To jest dramat! Najgorzej zarządzany klub w Polsce tonie. Ciosy z każdej strony

Dawid Szymczak
Tu celebryta kupił 0,74 proc. klubowych akcji i przejął władzę nad zespołem. Tu kapitan był wybierany w drodze losowania, a taktykę na mecz ustalali sami piłkarze. Tu trener kazał dziennikarzom podsyłać maile z pomysłami na następny mecz. Tu kibole wpadli na trening i kopniakami wskazali winnych. Nie ma w Polsce gorzej zarządzanego klubu niż zmierzające do II ligi Zagłębie Sosnowiec. - Serce się kraje - mówi były trener, Artur Derbin.

- To jakiś kabaret? - zapytał dziennikarz podczas konferencji prasowej trenera Aleksandra Chackiewicza. Jak się okazało: jego ostatniej. Zagłębie Sosnowiec przegrało tego dnia z GKS Katowice 0:4, a Białorusin zaraz po meczu tłumaczył, że taktykę wymyślili sami zawodnicy, gdy nie było go w szatni. Nie spiskowali za jego plecami. To był jego pomysł, by piłkarze poczuli odpowiedzialność za zespół i było dla nich jasne, że nie tylko on odpowiada za fatalne wyniki. Podobnie jak nie tylko trener odpowiada za bałagan w całym klubie. Ale zwalniani najczęściej są oni - Chackiewicz, trzeci trener Zagłębia w tym sezonie i 23. w tej dekadzie, zdążył jeszcze dwa dni po tej konferencji poprowadzić trening, na który wpadli kibice, uderzyli go i zwyzywali. Następnie został zwolniony.

Zobacz wideo Nowy trener Legii mówi wprost. "Nie ucieknę od tego"

I żadna to nowość - od dwudziestu lat co roku w Zagłębiu zmienia się trener. Chackiewicz pracował w klubie niecałe trzy miesiące, poprowadził zespół w zaledwie sześciu meczach - cztery przegrał, a dwa zremisował. Wciąż zadziwiał: przed meczem z Podbeskidziem Bielsko-Biała kazał wylosować kapitana spośród czterech piłkarzy, po porażce 0:4 z Lechią Gdańsk stwierdził, że jego piłkarzy przytłoczył wielki stadion, a po meczu z GKS Katowice powiedział, że dziennikarze mogą wysłać mu mailem swoje pomysły dot. prowadzenia drużyny. Była to odpowiedź na zaczepkę jednego z reporterów, który na koniec konferencji prasowej ironizował, że skoro trenerowi i piłkarzom nie udało się wymyślić skutecznej taktyki na mecz, to może na następny zrobią to dziennikarze.  

Jedni się śmiali, drudzy płakali, trzeci uciekali w sarkazm. W Zagłębiu Sosnowiec jak w soczewce widać problemy polskiej piłki. Chwilami aż trudno uwierzyć, że do wszystkich dziwacznych, kuriozalnych, śmiesznych i strasznych zdarzeń dochodzi w jednym klubie. Są niekompetentni decydenci - co chwilę zresztą zmieniani, jest sztama z agencją menadżerską ProStar, która kieruje do klubu wątpliwej jakości ukraińskich piłkarzy po przejściach, jeszcze przed chwilą był trener Aleksandr Chackiewicz i dyrektor sportowy Michaił Zalewski, ściągnięci do klubu przez Rafała Collinsa, celebrytę, który w styczniu kupił zaledwie 0,74 proc. klubowych akcji, ale zdołał przekonać prezydenta Sosnowca Arkadiusza Chęcińskiego, wybranego właśnie na kolejną kadencję już w pierwszej turze (55 618 głosów - 66,72 proc.), by pozwolić mu kierować sprawami sportowymi.

Białorusini, mający niezłe CV - Chackiewicz był w przeszłości selekcjonerem swojego kraju i trenerem Dynama Kijów, a Zalewski pracował jako dyrektor BATE Borysów, zastali i zostawili Zagłębie na ostatnim miejscu w tabeli. Kibice mieli dość - po spotkaniu z GKS Katowice, wstydliwie przegranym aż 0:4, wpadli na trening i kopniakami wskazali winnych: trenera Chackiewicza, Sebastiana Boneckiego, który jeszcze w pierwszej połowie osłabił zespół po dwóch żółtych kartkach i Michała Janotę, który po przerwie nie wykorzystał rzutu karnego. Jeszcze przed tymi haniebnymi wydarzeniami z funkcji prezesa zrezygnował Arkadiusz Aleksander. I o ile przyszłość boiskową Zagłębia łatwo przewidzieć, o tyle nie wiadomo, co czeka klub w gabinetach. Nowym trenerem został Marek Saganowski, który w sobotę zadebiutował remisując z Bruk-Bet Termaliką, natomiast wciąż nie znamy następcy prezesa Aleksandra i nie wiemy, jak przebiegnie sprzedaż klubowych akcji. Miasto 5 marca ogłosiło, że w przetargu chce sprzedać maksymalnie 90 proc. udziałów. Czas składania ofert mijał 5 kwietnia, ale został wydłużony o miesiąc, bo - jak tłumaczył rzecznik Urzędu Miasta Rafał Łysy - zainteresowanie było duże i potencjalni kupcy poprosili o więcej czasu.

