Złość po straconej bramce z Estonią trzeba było przekuć w absolutnie perfekcyjną grę z Walią. I to był idealny mecz w wykonaniu Wojciecha Szczęsnego. Polski bramkarz był w Cardiff herosem, tytanem, największym bohaterem. Ale w zakończonym wynikiem 0:0, rozstrzygniętym w rzutach karnych meczu, cała obrona nie zawiodła. Selekcjoner Michał Probierz zalał właśnie fundamenty pod odbudowę polskiej defensywy. Dwóm stoperom możemy szczególnie zaufać.
W finale baraży w Cardiff bardzo wiele zależało od postawy linii defensywnej. Michał Probierz postawił na identyczny tercet obrońców jak z Estonią, czyli na Jana Bednarka, Pawła Dawidowicza i Jakuba Kiwiora. I o ile do ostatniej dwójki większych pretensji mieć nie można, to gdyby Bednarek nie dostawał momentami odpowiedniego wsparcia, mecz mógłby się skończyć płaczem, zgrzytaniem zębami i wyrywaniem włosów. Zmienienie go pod koniec drugiej połowy to jedna z najlepszych decyzji Probierza we wciąż krótkiej roli selekcjonera.
Ale mówiąc o formacji defensywnej, nie można zapomnieć o bramkarzu. Ba, od niego trzeba zacząć. Wojciech Szczęsny ponownie jest bohaterem, legendą, królem polskiej bramki. Stał się najważniejszym ojcem tego sukcesu.
Nie ma mocnych na Szczęsnego
Wciąż w pamięci tkwią obrazki z meczu z Estonią, kiedy Szczęsny był bardzo, ale to bardzo wściekły po straconej bramce w dość łatwy, wręcz głupi sposób. I nie ma co się temu dziwić. W czwartek graliśmy z prawdopodobnie najsłabszą kadrą Estonii od lat i nawet przy wyniku 5:0 nie mieliśmy prawa pozwolić jej na strzelenie gola. Szczęsny wtedy nie cieszył się z awansu do finału baraży. Zszedł od razu do szatni - zły, zniesmaczony, zdegustowany. Sportowa złość aż kipiała od niego.
Ale tę złość trzeba było przekuć w absolutnie perfekcyjną grę z Walią. I to był idealny mecz w wykonaniu Szczęsnego. Polski bramkarz był w Cardiff herosem, tytanem, największym bohaterem. Jeśli mielibyśmy ponownie napisać mitologię słowiańską, to byłby jednym z jej największych bohaterów.
Trzy skuteczne interwencje na linii, trzy udane wyjścia do piłki, 70 proc. celnych podań, co w przypadku bramkarza jest bardzo dobrym wynikiem. Przy wyjściu poza pole karne, które wymusił na nim niepewnie asekurujący piłkę Bednarek, Szczęsny też lepiej nie mógł się zachować. Obrona przy główce Kieffera Moore'a, kiedy piłka leciała w okienko bramki - co najmniej klasa światowa.
Rzuty karne? Pierwszych czterech nie dało się obronić. Walijczycy strzelali wtedy bez zarzutu, dokładnie tam, gdzie chcieli. Piąty strzał, w wykonaniu Daniela Jamesa, Szczęsny odczytał już idealnie. Miał nerwy ze stali.
Istnieje coś takiego jak dobra karma. I ona wraca do Szczęsnego ze zdwojoną siłą. Można go było krytykować za głupią czerwoną kartkę na Euro 2012. Można go było żałować, gdy doznał urazu na Euro 2016. Można go było ganić za wpadkę z Senegalem w 2018 r. Ale dał już popis w Katarze, zatrzymując Lionela Messiego, a teraz wprowadza Polskę na Euro 2024. Los mu oddaje za koszmarne turnieje z przeszłości. Oddaje to, na co pracował przez tyle lat. Na chwalę, splendor, bycie pierwszoplanową postacią w takich meczach, w takich sytuacjach. Dziś w pełni na to zasługuje.
