Botafogo i Fluminese to jedne z największych i najstarszych brazylijskich klubów. W niedzielę oba grały przeciwko sobie w bardzo prestiżowym meczu ligi stanu Rio de Janeiro. Spotkanie było pełne emocji. W samej końcówce meczu kibice zobaczyli dwa rzuty karne i jedną czerwoną kartkę.
Po bramce Marlona Freitasa w 90. minucie Botafogo prowadziło 3:2 na stadionie rywali. To jednak jeszcze nie gwarantowało zwycięstwa. Arbiter doliczył aż osiem minut. W piątej minucie czasu doliczonego kibice mogli zobaczyć bardzo niestandardową metodę gry na czas. Piłkarz Botafogo leżał na murawie i był niezdolny do dalszej gry - a przynajmniej takie sprawiał wrażenie. Problem zespołu gości polegał na tym, że leżał poza linią końcową, więc mecz mógłby być kontynuowany, a Fluminese grałoby w przewadze.
Na wszystko znajdzie się jednak metoda. I kontuzjowany zawodnik znalazł się po chwili w polu karnym. Zaciągnął go tam... jego kolega z drużyny. To jednak nie koniec! Od razu do leżącego piłkarza rzucili się zawodnicy Fluminese, którzy... pociągnęli go z powrotem poza linię końcową. To oczywiście poskutkowało wzajemnymi pretensjami piłkarzy obu drużyn. Ogólne zamieszanie wykorzystał jeszcze jeden z rezerwowych Botafogo, który znów wypchnął na boisko swojego kolegę z zespołu. Ten był całkowicie zdezorientowany. Cała sytuacja wyglądała kuriozalnie.
Te metody na nic się Botafogo nie przydały. Sędzia pozwolił obu drużynom grać aż do 15. minuty czasu doliczonego - który pierwotnie miał wynieść przecież tylko osiem minut - a goście... podwyższyli jeszcze prowadzenie w 13. doliczonej minucie i ostatecznie wygrali to prestiżowe spotkanie 4:2.
Ta wygrana przybliżyła Botafogo do czwartego miejsca w tabeli, które zajmuje właśnie mające 21 punktów Fluminese. Teraz tracą do rywali tylko jeden punkt.