Sytuacja Zagłębia Sosnowiec nie zmieniła się z dnia na dzień. Przyczyn tego, jak obecnie wygląda klub, należy szukać w przeszłości. Dlatego o sytuacji Zagłębia Sosnowiec porozmawialiśmy z Arturem Derbinem, wychowankiem klubu, jego byłym piłkarzem i trenerem od lipca 2015 do sierpnia 2016 oraz od sierpnia 2023 do stycznia 2024 r. - Serce mi się kraje, gdy patrzę, co się dzieje - mówi w pełnej emocji rozmowie, która odbyła się jeszcze przed ostatnim meczem z Bruk-Bet Termalicą (1:1) i nominacją Marka Saganowskiego na nowego trenera. 

Dawid Szymczak, Sport.pl: - Jeszcze w okresie świąteczno-noworocznym przygotowywał pan raport dot. funkcjonowania klubu, który później wylądował na biurku prezydenta Sosnowca, Arkadiusza Chęcińskiego. Jeszcze wtedy był pan trenerem, liczył na wsparcie i lepszą wiosnę, ale zaraz po przyjściu Rafała Collinsa został pan zwolniony. Mówi pan o Zagłębiu, że to chory organizm. Co mu w takim razie dolega?

Artur Derbin: - Trzeba spojrzeć na ostatnich kilka lat. Od momentu, gdy w 2018 r. klub awansował do Ekstraklasy, co roku walczy o utrzymanie. Najpierw na najwyższym poziomie, później już w pierwszej lidze. Awans do Ekstraklasy był niespodziewany, a beniaminkom zawsze trudno się w niej utrzymać - nawet, jeśli są to kluby z mocnymi fundamentami i dobrą organizacją. Potrzeba pokory i spokoju przy dalszej budowie, tymczasem w Zagłębiu po awansie niektórym wydawało się, że już są potęgą.

Zderzenie było bolesne. 11 punktów w 15 meczach i wielka łapanka piłkarzy zimą, by jeszcze się uratować. Nie wyszło.

- W tamtym okresie drużyna została przeinwestowana, co ciągnie się za Zagłębiem do dzisiaj. Zamiast zbierać doświadczenie w Ekstraklasie, ale dalej spokojnie budować zespół, próbowano tę Ekstraklasę za wszelką cenę uratować. Za tym poszły ogromne środki finansowe, w następnych sezonach zaczęło się odbijanie od ściany do ściany. A przecież kierunek rozwoju klubu był dobry, trzeba było się tego trzymać, nawet pogodzić ze spadkiem, ale dalej robić swoje, aby wrócić na to miejsce.

I to się odbija do dzisiaj?

- Poniekąd. To co dzieje się dzisiaj to jest apogeum. Nie wierzę, że może być gorzej. To jest chory organizm. Brak odpowiedniej struktury, brak odpowiednich ludzi. Nie ma kompetencji. Nie ma planu. Nie ma strategii. Nie ma odpowiedniego zarządzania. Nikt nie wychodzi do ludzi i nie bierze problemów na klatę. Krew mnie zalewa w tej sytuacji. Ja oczywiście też jestem winny. Nie uciekam od tego, jak wygląda ten sezon. Zawsze zaczynam od siebie, dlatego trudno mi też to wszystko mówić.

Po meczu z GKS Katowice nagrał pan filmik dla kibiców. Mimo tytułu: "Gdy emocje już opadną", emocji było w nim sporo.

