fajnie, że klub oswaja dzieciaki z takimi tematami - relacjonuje jeden z rodziców.

Jedynym miejscem, w którym potwierdziliśmy, że Aśka była za swoją pomoc i pracę wynagradzana, jest agencja menedżerska Your Future, prowadzona przez Krzysztofa Wojtanka. Działa na niższych szczeblach rozgrywkowych, pośredniczy w transferach zagranicznych piłkarzy. Na początku roku zrobiło się o niej głośniej, gdy zatrudniła Dawida Janczyka, byłego reprezentanta Polski, który z uwagi na problem alkoholowy nie zrobił kariery na miarę potencjału i w ostatnich latach co jakiś czas próbuje wrócić do piłki na coraz to niższym poziomie. 

- Na Aśkę trafiłem po dodaniu ogłoszenia na grupie na Facebooku. Firma dobrze się rozwijała, miałem ją już pół roku, organizowałem obozy dla piłkarzy z zagranicy i szukałem kogoś, kto by mi pomógł. Aśka się odezwała. Wysłała mi swoje zdjęcie w stroju piłkarskim. Byłem sceptyczny. Cóż, miała chłopięcy wygląd. Porozmawialiśmy jednak przez telefon i wydawała się kompetentna. Mówiła też, że jest prawniczką, że miała kancelarię w Londynie. Przygotowywałem wtedy obóz dla piłkarzy z RPA. I ona się na nim pojawiła - relacjonuje Wojtanek. 

- Współpracowaliśmy blisko dwa lata. Nie miałem większych zastrzeżeń. Widziałem, z iloma klubami współpracowała, w ilu miała znajomości. To mnie uspokajało. Dostawałem też odpowiedzi z tych klubów, że są zadowolone ze współpracy. Na początku byłem podejrzliwy, ale później już nie. Tym bardziej że była bardzo zaangażowana. Miałbym pewność, że odebrałaby telefon o północy, jeśli byłaby taka potrzeba.  Przekonała mnie do siebie. Poznała moich rodziców, którzy też jej zaufali. Dawid Janczyk, dzięki Joannie, dostał możliwość gry w Reprezentacji Gwiazd Piłkarzy Polskich. To drużyna, w której charytatywne mecze grają Maciej Szczęsny, Marek Citko, Tomasz Hajto i Sławomir Chałaśkiewicz. Jeszcze w tygodniu przez zatrzymaniem Aśka była u mnie na Podhalu i cały czas działała. O jej zamknięciu dowiedziałem się od trenera Checzy Gdynia. Byłem w totalnym szoku - mówi.

- Odbierałem ją jako pasjonatkę futbolu. Miała jakąś licencję trenerską, ale nie wnikałem w szczegóły, jaka to licencja. Słyszałem, że miała propozycję, by przejąć jakiś kobiecy zespół, więc musiała mieć pod to uprawnienia. Ale nie weryfikowałem tego - dodaje. My zweryfikowaliśmy. W systemie PZPN, gdzie wymienieni są wszyscy trenerzy w Polsce posiadający licencje, nie pojawia się żadne z nazwisk, których używała.

Wydało się przez przelew blikiem. "Najpierw pomyślałem, że ma brata bliźniaka"

Ostatni przystanek Aśki w kobiecej piłce był w Checzy Gdynia. Schemat wejścia do drużyny i rozgoszczenia się w niej był bardzo zbliżony do poprzednich. W środowisku już ją kojarzyli, więc gdy zadzwoniła do trenera, by powiedzieć, że przeprowadza się do Trójmiasta i szuka drużyny, nie musiała długo o sobie opowiadać. Trener jeszcze zadzwonił do wspólnych znajomych, usłyszał dobre opinie i Aśka weszła do jego drużyny. Pokazała dokumenty, opowiedziała, że jest byłą policjantką, prawniczką. Dodała, że wyprowadziła się z Bydgoszczy, bo była zaczepiana na ulicach. Gdynia wydawała jej się bardziej tolerancyjna.

