Brutalna prawda o Arkadiuszu Miliku. Prosto z Turynu. "Nic więcej"

Konrad Ferszter
Na taki mecz Juventus czekał ponad miesiąc. Drużyna Massimiliano Allegrego pokonała Lazio 2:0 i jest o krok od finału Pucharu Włoch. Tym razem w składzie Juve zabrakło i Wojciecha Szczęsnego, i Arkadiusza Milika, ale ich sytuacja w Turynie i tak jest jasna: pierwszy jest jej liderem, drugi może liczyć jedynie na ligowe ogony.

Federico Chiesa i Dusan Vlahović sprawili, że we wtorkowy wieczór kibice Juventusu w końcu mogli się uśmiechnąć. Drużyna Massimiliano Allegrego po 37 (!) dniach wygrała mecz. Po porażkach z Napoli (1:2) i Lazio (0:1) oraz remisach z Atalantą (2:2) i Genoą (0:0) Juventus ograł u siebie Lazio 2:0 w półfinale Pucharu Włoch i jest o krok od awansu do ósmego finału w ostatnich 10 latach.

Zobacz wideo Wściekły Wojciech Szczęsny ruszył prosto do szatni. Lewandowski tłumaczy

- Chcieliśmy wygrać i wygraną wyszarpaliśmy. To zwycięstwo doda nam pewności siebie - powiedział po meczu Allegri. - Wszyscy bardzo tego potrzebowaliśmy. Zawodnicy, trener oraz kibice. Ten wieczór był nam niezbędny - dodał Chiesa, który tak samo jak Vlahović opuszczał boisko przy wiwatujących na stojąco trybunach Allianz Stadium.

- Lepszego meczu nie mogliśmy trafić. To był najlepszy występ tej drużyny od długiego czasu - podsumował Przemysław Kral, CEO firmy zondacrypto, polskiego sponsora turyńskiego klubu. On, tak samo jak reprezentanci Polski - Wojciech Szczęsny i Arkadiusz Milik - we wtorek był widzem. Szczęsny tradycyjnie już w Pucharze Włoch ustąpił miejsca w składzie Mattii Perinowi, a Milik leczy kontuzję przywodziciela.

Gigant w kryzysie

Chociaż Juventus od blisko dekady w Pucharze Włoch radzi sobie co najmniej bardzo dobrze, to w ostatnich latach i tak przeżywa wyraźny kryzys. Turyńczycy jeszcze niedawno byli krajowym hegemonem, który od 2012 r. zdobył dziewięć tytułów mistrza Włoch z rzędu. W sezonach 2014/15 i 2016/17 Juventus grał nawet w finałach Ligi Mistrzów, przegrywając odpowiednio z Barceloną (1:3) i Realem Madryt (1:4).

Mimo że "Stara Dama" z 36 mistrzostwami kraju na koncie jest absolutnym rekordzistą Włoch, to te tak nieodległe czasy dziś są już tylko wspomnieniem. Zaraz miną cztery lata od ostatniego mistrzostwa kraju. W tym czasie zdobywali je wszyscy najwięksi rywale: Inter, Milan i przede wszystkim - Napoli.

Od wspomnianego finału przeciwko Realowi Juventus nie był też w stanie przejść ćwierćfinału Ligi Mistrzów. W poprzednim sezonie drużyna Allegrego odpadła już po fazie grupowej, w tym nawet w niej nie zagrała. To efekt katastrofalnego, siódmego miejsca w poprzednim sezonie Serie A. Był to najgorszy wynik od 2011 r. i czasów, w których klub dopiero stawał na nogi po karnej degradacji do Serie B.

Chudsze lata nie były jednak wielkim ciosem dla marki, jaką wciąż jest Juventus. To dalej jeden z największych klubów Europy i duma Piemontu, co czuć w jego stolicy na każdym kroku. W ścisłym centrum Turynu nie sposób znaleźć miejsce, które w dowolny sposób nie nawiązywałoby do klubu z Allianz Stadium.