- Czuje się zobowiązany, by zabrać głos, bo chcę wesprzeć kibiców, którzy już nie mogą na ten stan rzeczy patrzeć. Ja też nie mogę. Serce się kraje. Ale nie chcę być kolejnym trenerem, który chwilę w tym klubie był i przeleciał jak meteor. Jestem wychowankiem, człowiekiem stąd, więc to rzutuje na wszystko, co robię. Gdy Zagłębie pod koniec sierpnia 2023 r. się do mnie zgłosiło, chciałem pomóc. Wiedziałem, w jak trudnym jest momencie. Wiedziałem, jak wygląda sytuacja, ale wszedłem w to bez zawahania. Pomyślałem, że to poukładamy, dotrwamy do zimy, a wtedy łatwiej będzie uporządkować zespół. Niestety tak się nie stało. Trzeba byłoby zacząć od rozmowy o wartościach i strategii klubu.

Jakie są, a jakie powinny być?

- Kluby, które w dużej mierze są finansowane przez miasto, muszą uzupełniać kadrę wychowankami i dawać im prawdziwą szansę, a nie wpuszczać na boisko na minutę. Trzeba spojrzeć na nich bardziej przychylnym okiem, postawić na dwóch-trzech, a część wypożyczyć. Ale rozumiem też, że podczas gaszenia pożarów trudno o wprowadzanie młodzieży. Może gdyby nie zostało to zaniedbane wcześniej, to dzisiaj łatwiej byłoby dawać im szansę. Ja też nie wiem, jaka jest sytuacja finansowa klubu.

Ale po kolei. Mówi pan, że klub jest źle zarządzany i brakuje w nim kompetentnych osób. Kto tak naprawdę zarządza Zagłębiem? Prezydent Chęciński? Prezes? Rafał Collins? Ktoś, kto go wspiera?

- Przecież to jest oczywiste. Kto pozwolił na to, by pan Collins chwycił za stery w klubie? Jak racjonalnie myślący człowiek może postąpić w ten sposób? Żeby było jasne: nie mam nic do Rafała Collinsa. Chodzi mi tylko o doświadczenie. Niech klubem zarządza osoba kompetentna, która przynajmniej w jakiejś części zna się na piłce nożnej. To nie jest biznes, jak każdy inny. To praca na żywym organizmie, praca z ludźmi, praca dla kibiców, praca pod presją. Podobał mi się jego początek - optymizm, dużo wiary, nadziei, komunikacja z kibicami, ale to nie wystarczy. Gdzie dzisiaj są ludzie, którzy powinni stanąć i wytłumaczyć, dlaczego nie wyszło?

Kilka miesięcy temu w "Przeglądzie Sportowym" powiedział pan, że praca w Zagłębiu dała panu wiele lekcji. Czego się pan nauczył?

- Przede wszystkim, że zupełnie inaczej pracuje się w klubie, który gra o awans, a inaczej w klubie, który jest notorycznie w kryzysie i trzeba cały czas, z każdej strony, gasić pożary. Takie doświadczenie powoduje, że trzeba szukać przeróżnych rozwiązań w zakresie taktycznym i mentalnym, by w tych ciemnościach dostrzec chociaż małe światełko. Cały czas jest się pod presją, czas nieubłaganie ucieka. W tym wszystkim trzeba zachować spokój. Staje się choćby przed wyborem: zachować optymizm i dodawać ludziom wiary czy spojrzeć na to wszystko bardzo racjonalnie i powiedzieć uczciwie, jak wygląda sytuacja.

A jak wyglądała?

- Znów - chodzi o zarządzenie, plan i wizję. Kadra była przygotowywana pod ustawienie 1-4-3-3, natomiast ja zaczynałem od ustawienia 1-3-4-3, bo nie miałem do dyspozycji żadnego zdrowego lewego obrońcy. Oprócz tego mieliśmy mnóstwo kontuzji na innych pozycjach, a i tak do meczu z Arką Gdynia wyglądało obiecująco. Był zarys taktyczny, piłkarze realizowali to, nad czym pracowaliśmy. Nie brakowało zaangażowania i walki. Zagraliśmy z Arką dobry mecz: w 2. minucie strzeliliśmy gola, kontrolowaliśmy spotkanie, ale dostaliśmy gola ze stałego fragmentu gry, w których zawsze kuleliśmy - i w ofensywie, i w defensywie. Ruszyliśmy przy 1:1 do ataku, ale zamiast tego straciliśmy po jednej z kontr Arki. W tym momencie uszło z nas powietrze. Robiliśmy dobre rzeczy, mieliśmy do tego czasu dobre momenty, jak zwycięstwa z GKS Katowice i Lechią Gdańsk. Z Wisłą Kraków mieliśmy sytuację meczową, z Górnikiem Łęczna wysokie xG, a przywoziliśmy tylko remisy. Z Górnikiem Zabrze w Pucharze Polski mieliśmy poprzeczkę tuż przed dogrywką, a później przegraliśmy. Były okazje, ale nie potrafiliśmy rozstrzygać meczów na swoją korzyść.