Nie wystąpiła w żadnym meczu pierwszej drużyny grającej wtedy na zapleczu ekstraligi. Zresztą trener zawczasu powiedział jej, że nie ma co liczyć na grę w meczach i może jedynie jej obiecać, że trochę pobroni na treningach. Na meczach była za to kierowniczką drużyny. 

Ale w Checzy prawda wyszła na jaw. Aśce powinęła się noga. Rozmawiamy z Mateuszem Bieszke, prezesem klubu, który powiązał Joannę Radziwiłową z Andrzejem D. 

- Dostałem blika z nieznanego mi numeru. Po chwili ktoś z tego numeru zadzwonił, że doszło do pomyłki, więc prosi o zwrot. Ludzka rzecz. Odesłałem te pieniądze, ale z ciekawości chciałem sprawdzić, kto mi je przesłał. Zacząłem szukać właśnie po numerze. I tak krok po kroku doszedłem do profilu Andrzeja D. na Facebooku. Okazało się, że ma tę samą twarz, co Aśka. Na początku pomyślałem, że to jej brat, może nawet bliźniak. No zdarzają się podobieństwa. Pokazałem te zdjęcia mojemu bratu. "Ty, zobacz, przecież to jest Aśka". Śmiał się, że chyba piłem.

- Ale szedłem dalej. Przeglądałem zdjęcia i udostępniane posty na profilu Andrzeja. Pod jednym z nich ktoś w listopadzie wrzucił link do artykułu demaskującego jego i Joannę. Zacząłem przeglądać inne media. Było tego więcej. Okazało się, że Aśka to Andrzej. Ta sama osoba. Ale jak to możliwe? Do kogo to zgłosić? Zadzwonić na 112? No nie. Zgłosiłem to do Pomorskiego Związku Piłki Nożnej, żeby sprawdzili osobę, którą mają zgłoszoną do rozgrywek. Oni mogli zweryfikować jej pesel i zaangażować w to policję, by potwierdzić, czy jest poszukiwana. Sprawa i tak nie była prosta, bo Joanna i Andrzej mieli na różnych etapach różne nazwiska, więc na pierwszy rzut oka i tak nic do siebie nie pasowało. To nie była sprawa na pięć minut.

Kulisy zatrzymania Aśki miały być jak wyjęte z sensacyjnego filmu. Snajperzy na dachach, tajniacy wokół boiska.

- To zupełnie tak nie wyglądało. Odkąd sprawa została zgłoszona, policjanci po prostu przyjeżdżali na nasze treningi, bo liczyli, że pojawi się na nich Aśka. Siedzieli w samochodzie. Raz na jakiś czas przeszli się wokół boiska. Żadnych snajperów tu nie było. Mnie zastanawia tylko, dlaczego przez trzy tygodnie - od momentu zgłoszenia sprawy aż do zatrzymania - Aśki nie było w klubie. Nie wiem, czy ktoś ją ostrzegł. Może miała jeszcze kontakty ze starych czasów. Po trzech tygodniach zjawiła się jakby nigdy nic. Policja zadzwoniła do mnie, że dojdzie do zatrzymania. Jechaliśmy na sparing do Tczewa, ale nie chcieli tego robić na obwodnicy, na oczach ludzi. Miało się to odbyć po cichu. Udało się. Znam dwie osoby, które były tego dnia na meczu i nawet się nie zorientowały, że doszło do zatrzymania. Trener został poproszony, że jak zacznie się druga połowa, to ma przyprowadzić Aśkę do szatni. Policja już tam czekała. "Myślałam, że temat jest zamknięty" - tylko tyle zdążyła powiedzieć. 

Coś nie grało. Ale trudno nawet powiedzieć, co konkretnie

Bieszke wspomina, że Aśka robiła wiele, by każdego w klubie do siebie przekonać. Zachowywała się tak, że nikt nie mógł nawet pomyśleć, że ukrywa się przed odsiadką. Dopiero gdy prawda wyszła na jaw, na pewne zdarzenia spojrzeli w klubie inaczej. Bieszke kilka razy wspomina, że z jednej strony Aśce ufał, bo nigdy nie zawaliła sprawy, za którą się wzięła, ale z drugiej wciąż coś mu w niej nie grało.