Łatwiej o Sinnera niż Szczęsnego i Milika

Okolice Piazza Castello i Palazzo Carignano, czyli jednych z głównych atrakcji turystycznych Turynu, pełne są sklepów oferujących pamiątki z miasta, ale i tych nawiązujących do Juventusu. Koszulki, szaliki, czapki, magnesy ze zdjęciami zawodników, kubki i dziesiątki innych gadżetów - to raj dla sympatyków futbolu.

Furorę robią też plastikowe figurki sportowców i celebrytów. Co ciekawe, łatwiej tu jednak dostać figurkę Rocky'ego Balboi, Jannika Sinnera, a nawet Michaela Jacksona czy Donalda Trumpa niż zawodników Juventusu. Wśród tych zdecydowanie najpopularniejsi są Vlahović i legenda klubu Alessandro Del Piero. Od Szczęsnego i Milika łatwiej dostępny jest nawet zawieszony za stosowanie dopingu Paul Pogba.

Zdecydowanie inaczej wygląda to w oficjalnym sklepie klubowym, przylegającym do Allianz Stadium. Z drzwi wejściowych uśmiecha się do nas Milik, a na środku sklepu wisi koszulka z autografem Szczęsnego. Polacy nie są jednak najbardziej rozchwytywanymi gwiazdami.

Wokół stadionu dominują koszulki z nazwiskami Vlahovicia, Chiesy i Rabiota oraz legend: Del Piero, Giorgio Chielliniego czy Leonardo Bonucciego. Ci bardziej spragnieni pamiątki ze Szczęsnym mogą kupić kalendarz na 2024 r., gdzie polski bramkarz znajduje się już na okładce.

"Szczęsny? Kocham go!"

To symbol, ale dobrze obrazuje on, że obu reprezentantom Polski daleko do statusu legendy, na jaki przez lata gry w Juventusie zapracował Zbigniew Boniek. Nie znaczy to jednak, że Szczęsny i Milik nie są w klubie postaciami ważnymi. A zwłaszcza ten pierwszy.

- Kocham go! Bez niego Juventus na pewno byłby na jeszcze niższej pozycji niż obecnie - słyszę od jednego z lokalnych sprzedawców, gdy pytam o Szczęsnego. - To nie tylko lider na boisku, ale i w szatni. W Juventusie nie ma dziś wielu zawodników o takim charakterze jak on. Może tylko Chiesa, Adrien Rabiot i Danilo - dodaje trójka polskich kibiców Juventusu, których spotkałem pod Mole Antonelliana, czyli symbolem Turynu. Młodzi mężczyźni przyjechali do Turynu z Gdańska kilka dni przed meczem z Lazio.

I z ich słowami trudno polemizować. W ostatnich tygodniach Szczęsny zaprezentował się nie tylko jako lider kadry Michała Probierza, ale i Juventusu. Po sobotnim meczu z Lazio w Serie A nasz bramkarz nie przebierał w słowach. - Przez sześć miesięcy marzyliśmy o tytule. Gdy to marzenie prysło, straciliśmy energię. A to nie może być wymówką. Jedna wygrana w dziewięciu meczach to nie Juventus - mówił Szczęsny.

- Jeśli nie wierzysz w zdobycie tytułu, nie możesz grać w Juventusie. Taka jest rzeczywistość i trzeba radzić sobie z taką presją. To moment, który musi nas uświadomić, by dawać z siebie więcej dla Juventusu - dodał.

"Niezły zmiennik, nic więcej"

Mimo że Szczęsny jest jedną z ważniejszych postaci w turyńskiej drużynie, to w ostatnim czasie jego przyszłość była tematem plotek we włoskich mediach. Kontrakt Polaka wygasa latem przyszłego roku i nie wiadomo, czy umowa zostanie przedłużona. Chociaż o rok dłuższy kontrakt ma Milik, to i jego przyszłość jest niepewna. Ale z zupełnie innych powodów.

O ile Szczęsny to lider Juventusu, o tyle Milik - zwłaszcza w ostatnim czasie - grywał ogony. W tym roku w Serie A napastnik uciułał raptem 250 minut, co daje niespełna pół godziny na występ. Milik wyraźnie przegrywa rywalizację z Chiesą i Vlahoviciem, a walki o pozycję w drużynie nie ułatwiają mu kontuzje i skuteczność. A raczej jej brak.