Zabrakło jakości? Szczęścia?

- Głównie jakości. Ale szczęścia też mogliśmy mieć nieco więcej i wówczas niepewność, zwątpienie, frustracja nie narastałyby tak szybko. Problemów było coraz więcej. Na koniec rundy w najważniejszych meczach z Wisłą Płock i Chrobrym Głogów już nie potrafiliśmy zdobyć punktu, chociaż zakładałem, że z Płocka przywieziemy punkt i z Chrobrym zagramy o wszystko, żeby przed przerwą zimową nieco poprawić sytuację i przygotowywać się do wiosny z wiarą, że jeszcze powalczymy o utrzymanie. To się nie udało. W tym momencie trzeba było zakładać, że w przyszłym sezonie będziemy grać w II lidze i już pod nią układać już zespół i strategię. Pewnie, wciąż chcielibyśmy walczyć o punkty w każdym meczu, ale ze świadomością, że trzeba już w tej rundzie budować fundament na kolejny sezon. Czas na to prawdopodobnie został zmarnowany. I teraz, przy czarnym scenariuszu, gdy Zagłębie będzie w II lidze, znów powrzucamy tu różnych zawodników i zbudujemy maszynkę do awansu? A gdzie team-spirit, jedność, zgranie? Budowa zespołu to proces, do którego potrzebny jest czas.

Jak się robi łapankę, buduje zespół naprędce, trudno znaleźć właściwych zawodników.

- O to też chodzi. Jest dział scoutingu, ale nikt go nie słucha, bo cały czas dookoła się pali. Ludzie w klubie chcą to ratować, ale działają panicznie, bez planu i strategii. Efekt jest odwrotny: pali się coraz bardziej. Pisałem w raporcie, z jakimi zawodnikami powinniśmy na koniec sezonu się pożegnać, a kogo możemy sprowadzić, żeby ta drużyna się rozwijała. Bez nazwisk, pisałem o profilach piłkarzy do sprowadzenia. I zaznaczyłem, że chcę z kimś o tym dyskutować, bo przecież nie ja wydaję pieniądze. Chciałem usiąść z dyrektorem sportowym, z prezesem, by mieć rozeznanie, na co możemy sobie pozwolić. Mogłoby się okazać, że nie możemy pożegnać się z niektórymi zawodnikami, bo mają długie kontrakty, więc trzeba będzie z nich korzystać. Ale to też jest kwestia polityki klubu, bo ktoś z nimi podpisał umowy takiej długości i na takie sumy.

Ale o jakiej polityce może być mowa, skoro od dwudziestu lat nawet nie było trenera, który w Zagłębiu rozpocząłby i skończył rok.

- Kiedyś na konferencji prasowej powiedziałem, że tu naprawdę byli dobrzy trenerzy. Sam też miałem dobre wyniki w Bełchatowie i Tychach, a tutaj poległem. Patrząc z perspektywy czasu, wiem, że mogłem na pewno zachować więcej spokoju, ale praca w takim kryzysie była dla mnie czymś nowym. Wciąż tylko widzisz, że zwalniają jednego, drugiego, trzeciego trenera. Potrzebujesz jako trener odpowiedniego wsparcia od ludzi nad tobą. Teraz pojawi się czwarty trener w tym sezonie (5 kwietnia został nim Marek Saganowski - red.). Przecież to jest nie do pomyślenia, co się dzieje.

Brakowało panu dialogu z władzami klubu?

- Czasem rozmawialiśmy, ale można zastanowić się, jaki te rozmowy miały w ogóle sens. Jeszcze jesienią dostawałem zapewnienia, że nie dojdzie do zmiany trenera. Później, z doniesień medialnych dowiadywałem się, że jak rozpoczynałem pracę przed wiosną to już praktycznie byłem zwolniony. Zaczynaliśmy treningi, a za moimi plecami rozgrywały się jakieś dziwne sprawy. No i drużyna to czuła. Jak trener nie ma wsparcia, piłkarze też się domyślają. 

Arkadiusz Chęciński i Rafał Collins. W pana oczach to są kompetentne osoby do zarządzania klubem?

- Niezręcznie mi na ten temat mówić. Ale wydaje mi się, że prezydent miasta nie jest od tego, żeby zarządzał klubem. On jest od tego, żeby tworzyć odpowiednie warunki. Wybudował cały kompleks sportowy ze stadionem, halą i lodowiskiem. I chwała mu za to. Ale faktycznie jest tak, że wszystko zaczyna się od góry i trzeba postawić na odpowiednich ludzi. Zacząć od prezesa, który zatrudni kolejnych ludzi z kompetencjami. Później jest dyrektor sportowy, później trener… Ale co w tej układance robi Rafał Collins?