- Gdy Aśka pojawiła się u nas w klubie, zacząłem szukać informacji, kim jest. W dzisiejszych czasach wrzucamy do wyszukiwarki czyjeś nazwisko i już coś wiemy. Zastanawiało mnie, jak pojawiła się w kobiecej piłce. I okazywało się, że pojawiła się nagle. Raptem dwa lata wcześniej. Dziwiło mnie to, że pięćdziesięciolatka nagle wchodzi do kobiecej piłki, a wcześniej nie ma po niej śladu. To nienaturalne. Pytałem starsze piłkarki, czy ją znają. To małe środowisko. Wiele osób się kojarzy. Ale nikt o niej niczego nie wiedział. Pytałem też wspólnych znajomych, których miała dodanych na Facebooku, skąd ją znają. Różne były odpowiedzi. Z turniejów, konferencji, meczów... Ktoś powiedział, że wygląda jak facet. Ktoś nazwał ją "babochłopem". Ale mówili też, że jest sympatyczna. Nie to mnie zastanawiało. Bardziej to, że wszyscy poznali ją w ostatnich dwóch-trzech latach. 

- Dlatego przy różnych okazjach sam Aśkę podpytywałem, co robiła wcześniej. Mówiła o byciu prawniczką, wspominała o pracy w finansach. Była w tym całkiem wiarygodna, bo podsyłała do klubu informacje o różnych dotacjach, konkursach, stypendiach, programach. Jakbym zapytał np. o jakieś dotacje publiczne, to albo sama by mi odpowiedziała, albo znalazłby w sekundę kogoś, kto zna odpowiedź. Miała kontakty wszędzie. Sprawy urzędowe załatwiała w sobotę, jak urzędy były zamknięte. Nie umiem tego wytłumaczyć.

- Jedna rzecz mnie gryzie. Dlaczego nie usunęła tego profilu Andrzeja na Facebooku? Przecież gdyby tego profilu nie było, to ja bym się nigdy nie zorientował. W życiu bym tych osób ze sobą nie powiązał. Niczego nowego tam nie dodawała, ostatnie było zdjęcie z Bronisławem Komorowskim z 2016 r., ale profil wciąż dało się znaleźć. Ludzie też mnie pytają: "Szymon, a może to jakiś szpieg był?". Nie wiem. Ale czemu nie usunęła tego Facebooka? Jakaś adrenalina? Tak się poświęcić, zmienić płeć przed sądem, odkręcić to, zbudować tożsamość i nie zlikwidować Facebooka? Nie rozumiem.

Po co Aśce była piłka? 

Uprzedzając: nie odpowiemy na to pytanie konkretnie, mimo że zadaliśmy je każdemu z naszych rozmówców. Ich odpowiedzi także nie były jednoznaczne. 

- Nie mam pojęcia, czemu pojawiła się w kobiecej piłce. Pytałem. Mówiła, że pracowała kiedyś w policji. Później, że była prawniczką i teraz przyda jej się odskocznia, czas na relaks. No i to nie jest bardzo dziwne, bo zgłaszają się do nas kobiety, które nigdy nie grały w piłkę, ale chcą spróbować. Poskładałem to sobie: stresująca praca, procesy, poważne rzeczy, więc szuka relaksu. Jedni kupują karnet na siłownię, drudzy próbują grać w tenisa, a inni - w piłkę - mówi Bieszke.

- Może to było tak, że środowisko piłki kobiecej, bardzo tolerancyjne, sprawiało, że łatwiej było jej funkcjonować. Ale po co? Nie miała z tego korzyści finansowych - zastanawia się jeden z trenerów. Drugi dodaje, że można przyjąć, że była osobą zaburzoną i trudno podać logiczny powód. - Może próbowała zbudować nową tożsamość? Trochę nawet żartowaliśmy, że Aśka jest wszędzie.