Czujność, koncentracja, nieustępliwość, zaufanie
Wracając do linii obrony - po meczu w Cardiff z pewnością cieszy to, że nie daliśmy się stłamsić, a defensorzy nie byli przerażeni. Właściwie przez pierwsze pół godziny bardzo trudno było nas zaskoczyć. Walia nie wykorzystywała wzrostu i umiejętności gry głową Kieffera Moore'a.
Należy docenić szczególnie spokój Dawidowicza i Kiwiora, kiedy piłka spadała blisko nich. Potrafili czytać grę, wszelkie dośrodkowania, płaskie podania. Oni nie bali się rozgrywania od tyłu, nawet przy wysokim pressingu Walijczyków. Było do nich zaufanie ze strony innych kadrowiczów.
Dużo też powiedzą liczby. Kiwior miał aż sześć wybić, dołożył do tego jeden przechwyt, cztery wygrane pojedynki, ponad 100 kontaktów z piłką. Celność podań sięgnęła u niego 77 proc., co przy jego pozycji (lewy środkowy obrońca, z czasem lewy obrońca) i zaangażowaniu w ofensywę jest naprawdę dobrym wynikiem. Dawidowicz miał z kolei pięć wybić oraz 96 celnych podań na 100 wykonanych. To była dojrzała gra z ich strony.
Był słabszy okres Polaków między 35. a 50. minutą, kilka razy Kiwior dawał się objeżdżać, a Dawidowicz mógł sprawiać wrażenie grającego nerwowo. Ale obaj przetrwali trudniejszy moment.
Dosyć tego bednarkowania
Jednocześnie mieliśmy najsłabsze ogniwo, tykającą bombę, która mogła wybuchnąć w każdej chwili i ranić całą polską kadrę. Gra Bednarka była bardzo, ale to bardzo "elektryczna". Bez wsparcia Przemysława Frankowskiego i środkowych pomocników nie poradziłby sobie z Brennanem Johnsonem.
Każda interwencja, każdy pojedynek z udziałem Bednarka przyspieszał bicie serca i powodował podwyższenie poziomu hormonu stresu. Wybicia i wślizgi były niepewne, dawał się objeżdżać, jednocześnie był najczęściej grającym obrońcą do bramkarza. Praktycznie nie posyłał piłek do przodu. Sytuacja z zostawieniem piłki Szczęsnemu, kiedy za jego plecami szarżował Harry Wilson - to była skrajna nieodpowiedzialność.
Oficjalnie powodem jego zmiany na Bartosza Salamona był uraz, ale argumenty piłkarskie też przemawiały za tym, by posadzić Bednarka na ławce. Cóż, przeciwko Walii swoją grą przyprawiał o palpitacje serca. I kto wie, może to spotkanie w Cardiff da do myślenia selekcjonerowi i zmieni pozycję Bednarka z pewniaka na zmiennika.
Zamienił Probierz kijek na siekierkę
Można powiedzieć, że plan Probierza wypalił, że selekcjoner odmienił grę obrony na przestrzeni kilku miesięcy, jest ona o wiele pewniejsza niż za kadencji Fernando Santosa. No i trzeba przyznać, że trener trafił też ze zmianą Salamona. Ten praktycznie wyłączył Moore'a z gry i odciął go od kolejnych sytuacji. Pokazał, że z graczem Lecha i polską kadrą się nie zadziera. W pełni zrealizował swoje zadanie i jednocześnie podniósł poziom defensywy do końca meczu.
Zwycięskie rzuty karne dały awans na mistrzostwa Europy, na które pojedziemy jako zespół będący w odbudowie. Mecz z Walią, mimo wszystkich jego niedostatków, można odebrać jako sygnał, że idzie coś lepszego niż obserwowaliśmy przez ostatni rok, także w kwestii gry obrońców. Niewykluczone, że mecz z Cardiff może być mitem założycielskim kadry Probierza. Choć równocześnie trzeba pamiętać, że pokonując w finale baraży Walię raczej uniknęliśmy kompromitacji niż odnieśliśmy wielki sukces.