To zadam inne pytanie, może odrobinę bardziej pozytywne. Proszę naszkicować idealny scenariusz dla Zagłębia. Co się musi wydarzyć, by ten klub wyzdrowiał?

- Klub funkcjonuje przede wszystkim za miejskie pieniądze, więc wydaje mi się, że przy takim finansowaniu można stworzyć naprawdę solidną drużynę. Środki zewnętrzne też są potrzebne, ale z tego co się orientuję, to przy tym całym ambarasie, środków i tak jest sporo. Najpierw trzeba stawiać na kompetentnych ludzi, dać im pracować i dopiero rozliczać. Nie może być tak, że co chwilę zmieniamy trenera, zmieniamy dyrektora sportowego i prezesa. Naprawdę! Ludziom trzeba pozwolić pracować. Niech stworzą plan, niech przedstawią założenia, według których będą budowali zespół i go prowadzili. Teraz odeszli trener, dyrektor sportowy i prezes. Wypadłoby wyciągnąć wnioski z ich pracy i czegoś się z niej nauczyć. Nie ma co ukrywać - najwięcej można się nauczyć na błędach. Zostaje kwestia zatrudnienia nowego prezesa.

Niełatwe zadanie.

- Musi to być osoba z doświadczeniem. Bez tego w takim kryzysie może sobie nie poradzić. Dalej jest kwestia dania takiemu prezesowi zgody, by zbudował w klubie struktury i sam znalazł ludzi do współpracy. Kompetentnych! Z kolei dyrektor sportowy powinien mieć rozeznanie na rynku, ale też mieć strategię na budowę drużyny. Powinien przy tym współpracować z działem skautingu i z trenerem. Dobrze by było, gdyby w klubie 30 proc. kadry obligatoryjnie stanowili wychowankowie. W klubie prowadzonym w sporej części za publiczne pieniądze nie mogą grać sami obcokrajowcy i zawodnicy z zewnątrz. Piłkarze z akademii muszą czuć, że mają szansę awansować do pierwszej drużyny. I najważniejsze: krok po kroku, cierpliwie, z szansą na popełnienie błędów, znając swoje miejsce w szeregu. Naprawdę wierzę, że Zagłębie odbudowywane w ten sposób może szybko wrócić do I ligi, a dalszej perspektywie powalczyć o więcej.

Wprawdzie prosiłem o idealny scenariusz, nie musiał być realny. Ale na ile to, o czym pan mówi, jest możliwe?

- Często bywam w Pampelunie, miałem okazję być tam na stażu. Widziałem, jak odbudowuje się Osasuna. Tam też był spory bałagan i dużo afer. Awans, spadek, awans, spadek. Raz były dotacje z LaLiga, raz finansowy kryzys. Ale w końcu dzięki temu, że odważnie postawili na wychowanków, których udawało się później sprzedawać za duże pieniądze, klub znalazł swoją drogę i stabilizację. Od sześciu lat ma tego samego trenera - Jagobę Arrasate i zajmuje bezpieczne miejsca w lidze. To oczywiście przykład z jednej z najlepszych lig na świecie, ale podobnych da się znaleźć więcej.

Czyli nie widzi pan jedynego rozwiązania w tym, że musi zgłosić się prywatny inwestor i wziąć klub na siebie?

- Oczywiście, że tak. Prywatny inwestor na pewno byłby ciekawym rozwiązaniem, ale nie zmienia się jedno: musi pójść drogą kompetencji, rozumieć proces, być cierpliwym. Panu Chęcińskiemu trzeba oddać, że naprawdę jest prosportowy, ale… Trzeba zrozumieć, że dobrą drużynę buduje się nieraz dłużej niż stadion. Ja przekazałem mu pewne wiadomości, informacje. Podzieliłem się swoimi spostrzeżeniami, bo dobrze się znamy. Nie uważam się jednak alfę i omegą. Nie wiem, czy prezydent posłuchał. Nie dopytuję, kto mu doradza. Jestem też ostatni, żeby krytykować kogokolwiek. Do nikogo nie mam żalu. Chodzi mi tylko o jedno: żeby kibice - w tym ja - byli z tego klubu dumni. Na razie jest do tego daleko.

Czy Rafał Collins uratuje Zagłębie Sosnowiec?
Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.