Chociaż na początku stycznia Milik błysnął hat-trickiem z Frosinone (4:0) w Pucharze Włoch, to w jego przypadku była to tylko miła odmiana od codziennej szarówki. Niedawna bramka z Atalantą w Serie A była jego pierwszym ligowym trafieniem od początku października. Marna forma zepchnęła Milika na boczny tor nie tylko w Juventusie, ale też w reprezentacji Polski, do której nie dostał powołania na dwa ostatnie zgrupowania.

- Niezły zmiennik, nic więcej. Nie zdziwimy się, jeśli klub zdecydowałby się go sprzedać latem i postawić na jakiegoś wychowanka. Pewnie wielkiej różnicy by nie było - słyszę od kibiców Juventusu z Gdańska.

Jeśli sytuacja Milika przed meczem Juventusu z Lazio była trudna, to po spotkaniu stała się jeszcze trudniejsza. Bohaterami gospodarzy byli jego bezpośredni konkurenci do miejsca w składzie, którzy nie tylko strzelili po golu, ale i otrzymali owację na stojąco.

- W tej chwili to duet nie do rozbicia. Kiedy Milik wróci do zdrowia, będzie miał wielkie problemy, by grać więcej - uprzedził siedzący obok mnie na meczu Matteo, który co chwilę zagadywał o naszych zawodników, gdy dowiedział się, że na mecz przyjechałem z Polski.

Rywale Milika rozbujali Juventus

Chiesa i Vlahović rozbujali niemrawy przed przerwą Juventus. Charakterystyczne było to, że po pierwszej połowie drużynę Allegrego żegnały przeraźliwe gwizdy. Kibice Juventusu byli sfrustrowani, bo ich idole grali po prostu słabo. Chociaż mecz z Lazio zaczęli z animuszem, to z minuty na minutę było coraz gorzej.

Tuż po upływie 30. minuty z trybun słychać było tylko gwizdy i przekleństwa. Wściekali się kibice, ale denerwowali się i piłkarze. Po jednym z wielu nieporozumień na boisku doszło do pyskówki Vlahovicia z Andreą Cambiaso. Krewkich kolegów musiał uspokajać Manuel Locatelli.

Zarówno pierwszej jak i drugiej połowie z ławki rezerwowych ze spokojem przyglądał się Szczęsny. On - przynajmniej na razie - może spać spokojnie. Jego pozycja w składzie Juventusu, tak samo jak Chiesy i Vlahovicia, jest niepodważalna. I nie zmieni tego nawet czyste konto, jakie we wtorkowy wieczór zachował Perin.

To, że polski bramkarz mecz z Lazio oglądał z ławki rezerwowych, nie było żadnym zaskoczeniem. Szczęsny w Pucharze Włoch ostatni raz zagrał w styczniu 2019 r., kiedy Juventus przegrał w ćwierćfinale z Atalantą (0:3).

Od tamtej pory w tych rozgrywkach w bramce Juventusu stał nie tylko Perin, ale i Gianluigi Buffon. Legenda klubu broniła w Pucharze Włoch w sezonach 2019/20 i 2020/21, gdy Juventus najpierw przegrał finał po rzutach karnych z Napoli, a rok później ograł w nim Atalantę (2:1).

Perin jeszcze tyle szczęścia nie miał. W sezonie 2021/22 Juventus przegrał finał z Interem Mediolan (2:4), a w poprzednich rozgrywkach odpadł z tym samym rywalem w półfinale. Wszystko wskazuje na to, że kolejną szansę na zwycięstwo w Pucharze Włoch Perin będzie miał w tym sezonie.

Chyba że w decydującym meczu Allegri nie będzie kombinował i postawi na Szczęsnego. Bo Juventus musi nie tylko awansować do kolejnej edycji Ligi Mistrzów. Ten klub trofeów potrzebuje jak tlenu. Tu, jak mawia klubowe motto, zawsze walczy się "do końca". 

Wyjazd na mecz Juventus - Lazio został sfinansowany przez zondacrypto.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.