- Ale w kobiecej piłce? - dziwi się Matylda Bujak ze Sportistu Bydgoszcz. - To środowisko wciąż jest małe. Jak piłkarka w Krakowie ma problemy, to zaraz wiedzą o tym w Szczecinie. Myślę, że z dwóch największych lig praktycznie z każdego zespołu kogoś się kojarzy. Utrzymujemy kontakt. Jesteśmy też osobami publicznymi. Jeśli chcesz się ukryć, to masz problem, bo czasami kluby w mediach społecznościowych wrzucają twoje zdjęcia, twoje nazwisko pojawia się w internecie, choćby w sprawozdaniach meczowych. Ale przecież Aśka i tak udostępniała swoje zdjęcia...

Aśka opowiedziała o roli futbolu w swoim życiu w wywiadzie dla Studia Opinii, opublikowanym w 2022 r. z okazji Dnia Kobiet. Przeprowadzała go Aneta Wybieralska, była funkcjonariuszka pionu kontrwywiadu, która pisze powieści o policji i o kobietach w służbach specjalnych i do czerwca zeszłego roku publikowała swoje artykuły w Studiu Opinii. Z Aśką zetknęły się jeszcze w czasach służby, ale - jak mówi - dopiero w ostatnich latach miały ze sobą częstszy kontakt. W wywiadzie rozmawiały o muzycznych i czytelniczych gustach, autorytetach i kobiecości jako takiej. Aśka była m.in. pytana, czego najbardziej nie lubi w kobietach. Autorka zaznaczyła, że to przewrotne pytanie. "Każda kobieta jest bytem oddzielnym. Ma w sobie i anioła, i diabła. Nie tylko u kobiet, ale u wszystkich, niezależnie od płci i poglądów, nienawidzę obłudy. Nie wspominając naturalnie o sytuacji, w której inna kobieta ma na tej samej imprezie taką sama kieckę. Wtedy trafia mnie szlag" - odpowiedziała Aśka. 

Mówiła też o futbolu "Stoję na bramce. Piłka nożna to też kobiecy sport. Dziewczyny grają naprawdę super. To, że jesteśmy niedocenianie i słabiej wynagradzane, to już inna sprawa. Ale świadomość, że ten sport nie już tylko męską domeną, staje się coraz bardziej powszechna. (...) Można powiedzieć, że żyję w dwóch rzeczywistościach: jedną jest warszawska Kobieca Akademia Piłkarska, która chyba tak naprawdę staje się coraz bardziej klubem przyjaciółek grających w piłkę. Ja jestem najstarsza, parę z tych dziewczyn jest młodszych od mojej córki. Gramy na typowo amatorskim poziomie i każda z nas cieszy się grą i tym, że możemy pobyć ze sobą. (...) Gram jeszcze, to znaczy stoję na bramce i wpuszczam gole, w profesjonalnym klubie piłkarskim. W nim rzeczywistość jest trochę inna. Tu skupiamy się główne na pracy i poprawianiu naszych umiejętności. Ja gram w drugim składzie i tu, poza występami ligowymi, musimy finansować się same. Niestety. W moim przypadku nie jest wesoło". 

Zapytaliśmy również Anetę Wybieralską, czym dla Aśki była piłka. - Autentycznie się nią pasjonowała. Nie angażowałaby się w to wszystko, gdyby to nie była pasja. Nie brałaby udziału w charytatywnych turniejach. Akurat gra w piłkę, boisko, bramka - to było prawdziwe. To była odskocznia po pracy w mundurze, jakby rodzaj terapii. Sport, gra zespołowa, jest najwspanialszą terapią. Lekiem na psychiczną rozsypkę i problemy emocjonalne porównywalne z PTSD [zespołem stresu pourazowego - red.] - mówi. 

Ale dlaczego wybrała piłkę? Odpowiedź zna tylko Aśka. Ale gdyby ją zapytać, i tak nie byłoby pewności, czy powiedziała prawdę.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.